`

Julka przeżyła koszmar. Matka oszpecała ją, żeby wyłudzić pieniądze na leczenie

7 min. czytania
24.04.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

Opisy internetowych zbiórek łamały serce. Przenikliwy ból, płacz i cierpienie ilustrowały zdjęcia poranionej twarzy małej Julki. Prokuratura twierdzi, że ten koszmar zafundowała kilkulatce własna matka. W ten sposób wyłudziła setki tysięcy złotych na leczenie. Do Sądu Okręgowego w Siedlcach trafił właśnie akt oskarżenia przeciwko kobiecie - dowiedziało się RadioZET.pl

Zatrzymanie Moniki B. oskarżonej o znęcanie się nad córką
fot. Policja Lubelska

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego prokuratura oskarżyła 44-letnią Monikę B. o znęcanie się nad własną córką ze szczególnym okrucieństwem?
  • Jak szczegółowe i drobiazgowe śledztwo przeprowadzili śledczy, żeby ustalić, czy kobieta rzeczywiście wyłudza pieniądze na leczenie.
  • Co dziś dzieje się z 10-letnią Julką, czy udało jej się wrócić do normalnego życia?

Zbiórki na leczenie kilkuletniej Julki spod Łukowa (woj. lubelskie) w sieci można znaleźć do dziś. O koszmarze dziewczynki rozpisywały się lokalne, ale też ogólnopolskie media. W portalach społecznościowych odbywały się licytacje. Lokalna społeczność mocno wspierała też dziewczynkę w walce o powrót do zdrowia.

Zwłaszcza że opis choroby był przerażający. Padaczka lekooporna, zapalenie skórno-wielomięśniowe oraz podejrzenie pęcherzowego oddzielania się naskórka. Ta ostatnia to bardzo rzadka, genetyczna choroba skóry. Jej efektem jest tworzenie się bolesnych pęcherzy i ran w miejscu urazów. Może je spowodować nawet zwykły dotyk.

Matka oskarżona o znęcanie ze szczególnym okrucieństwem

W środę 23 kwietnia 2025 roku Prokuratura Okręgowa w Lublinie skierowała do Sądu Okręgowego w Siedlcach akt oskarżenia przeciwko Monice B., matce dziecka – dowiedziało się RadioZET.pl. Kobieta jest oskarżona o znęcanie się nad córką ze szczególnym okrucieństwem. Śledczy uznali, że to Monika B. regularnie nakładając żrącą substancję na twarz Julki, doprowadziła do ciężkiego uszczerbku na jej zdrowiu, a także do istotnego zeszpecenia jej ciała. Uznano to za szczególne okrucieństwo. To zbrodnia zagrożona karą do 20 lat więzienia.

Twarz dziewczynki w czasie, gdy zatrzymywana była matka, wyglądała koszmarnie. Julka miała mnóstwo blizn, ran, uszkodzoną część ucha, ale też poparzenia w jamie ustnej. Prokuratura informuje o "rozległych zmianach skórnych w różnych fazach rozwoju od rumienia i stanów zapalnych poprzez blizny aż do nieodwracalnych ubytków tkanek w  wyniku martwicy niezakaźnej". W wyniku tych działań dziecko straciło fragment jednego ucha. Śledczy piszą też o "ciężkim uszczerbku na zdrowiu w postaci trwałego, istotnego zeszpecenia ciała, zaburzającego normalne społeczne funkcjonowanie". Matka te zmiany przedstawiała lekarzom i przekonywała, że są spowodowana chrobą. To wszystko mimo faktu, że 10-letnia dziś dziewczynka urodziła się zdrowa. Po porodzie dostała 10 punktów w skali Apgar.

Według matki pierwsze problemy ze zdrowiem miały się pojawić, gdy Julka miała cztery miesiące. Monika B. w mediach mówiła, że na początku była to padaczka lekooporna, a później problemy ze słuchem, wzrokiem i układem moczowym. Rany na twarzy zaczęły pojawiać się w 2017 roku, kiedy dziewczynka miała dwa lata. Wtedy też matka zaczęła szukać pomocy i organizować pierwsze zbiórki.

Cierpienie Julki trwało latami, matka błagała o pomoc

Monika, matka Julki, w 2020 roku w portalu społecznościowym pisała o przenikającym, nieprzerwanym bólu córki, którego nie można uciszyć lekami i maściami. Tłumaczyła, że Julka piszczy, płacze, nie może złapać tchu, rozpaczliwie tylko pyta, kiedy ból ustąpi.

Redakcja poleca

"Nasze życie to niekończące wizyty w szpitalach, litry maści, kilometry opatrunków i coraz to nowi specjaliści. I mimo że tyle już przeszłyśmy, to wciąż jesteśmy na początku naszej drogi, na której końcu mamy nadzieję zobaczyć życie bez cierpienia. Tylko to się dla nas liczy. (...) Proszę, pomóż nam. Pomóż uwolnić się od piekielnego bólu" - apelowała Monika.

Koszmar dziewczynki poruszył ludzi, którzy przelewali pieniądze na leczenie. Największą kwotę udało się zebrać na portalu Siepomaga.pl - w sumie 208 606 zł. Kolejne pieniądze udało się zebrać w serwisie Zrzutka. Julkę wsparła też Fundacja TVN. Na leczenie dziewczynki można było przekazać 1 procent podatku. To następne dziesiątki tysięcy złotych.

Monika zbierała pieniądze i jeździła z córką do różnych lekarzy i klinik w całej Polsce. Na początku do pobliskiego Łukowa. Później diagnozę próbowali postawić specjaliści z Lublina, Krakowa czy Warszawy. Jednak nikomu przez długi czas się to nie udawało. Rany i objawy, jakie miała dziewczynka, nie pasowały do żadnej choroby.

Lekarze nabierają wątpliwości, prokuratura stawia zarzut

W końcu lekarze z Kliniki Dermatologii, Wenerologii i Dermatologii Dziecięcej Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie uznali, że Julia nie cierpi na pęcherzowe oddzielanie się naskórka, a rany na jej twarzy mogą być efektem działania substancji chemicznych. O swoich wątpliwościach pod koniec 2021 roku poinformowali policję. "(...) zawiadamiająca wskazała, iż obraz kliniczny oraz przebieg choroby małoletniej nie odpowiadał żadnej znanej naukowo i empirycznie jednostce chorobowej, co więcej, morfologia (kształt) i ewolucja wykwitów skórnych na twarzy dziecka nie miały charakteru naturalnego, a okoliczności ich powstania należało wyjaśnić." - czytamy w komunikacie prokuratury z czwartku.

Redakcja poleca

Sprawą zajęła się Prokuratura Okręgowa w Lublinie. Prokurator Mariusz Szewczyk zlecił badania dziewczynki w kilku ośrodkach w kraju. Zamówił też opinie u biegłych z różnych dziedzin medycyny. Rodzice nie domyślali się, że to efekt toczącego się postępowania. Ostatecznie prokurator uznał, że matka celowo zadawała cierpienie córce, nakładając na jej twarz toksyczną substancję. W ten sposób tworzyły się bolesne pęcherze i rany.

12 lutego ubiegłego roku Monika B. została zatrzymana. Postawiono jej zarzut znęcania się nad córką ze szczególnym okrucieństwem. "Kobieta w czasie od końca lutego 2017 do stycznia 2024 roku doprowadzała do kontaktu skóry dziecka w obrębie twarzy i karku z bliżej nieustaloną płynną substancją toksyczną o cechach drażniących - żrących, powodując rozległe zmiany skórne" - informowała wówczas Agnieszka Kępka, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Monika B. została tymczasowo aresztowana. Śledczy przez kolejny rok gromadzili kolejne dowody. Zamówili kompleksową opinię dotyczącą stanu zdrowia dziewczynki. Monikę B. badali też psychiatrzy. Uznali, że miała pełną zdolność do rozpoznania swoich czynów, jak i kierowania swoim zachowaniem. "Monika B. w ocenie biegłych psychiatrów wykazuje natomiast zaburzenia osobowości w postaci zaburzeń pozorowanych, tj. zespołu Münchhausena z przeniesienia, które to zaburzenia polegają na celowym wprowadzaniu przez opiekuna objawów choroby u dziecka lub innej osoby pod jej opieką, aby wzbudzić współczucie i uwagę ze strony otoczenia, a także uzyskać z tego tytułu korzyści m.in. finansowe." - informują śledczy.

Jednak w zdecydowanej większości przypadków główną motywacją nie są pieniądze. Rodzice, krzywdząc dzieci, chcą realizować się w opiece nad nimi. Szukają też współczucia, uwagi czy uznania społecznego. Korzyści fiansowe, jeśli się zdarzają, są zazwyczaj sprawą wtórną, a nie podstawowym celem. Przypadek Moniki B. jest więc inny. Kobieta nie przyznała się do zarzucanych jej czynów.

W Caritas do dziś pamiętają Monikę B.

Wersję o tym, że Julka nie była chora, a matka wyłudzała pieniądze na jej leczenie, uprawdopodobnia kilka innych zdarzeń, do których dotarło RadioZET.pl. Jednym z nich jest bogata kartoteka Moniki B., skazywanej w przeszłości za oszustwa czy kradzieże. Kolejnym - stan zdrowia Julki.

Zacznijmy od pierwszego. W policyjnych rejestrach Monika B. pojawiała się wielokrotnie. Była notowana od 2012 roku, m.in. za kradzieże, oszustwa, składanie fałszywych zeznań czy posługiwanie się fałszywym dokumentem.

W marcu ubiegłego roku została skazana przez Sąd Rejonowy w Łukowie na półtora roku więzienia za wyłudzenie 41 tys. zł z Caritasu Diecezji Siedleckiej. Julka miała tam subkonto, na które można było wpłacać pieniądze. Miały być przeznaczone na leczenie we Francji, dojazd do zagranicznego ośrodka i pobyt matki na miejscu.

Monika B. podała nazwę kliniki, gdzie odbędzie się leczenie. Przedstawiła też kosztorys. Caritas, mimo że zazwyczaj tego nie robi, wypłacił jej blisko 40 tys. zł jako zaliczkę. Do wyjazdu jednak nie doszło. Kobieta zaczęła piętrzyć problemy, a później przestała się odzywać.

Mimo że minęło już kilka lat, w Caritasie do dziś pamiętają sprawę. - Dla nas to była pierwsza i w zasadzie jedyna tego typu sytuacja. Przedstawiony przez panią Monikę kosztorys wyglądał na wiarygodny. Zazwyczaj pieniądze przekazujemy na podstawie wystawionych rachunków. Ta sytuacja była wyjątkowa. Chodziło o dziecko, koszty były wysokie, dlatego wypłaciliśmy zaliczkę. Dziś nie boję się powiedzieć, że zostaliśmy oszukani - mówi RadioZET.pl Anna Cąkała-Sierpińska, radca prawny Caritas Diecezji Siedleckiej.

Organizacja do dziś próbuje odzyskać pieniądze. Wysyła Monice B. wezwania do ich zwrotu. Kobieta od ponad roku przebywa jednak w areszcie. Nie ma z czego oddać kilkudziesięciu tysięcy złotych. W Caritas zastanawiają się nad postępowaniem egzekucyjnym. Do dziś nie wiadomo, na co Monika B. wydała pieniądze.

Julka przestała cierpieć

O tym, że zarzuty śledczych mają solidne podstawy, świadczy też stan zdrowia Julki. Dziewczynka, która do wiosny ubiegłego roku miała indywidualne nauczanie, wróciła do szkoły. W kwietniu ubiegłego roku, gdy Monika B. była w areszcie od blisko dwóch miesięcy, reporterzy "Uwagi" TVN odwiedzili jej męża Mariana oraz 9-letnią wówczas Julię.

Twarz dziewczynki wyglądała zdecydowanie lepiej. Mąż Moniki B. przekonywał, że nie podejrzewał żony o krzywdzenie Julki. Później rodzinie dziewczynki rozmowy z mediami odradziła adwokatka prowadząca sprawę.

RadioZET.pl dotarło do sąsiadów rodziny B. Ci potwierdzają, że przez ponad rok od zatrzymania stan dziewczynki radykalnie się poprawił. - Wszystko zmieniło się o 180 stopni. Teraz często widzę, jak Julka bawi się z rówieśnikami, spotykają się na placu zabaw, chodzą po wsi. Z tego co słyszałem, w szkole też funkcjonuje normalnie. Zmiana jest ogromna i oczywiście na plus. Dziecko w końcu odżyło, jej twarz wygląda normalnie. Wygląda na to, że ten koszmar skończył się na dobre - mówi jeden z sąsiadów.

Inny dodaje: - Widzę, jak się uśmiecha, jeździ na hulajnodze. Bawi się z innymi. Naprawdę odżyła. Te blizny też są coraz mniejsze. Może w końcu zapomni o tym koszmarze.

Potwierdzają to także obserwacje śledczych. "Przeprowadzone w toku postępowania czynności procesowe wykazały nadto, iż małoletnia pokrzywdzona nie wykazuje żadnych cech niepełnosprawności intelektualnej, przejawów autyzmu czy też padaczki, co latami było sugerowane i diagnozowane przez Monikę B." - czytamy w komunikacie prokuratury.

Wszystkie zbiórki zainicjowane przez Monikę B. zostały zamknięte. Serwis Siepomaga.pl, w którym zgromadzono ponad 200 tys. zł, zapewnia, że pieniądze zgromadzone na subkoncie Julii są zabezpieczone na potrzeby dziecka. Dziewczynka z pewnością będzie wymagała dalszego leczenia.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET