`

Glapiński poradzi sobie bez nominacji do zarządu NBP? „Paraliż decyzyjny lub podważanie uchwał”

8 min. czytania
08.06.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Wkrótce liczba członków zarządu NBP może spać poniżej minimum wymaganego przez ustawę. To efekt trwającego od miesięcy impasu. Czy spór może zakończyć się wprowadzeniem kuratora sądowego do banku centralnego?

Prezes NBP Adam Glapiński i prezydent Karol Nawrocki
fot. Wojciech Olkusnik/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego brakuje kontrasygnaty premiera pod nominacjami do zarządu NBP.
  • Jakie są konsekwencje braku powołań do zarządu NBP?
  • Czy kurator sądowy może zostać powołany do zarządu NBP?
  • Jakie są kontrowersje związane z kuratorem w przypadku NBP?

Po tym, jak media obiegła informacja o braku kontrasygnaty premiera pod nominacjami do zarządu NBP, pojawiły się pogłoski, że w banku centralnym może pojawić się kurator sądowy. Skąd ten pomysł? 4 listopada kończy się kadencja wiceprezesa NBP Adama Lipińskiego. Bez skutecznych nominacji liczba członków w zarządzie spadnie poniżej wymaganej przez ustawę.

Redakcja poleca

“W skład Zarządu NBP wchodzą: Prezes NBP - jako przewodniczący oraz 6-8 członków Zarządu, w tym 2 wiceprezesów NBP” - czytamy w ustawie o NBP. Tymczasem w listopadzie zarząd NBP może liczyć zaledwie pięciu członków. A dwa miesiące później już tylko czterech. Co to może oznaczać?

Kurator sądowy w NBP? “Byłby z tym kłopot”

Obecnie zarząd NBP tworzą prezes Adam Glapiński i sześciu członków zarządu: Adam Lipiński (wiceprezes), Marta Gajęcka, Paweł Mucha, Artur Soboń, Rafał Sura i Paweł Szałamacha. 4 listopada kończy się kadencja Adama Lipińskiego, a 1 stycznia 2027 roku Marty Gajęckiej. - W składzie niezgodnym z ustawą zarząd nie będzie mógł podejmować uchwał. A jeżeli będzie to robił, każda decyzja będzie mogła zostać prawnie podważona - przekonuje nasze źródło w NBP.

Lekiem na paraliż decyzyjny czy bezprawne działania zarządu ma być kurator sądowy powołany na podstawie przepisów prawa cywilnego. “Jeżeli osoba prawna nie może być reprezentowana lub prowadzić swoich spraw ze względu na brak organu albo brak w składzie organu uprawnionego do jej reprezentowania, sąd ustanawia dla niej kuratora” - czytamy w art 42. Kodeksu cywilnego.

Czy ten przepis mógłby zostać zastosowany w sprawie dotyczącej Narodowego Banku Polskiego, a więc organu konstytucyjnego? -  Narodowy Bank Polski jest osobą prawną. A status osób prawnych, w szczególności w zakresie czynności prawnych, jest uregulowany przez Kodeks cywilny - mówi profesor Marek Safjan, specjalista w zakresie prawa cywilnego.

Były prezes Trybunału Konstytucyjnego podkreśla jednak, że wprowadzenie kuratora sądowego do NBP nie jest proste, a może okazać się nawet niemożliwe. - NBP jest organem konstytucyjnym państwa.  Równolegle wykonuje funkcje, które wykraczają poza to, co jest przedmiotem działania prawa cywilnego - tłumaczy profesor Safjan.

Dla profesora Macieja Gutowskiego - specjalizującego się zarówno w prawie cywilnym, jak i konstytucyjnym - taki scenariusz jest nierealny. Powodem jest charakter instytucji. - Kurator dotyczy typowych osób prawnych i powołuje go sąd. Byłby kłopot z powołaniem przez sąd zarządu NBP, bo pojawia się klasyczny spór ustrojowy. Sąd nie powinien go rozwiązywać - uważa prawnik.

Dlaczego? Profesor Gutowski tłumaczy, że  mogłoby to stanowić niebezpieczeństwo dla funkcjonowania systemu demokratycznego. - Gdyby spojrzeć na to z perspektywy konstytucyjnej, to mielibyśmy do czynienia z mechanizmem, dzięki któremu wystarczyłoby, żeby premier nie dawał kontrasygnaty, aby wyeliminować konstytucyjny mechanizm funkcjonowania banku centralnego. I to w dodatku poprzez działanie sądu. To nie jest właściwa interpretacja - ocenia profesor Gutowski.

Zarząd kadłubowy zamiast kuratora sądowego

Prawnik dostrzega, że w przypadku obecnej sytuacji w NBP nie ma sensu rozmawiać o kuratorze sądowym, bo zarządowi nie grozi paraliż decyzyjny. Nie pojawi się on również po wygaśnięciu kadencji dwóch kolejnych członków. Na początku przyszłego roku, po wygaśnięciu kadencji Gajęckiej w zarządzie będzie zasiadać prezes i jedynie czterech członków.

- Taki zarząd może działać, choć jest kadłubowy.  Ciągle ma możliwość składania oświadczeń woli i podejmowania uchwał bezwzględną większą liczbę głosów - mówi profesor Gutowski.

Kiedy zatem można byłoby wprowadzić kuratora? Na przykład, gdy ustawa wymagałaby dwuosobowej reprezentacji, a w zarządzie byłby tylko prezes. Wówczas prezes nie miałby mocy decyzyjnej. W takim układzie nie mógłby podpisać nawet umowy. Jednak w przypadku NBP nawet taki scenariusz nie jest oczywisty.

- Zasadniczo zarząd NBP traci możliwość dokonywania czynności prawnych, gdy zostałby w nim sam prezes. A być może nawet nie wtedy, bo prezes może składać oświadczenia woli jednoosobowo. Nie podejmie jednak uchwały zarządu. Do tego potrzebnych jest przynajmniej dwóch członków - tłumaczy profesor Gutowski.

Za prezesury Glapińskiego do takiej sytuacji nie dojdzie. Kadencja Pawła Szałamachy, Artura Sobonia, Pawła Muchy i Rafała Sury kończy się już po tym, jak upłynie czas Glapińskiego w fotelu prezesa NBP. Wszystko wskazuje na to, że w NBP będzie działał zarząd kadłubowy. Pozostaje pytanie, jak długo?

W takiej sytuacji władze muszą się porozumieć. Istnieje zasada funkcjonowania i równoważenia się władzy. To, że w Polsce politycy nie potrafią porozumieć się na żadnym poziomie, to jeszcze nie jest powód, żebyśmy przez sądy ustanawiali kuratora w banku centralnym. Strach pomyśleć, do czego mogłoby to prowadzić - mówi profesor Gutowski.

Kulisy nominacji do zarządu NBP

Jeszcze niedawno wszystko wskazywało na to, że najważniejsi politycy w kraju i prezes banku centralnego potrafią się porozumieć. Od kilku miesięcy na portalu RadioZET.pl opisujemy kulisy walki o nominacje do zarządu NBP.

Wszystko zaczęło się od byłej już wiceprezes i zastępcy prezesa NBP Marty Kightley. Jej kadencja dobiegła końca 8 marca. To na Kightley najbardziej zależało Glapińskiemu w sprawie powołań do zarządu NBP. Ekonomistka uznawana była za “prawą rękę” prezesa. A właściwie dalej jest, bo po fiasku nominacyjnym została doradcą Glapińskiego.

Choć formalnie prezesa w obowiązkach powinien zastępować wiceprezes Lipiński, to Adam sonduje, czy reprezentować banku nie mogłaby Marta, jako jego doradczyni - mówi nam źródło w NBP.

To pokazuje, jak ważne dla Glapińskiego jest otaczanie się zaufanymi ludźmi. Dlatego już w listopadzie ubiegłego roku, wiedząc, że za kilka miesięcy wygasa kadencja Kightley, zaczął łagodzić relacje z rządem Tuska. Nie było to jednak w interesie części zarządu NBP, a zwłaszcza Artura Sobonia - wiceministra finansów za ostatnich rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Redakcja poleca

Gdy okazało się, że Glapiński chce przeforsować na zarządzie pozytywną w odbiorze dla rządu Tuska opinię do projektu budżetu państwa - którą prezes NBP przedstawia Radzie Polityki Pieniężnej do zatwierdzenia - za Soboniem poszło większość członków zarządu. Mimo że Glapiński przegrał głosowanie i powinien przedstawić na RPP przyjętą przez zarząd dość krytyczną dla rządu opinię, to ostatecznie postawił na swoim. RPP, której Glapiński przewodniczy i ma poparcie większości członków rady, przyjęła złagodzoną opinię do projektu budżetu państwa.

Adam Glapiński pracował nad dobrymi relacjami z rządem Donalda Tuska. RPP regularnie obniżała stopy procentowe, a na konferencjach prasowych Glapiński unikał krytyki rządzących. W zamian za to prezes NBP oczekiwał, że minister finansów Andrzej Domański przekona Tuska do kontrasygnaty pod nominacją dla Marty Kightley. Miał w tym celu spotykać się szefem resortu finansów, co NBP ani MF nie zdementowały.

Na początku lutego w Rijadzie w tym samym czasie znaleźli się minister finansów i prezes NBP. Domański w stolicy Arabii Saudyjskiej przebywał z misją gospodarczą. Z kolei Glapiński brał udział w konferencji finansowej. Wydarzenia odbywały się w innych miejscach, ale zastanawiająca była jednak zbieżność czasu i regionu, w którym przebywali Domański i Glapiński. Co więcej, nasze źródła w NBP donosiły, że Glapiński miał przedstawić na piśmie (non-paper, czyli nieoficjalnym dokumencie) „korzyści” dla rządu, które pojawiłyby się, gdyby Tusk zgodził się na nominację Kightley.

O tym, że był “deal” między prezesem Glapińskim i prezydentem Nawrockim a premierem Tuskiem mogą świadczyć nazwiska, które znalazły się we wniosku nominacyjnym. Prezes NBP zawnioskował o powołanie nie tylko swojej bliskiej współpracowniczki Marty Kightley, ale także trzech innych kandydatów: Ludwika Koteckiego, Przemysława Litwiniuka i Marcina Zarzeckiego. Wszyscy trzej to członkowie RPP. Kotecki i Litwiniuk zostali wybrani przez Senat, w którym większość ma koalicja rządowa. Z kolei Zarzecki do rady został powołany przez prezydenta. Wcześniej, za rządów PiS, był prezesem Polskiej Fundacji Narodowej. Po zmianie władzy otrzymał stanowisko wicedyrektora w Instytucie Pamięci Narodowej, kierowanym przez Karola Nawrockiego.

Według naszych źródeł, gdyby nominacje doszły do skutku, to miejsce Zarzeckiego w RPP miała zająć Izabela Leszczyna, która prawie rok temu straciła tekę ministra zdrowia. Wówczas zapowiadano, że wraz z Andrzejem Domańskim ma tworzyć superresort gospodarczy, ale do dziś ten projekt nie powstał. Zatem alternatywą dla Leszczyny miała być RPP.

Tusk jednak zwlekał z kontrasygnatą pod nominacjami do zarządu NBP. Mimo że projekt postanowienia prezydenta o powołaniu nowych członków trafił na biurko premiera już 4 lutego, to Tusk przez trzy miesiące nie podejmował decyzji. Gdy 11 marca Adam Glapiński niespodziewanie wystąpił u boku prezydenta Karola Nawrockiego ogłaszającego program SAFE 0 procent - alternatywę dla rządowej propozycji unijnych pożyczek z programu SAFE - było już jasne, że nie będzie nominacyjnego dealu z Tuskiem. Decyzja Glapińskiego była o tyle zaskakująca, że prezydent ponad miesiąc wcześniej zgodził się nominację Marty Kightley na wiceprezesa NBP. Glapiński czekał wyłącznie na kontrasygnatę premiera.

- Z SAFE 0 procent to raczej nie był pomysł prezesa. Prawdopodobnie został wmanewrowany w tę konferencję przez prezydenta Nawrockiego - mówią nam rozmówcy ze Świętokrzyskiej.

Konferencją z prezydentem Nawrockim prezes NBP zaprzepaścił szanse na ułożenie dobrych relacji z rządem. . Tuż po niej prezes ogłosił nowy schemat organizacyjny NBP. Glapiński z Arturem Soboniem przejęli po dwa departamenty, którymi przed wygaśnięciem kadencji zarządzała Marta Kightley i Piotr Pogonowski. W przeciwieństwie do byłego szefa ABW Kightley nie opuściła Świętokrzyskiej. Została doradcą prezesa Glapińskiego.

Problem ma Tusk, a nie Glapiński?

7 maja kancelaria premiera zwróciła do prezydenta Nawrockiego postanowienia o powołaniu nowych członków zarządu NBP. Nie było na nich kontrasygnaty szefa rządu. Tusk nie uzasadnił prezydentowi swojej decyzji. Zapytaliśmy kancelarię premiera o powód odrzucenia kandydatur do zarządu NBP, ale nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Dla Glapińskiego kluczowe jest jedno: zarząd - choć kadłubowy - może działać. Prezes NBP wcale nie musi powoływać nowych członków. Tym bardziej, że już raz to zrobił. To Donald Tusk ma problem, bo stracił szansę na wprowadzenie swoich ludzi do banku centralnego. Co więcej, PiS w nadchodzącej kampanii wyborczej może atakować go za blokowanie nominacji do zarządu banku centralnego i to bez żadnego uzasadnienia.

Glapińskiemu zależy wyłącznie na powołaniu Marty Kightley. Dopóki nie pojawi się taka szansa, prezes NBP skupia się na swoim podwórku. Gdy w listopadzie zarząd banku centralnego opuści Adam Lipiński, Glapiński straci kolejną, po Kightley, zaufaną osobę.

Po stłumieniu buntu, który miał miejsce pod koniec zeszłego roku, na razie nic nie zapowiada, aby pozycja Glapińskiego miała być zagrożona. Jedynym jawnym oponentem polityki Glapińskiego w banku centralnym jest Paweł Mucha. Członek zarządu od kilku lat jest skonfliktowany z prezesem Glapińskim. W ostatnich tygodniach wygrał proces z NBP o unieważnienie nagany, którą prezes udzielił Musze po serii krytycznych wpisów w mediach społecznościowych. Paweł Mucha ostro oceniał w nich styl zarządzania bankiem przez Glapińskiego.

NBP nie odpowiedział nam na pytania dotyczące nowych nominacji i kryzysu wokół banku centralnego.

Kryzys w NBP zaszkodzi Polsce? “Nie demonizowałbym go”

Dla obywateli najważniejsze w tej sprawie jest to, czy kryzys wokół zarządu NBP wpłynie negatywnie na wizerunek banku centralnego i kondycję polskiego systemu finansowego. Prezydent nie ma co do tego wątpliwości.

„Polityczne decyzje Kancelarii Prezesa Rady Ministrów utrudniają działanie Narodowego Banku Polskiego i szkodzą stabilności rynku finansowego w Polsce” - odpowiedziała kancelaria prezydenta, gdy zapytaliśmy o sytuację z brakiem powołań do zarządu NBP.

- Żyjemy w czasach, w których prezydent Stanów Zjednoczonych potrafi publicznie powiedzieć o szefie amerykańskiego banku centralnego, że jest idiotą. W związku z tym nie demonizowałbym tego, co się dzieje w Polsce - przekonuje ekonomista Marek Zuber.

Według eksperta finansowego, choć  kryzys nominacyjny  na pewno nie służy NBP i jego wizerunkowi, to nie ma większego wpływu na rynek finansowy w Polsce. - Na pewno ten kryzys nie służy NBP i jego wizerunkowi, ale to nie jest tak, że nagle system się załamie, inwestorzy uciekną z Polski, a kurs złotego się załamie - mówi Zuber.

Ekonomista podkreśla, że pomimo kryzysu w zarządzie NBP bez zakłóceń działa Rada Polityki Pieniężnej odpowiedzialna za stabilizację cen. Zuber dostrzega jednak niebezpieczeństwa wynikające z przedłużającego się kryzysu w NBP i ewentualnej utraty mocy decyzyjnej przez niepełny zarząd.

Mogłyby pojawić się problemy z funkcjonowaniem całego systemu finansowego na czele z systemem bankowym. Choćby w kwestii dostępu do gotówki. Na przykład nie będzie miał kto podjąć decyzji o zwiększeniu ilości pieniądza gotówkowego - przestrzega ekonomista.

Zuber wyobraża sobie, że w takiej sytuacji do zarządu NBP wszedłby kurator, choć zdaje sobie sprawę, że ta kwestia rodzi spór konstytucyjny. - Podejrzewam, że moglibyśmy wtedy obserwować takie historie, jak zabarykadowany Glapiński w swoim biurze.  Wyglądałoby to dość komicznie, a nie dramatycznie. Z tego powodu na pewno nie upadłby polskim system finansowy - podsumowuje ekonomista.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET