Polak, który walczył w Ukrainie: “Dzieciom mówiłem, że jadę skrócić wojnę o sekundę”
- Co zrobiłby dobry człowiek? Zrobiłby wszystko, żeby zatrzymać wojnę, a nie w niej trwać. Moim problemem jest to, że polubiłem walkę - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Piotr Mitkiewicz, który walczył jako ochotnik w Ukrainie. Dziś dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniami zdobytymi na froncie.
Piotr Mitkiewicz to były warszawski bokser. Po wybuchu wojny w Ukrainie dołączył do Międzynarodowego Legionu Obrony Terytorialnej Ukrainy. W maju zeszłego roku zrezygnował z dalszej walki na froncie. Dziś szkoli żołnierzy z obsługi dronów.
W rozmowie z portalem RadioZET.pl Mitkiewicz opowiada, jak trafił na front, co nim wówczas kierowało i jak zmieniło się jego postrzeganie wojny w Ukrainie. - Jako Polak nie żałuję niczego, bo zdobyłem wiedzę i doświadczenie, które usilnie próbuję wykorzystać w Polsce. Jako Piotr Mitkiewicz bardzo dużo straciłem na tej wojnie - opowiada mężczyzna.
Mateusz Kapera: Dalej walczysz w wojnie w Ukrainie?
Piotr Mitkiewicz: - Nie. Wróciłem z frontu w maju zeszłego roku. Po wypadku byłem przez ponad pół roku w Pułku Kalinowskiego, a potem jeszcze w Trzeciej Szturmowej (brygada - red.).
Byłeś ranny?
- Nie. To była pierdoła. Byliśmy pod ostrzałem, upadłem na ziemię i chyba wtedy zrobiłem sobie coś w obojczyk. Później jeszcze samochód, w którym jechałem, wjechał w lej po bombie. Po tym zdarzeniu okazało się, że mam złamany obojczyk.
Dlaczego już nie walczysz?
- Wróciłem do Polski, bo zmieniła się znacznie sytuacja na świecie i w ojczyźnie. Uznałem, że w Polsce jestem w stanie zrobić więcej niż w Ukrainie. Dla mnie Ukraina to po prostu nasz sąsiedni kraj. Naszym celem jest, żeby tamtejsze władze były prozachodnie. Chciałem pomóc Polsce w zrozumieniu sytuacji, żebyśmy sami potrafili reagować na to, co się dzieje. Teraz mamy dwie narracje: negatywną kreowaną przez Rosję i tę tworzoną przez Ukraińców.
A jaka jest twoja narracja?
- W 2022 roku zupełnie inaczej postrzegałem sytuację w Ukrainie. Wówczas całe polskie społeczeństwo chciało pomóc cierpiącym ludziom napadniętym przez zbrodniczą Rosję. Pojechałem na Ukrainę nie jako Polak tylko jako Piotr - cywil. Widziałem obrazki z Buczy czy Irpienia. Poznałem historię mordowanych dzieci i kobiet. Taką narrację dostałem z mediów. Przyjąłem, że każdy rosyjski żołnierz to morderca i gwałciciel dzieci. Dodatkowo nie układało mi się w życiu prywatnym. Rzuciłem wszystko i powiedziałem sobie: “będzie, co będzie”. Ukraińcy obiecali odpowiednie przygotowanie i duże odszkodowanie dla rodziny w przypadku śmierci. Kontrakt można było zerwać w dowolnym momencie.
Tak tłumaczyłeś ten wyjazd swoim dzieciom?
-Mówiłem im, że jadę skrócić wojnę o sekundę.
Wierzyłeś w to?
- Wówczas tak. Z czasem zdobywałem nową wiedzę, doświadczenie i perspektywy.
Co dziś sądzisz o wojnie w Ukrainie?
- Ta wojna cały czas się zmienia. Największa zmiana zaszła po nieudanej kontrofensywie w 2023 roku. Na Zaporożu Ukraińcy stracili mnóstwo sprzętu i ludzi. Moja opinia zaczęła zmieniać się jednak już wcześniej. Służyłem z Białorusinem, który wraz z ojcem musiał opuścić swoją ojczyznę. Kochał Białoruś, ale nienawidził reżimu putinowskiego. Kiedy ukraińskie rakiety spadły na rosyjski Biełgorod, a w mediach opublikowano filmik ze starszą kobietą, która płakała i bała się, że zginie, mój przyjaciel z Białorusi śmiał się i powiedział, że dobrze jej tak. Niech zginie. Odpowiedziałem mu: “nie, przyjacielu. To jest cywil, kobieta. Nie powinieneś tak myśleć”.
On miał swoje spojrzenie na tę wojnę. Nienawidził wszystkiego, co rosyjskie. Potem przyszedł Bahmut. Zginęło w nim mnóstwo moich przyjaciół. Zrodziła się we mnie nienawiść do Rosji.
Przyjąłeś narrację swojego przyjaciela z Białorusi.
- Zastanawiałem się, kto jest wrogiem. Jest nim Kreml. Tylko czy jesteśmy w stanie zmienić zwykłych ludzi w Rosji? Oni są poddani silnej narracji z Kremla. Życzą śmierci mi i moim bliskim. Był to moment, kiedy moja nienawiść do Rosji była bardzo duża. Napędzało ją jeszcze to, że przebywałem z Ukraińcami. Przed nieudaną kontrofensywą w całym narodzie ukraińskim były wielkie morale. Wszyscy byliśmy pewni, że odbijemy ziemie i dojdziemy do Kremla. Zakończy się wojna. Stało się odwrotnie. Ponieśliśmy klęskę. W całym narodzie ukraińskim zgasła nadzieja na zwycięstwo.
W tobie też?
- Też. Ty widziałeś w mediach, że front stoi, a ja widziałem, że w samym Bahmucie każdego dnia ginęły po obu stronach setki ludzi.
Jak to na ciebie wpłynęło?
- Wiedziałem, że Ukraina nie jest w stanie osiągnąć pełnego zwycięstwa. Każdego dnia było coraz gorzej. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie będzie lepiej. Zadawałem sobie pytanie: w jakim kierunku to zmierza? Spójrz na Donbas. W 2014 roku dzieci, które miały po 11 lat, były Ukraińcami. Dzisiaj zakładają rosyjski mundur. Rosjanie są mistrzami propagandy.
Żałujesz, że pojechałeś na front?
- Jako Polak nie żałuję niczego, bo zdobyłem wiedzę i doświadczenie, które usilnie próbuję wykorzystać w Polsce. Jako Piotr Mitkiewicz bardzo dużo straciłem na tej wojnie.
Dwa lata temu mówiłeś, że nie wiesz, czy jesteś jeszcze człowiekiem.
- Doświadczenie wojenne zmienia cię na całe życie. Ludzie w więzieniu przystosowują się do innego świata i reguł tam panujących. Potem trudno im wrócić do normalności. Tak samo jest, idąc na wojnę. Trudno przejść po niej resocjalizację.
Nie odzyskałeś człowieczeństwa?
- Lubię zadawać sobie pytanie: co zrobiłby dobry człowiek? Zrobiłby wszystko, żeby zatrzymać wojnę, a nie w niej trwać. Moim problemem jest to, że polubiłem walkę. Bycie na wojnie i wykonywanie zadań sprawa mi satysfakcję i pobudza moje ciało do działania. To trochę jak uzależnienie od narkotyków. Jak wracałem z frontu do domu i rodziny, to przez miesiąc byłem w ekstazie. Potem szybko wchodziłem w stany depresyjne. Nie miałem motywacji do działania. Nic nie pobudza tak jak bycie na wojnie. Ryzyko utraty życia, adrenalina, gdy ratujesz rannego przyjaciela, czy emocjonalne rozmowy na froncie - tego nie doświadczysz nigdzie indziej.
Jednak wojna to przede wszystkim zabijanie.
- To wykonywanie zadań. Niestety sprawia ono satysfakcję. Lecisz dronem, niszczysz cele i pozycje wroga. Dzięki temu twoja piechota może iść dalej. Albo odwrotnie. Nacierają Rosjanie, mamy na pierwszych liniach po dwóch-trzech ludzi, którzy nie mają wielkiego doświadczenia, więc mogą zginąć. Jeżeli nie wypatrzymy wroga i go zawczasu nie zniszczymy, to wejdzie na pozycje i zabije naszych ludzi.
Nie walczysz już na froncie. Wspomniałeś, że chciałeś wykorzystać w Polsce wiedzę i doświadczenie nabyte podczas wojny w Ukrainie. W jaki sposób?
- Otworzyłem Fundację Obrony Narodowej. Dzięki temu, że podlegała ona pod Ministerstwo Obrony Narodowej, to miałem możliwość współpracy z jednostkami wojskowymi bez specjalnych pozwoleń. Zebrałem weteranów i robiliśmy szkolenia dla Wojska Polskiego. Problem był taki, że nie szły za tym żadne pieniądze. Robiliśmy pokazy, jak wygląda walka na froncie. Miałem w zespole droniarzy, zastępcę dowódcy rozpoznania, sapera-inżyniera czy dowódcę kompanii szturmowej. Dysponujemy olbrzymią wiedzą z całego frontu.
Byliśmy w kilkudziesięciu jednostkach, w których żołnierze byli zadowoleni ze szkoleń. Dostawaliśmy parę razy nawet referencje od dowództwa tych jednostek. Z MON-u dostaliśmy propozycję, że będziemy jeździć jako mobilne zespoły szkoleniowe. Początkowo wojsko nas zapraszało, ale szybko pojawiły się problemy związane z tym, że służyliśmy w obcej armii. Byliśmy dla nich jak “zgniłe jaja”. Nie tylko dla wojska. Udało mi się załatwić chłopakom z frontu pracę instruktorów szkolący z obsługi dronów, ale na poziomie cywilnym - szkolili służby policyjne. Jeden z policjantów podszedł do nich i powiedział: “tak naprawdę to największym problemem są tacy ludzie jak wy”.
Co miał na myśli?
- To, że mamy bardzo duże umiejętności, dzięki którym moglibyśmy przeprowadzić dywersję w Polsce. Zniszczyć wszystko i zabić każdego. Dlatego jego zdaniem jesteśmy zagrożeniem dla Polski.
Zamiast traktować was jak wsparcie dla obronności kraju, ocenili was jak zagrożenie dla bezpieczeństwa?
- Nie ma w Polsce żadnego żołnierza, który pokonał więcej przeciwników niż przeciętny droniarz na Ukrainie. Wojna cały czas ewoluuje. W polskiej armii czy w MON-ie wszyscy, którzy chcą coś zmienić, są sprowadzani na ziemię. Ich dowódcy mówią im: “gówno się znasz. Nie wychylaj się, bo jesteś niższym stopniem”. Każda inicjatywa niesie ryzyko, że można popełnić błąd. W polskim wojsku jest tak, że na miejsce dowódcy czeka kilku, którzy chętnie podłożyliby mu nogę. To jest wyścig korporacyjnych szczurów.
Polskie wojsko cię nie chce. Co zatem teraz robisz?
- Na szczęście z moją wiedzą i doświadczeniem dostałem na świecie kilka propozycji. Wybrałem ofertę szkoleniową. Pracuję razem z innymi instruktorami z NATO czy Ukrainy. Gdybym w Polsce dostał tę pensję, tylko że w złotych a nie w dolarach, to chętnie wróciłbym do kraju.
Możesz zdradzić dla jakiego kraju pracujesz?
- Nie, ale jest to kraj przyjacielski Polsce.
Poza Europą?
- Tak. Współpracuję z instruktorami NATO.
Co konkretnie robisz?
- Szkolę innych żołnierz z obsługi dronów.
Są tam polscy żołnierze?
- Nie ma.
Jak się czujesz z tym, że docenili cię zagranicą a nie we własnej ojczyźnie?
- Boli mnie to, że wyjechałem z Polski wyłącznie z powodu pieniędzy. Przez rok próbowałem coś w naszym kraju zrobić. Otworzyłem fundację, jeździliśmy po gminach, próbowaliśmy ulepszyć obronę cywilną. Chcieliśmy tylko pokazać, jak walczą Rosjanie, jak wygląda ich logistyka, rozpoznanie czy komunikacja. Nie udało się.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET