`

Lotnicza afera w Straży Granicznej. Ćwierć miliarda na samoloty, tylko pilotów brak [CZĘŚĆ 2.]

9 min. czytania
17.03.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

Dwa nowoczesne samoloty Turbolet kupione za 120 mln zł wkrótce zasilą flotę lotnictwa Straży Granicznej. Problem w tym, że praktycznie nie będzie miał kto nimi latać. Jak dowiedziało się RadioZET.pl, w ciągu ostatniego roku ze służby odeszło kilkoro doświadczonych pilotów. Nie wyszkolono ani jednego nowego. - Jak z takim stanem kadrowym można mówić o ochronie granicy? Nasze lotnictwo praktycznie upadnie - uważa jeden z pograniczników.

Samolot Turbolet Straży Granicznej
fot. Straż Graniczna/Paweł Kowaleczko
  • Przeanalizowaliśmy dokładnie sytuację, w jakiej znajduje się lotnictwo Straży Granicznej. Jest dramatyczna. Według naszych informatorów w ciągu ostatniego roku z 60-osobowej załogi odeszło ponad 20 funkcjonariuszy.
  • Komenda Główna SG kupiła niedawno nowe samoloty patrolowe Turbolet. Będzie miała cztery takie maszyny. I zaledwie dwóch dowódców, w tym jednego emeryta. Duża część z pozostałych samolotów i helikopterów wkrótce będzie nadawała się do kasacji.
  • - W perspektywie dwóch lat zostaniemy praktycznie tylko z turboletami, którymi nie ma kto latać, dwoma w miarę nowymi śmigłowcami, z czego jeden służy wyłącznie do szkolenia i dwoma motoszybowcami, z którymi co chwila jest jakiś problem - komentuje jeden z pograniczników.

To kolejna część naszego śledztwa o ogromnych problemach lotnictwa Straży Granicznej. Przed tygodniem pisaliśmy o symulatorze lotów za 2,5 mln zł, który nie ma certyfikatu pozwalającego na profesjonalne szkolenie pilotów. Trzeba ich wysyłać do zewnętrznych ośrodków i za to płacić. Co więcej, urządzenie zostało wstawione do magazynu, a później uszkodzone. Mimo tego nikt w SG nie poniósł żadnych konsekwencji. Sprawą zajmuje się CBA. Wyjaśnień od komendanta głównego SG zażądał Tomasz Siemoniak, minister spraw wewnętrznych i administracji. Przeczytacie o tym tutaj.

Równo trzy miesiące temu, 17 grudnia ubiegłego roku, na międzynarodowym lotnisku w Gdańsku wylądowały dwa samoloty Turbolet L-410. To najnowszy nabytek Straży Granicznej. Maszyny mają nietypowe szare malowanie z elementami przypominającymi komputerowe piksele. Kosztowały blisko 120 mln zł.

Na stałe jednak w gdańskiej bazie Straży Granicznej nie zagościły. Wyprodukowane w Czechach maszyny przyleciały na pierwszy etap odbiorów technicznych. Zostały zarejestrowane w polskim rejestrze statków powietrznych. Maszyny na razie są w wersji bazowej. Obecnie trwa ich doposażanie w systemy obserwacyjne, automatyczną identyfikację jednostek nawodnych czy łączność satelitarną. Do służby powinny wejść pod koniec roku.

Końcowy odbiór i przekazanie przez dostawcę ma się odbyć do 10 grudnia, czyli za niespełna dziewięć miesięcy. Kiedy to się stanie, Straż Graniczna będzie dysponowała łącznie czterema samolotami Turbolet L-410. Dwie maszyny są już w służbie od końca 2020 roku. Kosztowały 110 mln zł.

- Na papierze wszystko będzie wyglądało pięknie. Komenda Główna pochwali się nowymi maszynami, które będą mogły patrolować nasze granice, czy latać na misje Frontexu (Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej Frontex pomaga krajom UE w zarządzaniu granicami zewnętrznymi czy walce z przestępczością transgraniczną - przyp. red.). Ale nikt nie powie ani słowa, o tym, że praktycznie nie mamy pilotów, którzy mogliby latać tymi turboletami. Gdyby w bazie stanęły dziś, to z czterech maszyn można byłoby użytkować maksymalnie jedną. I to w bardzo ograniczonym czasie - mówi jeden z naszych informatorów ze Straży Granicznej.

Jak to możliwe? Załogę turboleta stanowi od trzech do nawet pięciu funkcjonariuszy. To dwóch pilotów (dowódca i drugi pilot), jeden lub dwóch operatorów systemów, a czasem także dodatkowy członek załogi. Tymczasem obecnie w Straży Granicznej jest zaledwie trzech pilotów mających uprawnienia do latania turboletami. Spośród nich dwie osoby mogą być dowódcami, a jedna drugim pilotem.

Redakcja poleca

Jeden pilot na emeryturę, drugi na urlop i cztery samoloty staną

- Jeden z dowódców ma już 67 lat i w każdej chwili może odejść na emeryturę. Drugi to zastępca dyrektora Biura Lotnictwa SG płk Bartłomiej Kaliński, który na co dzień pracuje w biurze w Warszawie, a samoloty mają stacjonować w Gdańsku. Nawet przy założeniu, że obaj będą regularnie latali, z jednym drugim pilotem można wykorzystać tylko jeden samolot - tłumaczy kolejny z pograniczników.

I dodaje: - Gdyby pierwszy z dowódców przeszedł na emeryturę, a płk Kaliński poszedłby na urlop, co przecież nie jest niczym nadzwyczajnym, cztery nowoczesne samoloty za 230 mln zł będą stały bezużyteczne. Według mnie to jest po prostu niegospodarność.

O tym, że piloci będą odchodzili ze SG, było wiadomo od dawna. Według naszych rozmówców linie lotnicze proponują znacznie lepsze warunki finansowe. - Już pod koniec 2023 roku jeden z pilotów złożył wypowiedzenie. Później zrobiło to dwóch kolejnych, a następnie jeszcze dwóch. W sumie w ciągu roku straciliśmy pięciu pilotów turboletów. Nie zyskaliśmy ani jednego - twierdzi kolejny z funkcjonariuszy.

Pogranicznicy zauważają, że kierownictwo Biura Lotnictwa SG decydując się na zakup turboletów, w ogóle nie przejmowało się tym, czy będzie miał kto nimi latać. Przetarg na dostawę samolotów ogłoszono w styczniu ubiegłego roku, w marcu znane były oferty, a w maju podpisano wartą 120 mln zł umowę. Mimo tego przez ponad rok nie pozyskano ani nie wyszkolono żadnego pilota, który dziś byłby w służbie. Tymczasem pogranicznicy, z którymi rozmawialiśmy, uważają że do optymalnego wykorzystania nowych samolotów potrzeba około 20 pilotów.

Z naszych informacji wynika, że obecnie szkolenia pozwalające na latanie turboletami mają przejść dwie osoby. To jednak długi i trudny proces. Nawet jeśli uda się te osoby wyszkolić, będą mogły pełnić funkcję drugiego pilota. Aby zostać dowódcą, trzeba spędzić kilkaset godzin w powietrzu. Do grudnia to niemożliwe. Nasi rozmówcy przekonują też, że część funkcjonariuszy w ogóle odmawia szkoleń na turbolety, bo stacjonują one w Gdańsku. Zdobycie uprawnień oznaczałoby konieczność przeprowadzki lub dojazdów na dyżury z Warszawy, Białegostoku, Chełma czy Huwnik. To setki kilometrów w trasie.

Redakcja poleca

Większość samolotów i helikopterów SG wkrótce do kasacji

Brak pilotów, którzy mogliby latać turboletami, to tylko jeden z problemów powołanego ponad ćwierć wieku temu lotnictwa Straży Granicznej. Wśród jego zadań jest m.in. ochrona granicy morskiej i lądowej z powietrza, czy wsparcie oddziałów, które są na lądzie. Lotnictwo SG ma też współpracować z wojskiem i wspierać przedsięwzięcia związane z ochroną granic Unii Europejskiej.

Kolejnym problemem są stare i wysłużone samoloty oraz helikoptery. Gdy w 2023 roku nielegalni migranci szturmowali polsko-białoruską granicę, a białoruskie śmigłowce przelatywały nad Białowieżą, były problemy z poderwaniem maszyn polskich służb. Po prostu nie było ich przy granicy. Żołnierze, policjanci i pogranicznicy musieli sobie często radzić bez wsparcia z powietrza. Ówczesny minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak z PiS po białoruskich prowokacjach obiecywał zakupy śmigłowców dla armii. Szef MSWiA Mariusz Kamiński, któremu podlegała Straż Graniczna, nie mówił nic.

Po upływie blisko dwóch lata sytuacja jest jeszcze gorsza. Straż Graniczna oficjalnie informuje, że w jej flocie jest obecnie 18 maszyn (bez dwóch turboletów, które do służby wejdą w grudniu) rozlokowanych w czterech wydziałach (Gdańsku, Białymstoku, Chełmie i Huwnikach na Podkarpaciu). A w zasadzie 17, bo jednemu z pięciu śmigłowców Kania niedawno skończył się resurs. To podany przez producenta czas użytkowania. Jest podawany w godzinach lotu lub latach.

Duża część z pozostałych maszyn ma grubo ponad 20 lat, a samolot Mewa nawet 30. - Kwestią najbliższych miesięcy, może roku czy dwóch, jest wycofanie większości samolotów i helikopterów. Dla przykładu samolotowi Wilga stacjonującemu w podlubelskim Radawcu zostało już niecałe 30 godzin resursu. Będzie musiał on iść na remont główny. I tu pojawia się problem, bo producent nie wytwarza już do niego części. Kolejna Wilga obecnie jest w remoncie i nie wiadomo, czy wróci do służby właśnie ze względu na brak niektórych podzespołów. Takich przykładów jest więcej - twierdzi jeden z funkcjonariuszy.

Według naszych rozmówców w Biurze Lotnictwa SG zapadły już decyzje o wycofaniu części samolotów, gdy skończy im się resurs. Wśród nich mają być: 30-letnia Mewa, 19-letni Skytruck czy mający tyle samo lat śmigłowiec Anakonda. W Biurze Lotnictwa SG uznano, że ich remonty będą nieopłacalne. W ciągu dwóch lat wycofane zostaną zapewne także cztery prawie 20-letnie śmigłowce Kania.

- To oznacza, że w perspektywie dwóch lat zostaniemy praktycznie tylko z turboletami, którymi nie ma kto latać, dwoma w miarę nowymi śmigłowcami, z czego jeden służy wyłącznie do szkolenia i dwoma motoszybowcami Stemme. Z tymi ostatnimi jest co chwilę jakiś problem. Chyba więcej stoją w serwisie, niż latają. Nie muszę mówić, co to oznacza. Nasze lotnictwo praktycznie upadnie - tłumaczy nasz rozmówca.

Co z ochroną granicy?

Zwłaszcza że SG boryka się też z ogromnymi brakami kadrowymi. Problem jest z pilotami i mechanikami. W grudniu ubiegłego roku z III Wydziału Lotniczego SG w Chełmie, o czym oficjalnie informuje SG, odeszło trzech pilotów samolotowych i dwóch mechaników. Ale według naszych rozmówców w ciągu nieco ponad roku z oddziałem pożegnało się łącznie aż pięciu mechaników. Został jeden.

- Piloci bali się utraty dodatków za latanie, które są przyznawane uznaniowo. Zdawali sobie też sprawę, że to ostanie miesiące samolotu Wilga, który wkrótce stanie. Woleli odejść, niż ryzykować, że na dyżurach będą siedzieli w biurze, zamiast latać. Dziś został jeden pilot samolotowy, jeden śmigłowcowy, jeden mechanik i dwóch operatorów. Jak z takim stanem kadrowym można mówić o ochronie granicy? - zastanawia się funkcjonariusz.

I dodaje: - W Gdańsku, w największym wydziale lotnictwa SG w Polsce, została obecnie dwójka pilotów: jeden samolotowy i jeden śmigłowcowy. Nie ma szefa, nie ma zastępcy. Wszyscy funkcjonariusze podlegają obecnie pod centralę w Warszawie. W Białymstoku, przy newralgicznej granicy, został tylko jeden pilot samolotowy.

Nasi rozmówcy policzyli też, że od końca 2023 roku do lutego tego roku z lotnictwa SG odeszło w sumie ponad 20 funkcjonariuszy, spośród 60-osobowej załogi. Dołączyło zaledwie kilka osób. Sytuacja jest więc dramatyczna.

Rzecznik SG: prowadzimy nabory, planujemy zakupy

O odniesienie się do tych zarzutów i przedstawienie obecnej sytuacji kadrowo-sprzętowej poprosiliśmy ppłk Andrzeja Juźwiaka, rzecznika komendanta głównego SG. Częściowo potwierdził, że formacja ma obecnie problemy, zwłaszcza z maszynami.

- Sprzęt lotniczy zakupiony w początkowych latach działalności Straży Granicznej zbliża się do końcowego okresu użytkowania i będzie stopniowo wycofywany ze służby - przyznaje ppłk Juźwiak. Dodaje jednak, że zgodnie z "Koncepcją rozwoju Lotnictwa Straży Granicznej" mają być zamawiane nowe śmigłowce i samoloty. Natomiast nie podaje konkretów. Przekonuje, że obecnie trwa rozpoznanie rynku.

Według rzecznika mimo wielu odejść w lotnictwie Straży Granicznej służbę pełni nadal 60 funkcjonariuszy (pilotów, mechaników i operatorów), których dodatkowo wspiera blisko 20 pracowników administracyjnych.

- Cały czas prowadzone są działania zmierzające do pozyskania jak największej liczby osób do lotnictwa Straży Granicznej. W procesie naboru do służby znajdują się kolejni członkowie personelu operacyjnego, którzy sukcesywnie będą zastępować funkcjonariuszy odchodzących ze służby. Dodatkowo w formacji realizowane są wewnętrzne procedury naboru kandydatów na szkolenia lotnicze spośród funkcjonariuszy SG - informuje RadioZET.pl rzecznik komendanta głównego SG.

Konkretów jednak znów nie podaje. Przyznaje jedynie, że w służbie jest obecnie tylko trzech pilotów, którzy mogą latać turboletami. Według rzecznika jeden z nich wkrótce uzyska status dowódcy. Ale nawet to nie zmieni sytuacji, bo trójka pilotów jest w stanie zapewnić obsadę tylko jednego z czterech samolotów. - Na dowódcę załogi mogą być przeszkolone osoby pozyskane do Straży Granicznej w ramach naboru zewnętrznego, które posiadają odpowiednie kwalifikacje. Takie osoby są w procedurze naboru do służby - twierdzi rzecznik. Dodaje też, że dwie osoby już rozpoczęły szkolenie na turbolety, a kolejne są przygotowywane do szkolenia.

- Warto zaznaczyć, że samoloty L-410 od czasu odbioru wypracowały bardzo dużą liczbę godzin w powietrzu. Po zrealizowaniu dostawy dwóch kolejnych samolotów potencjał lotnictwa zostanie należycie wykorzystany. Tym bardziej, że dwa turbolety, ze względu na stosunkowo rekordowe naloty roczne, przechodzić będą okresowe prace obsługowe wyższego rzędu - przekonuje ppłk Juźwiak.

Pogranicznicy: Trzeba inwestować w sprzęt i ludzi. Tu i teraz

Rzecznik komendanta głównego SG przyznaje też, że obecnie wdrażana jest reforma i restrukturyzacja Biura Lotnictwa. Dzieje się to przede wszystkim "ze względu na nowe kierunki zagrożeń granicznych oraz konieczność relokacji odpowiednich sił i środków". Na czym konkretnie polega reforma, rzecznik nie informuje. Natomiast dodaje, że pogranicznicy w większym stopniu mają wykorzystywać bezzałogowe statki powietrzne, czyli drony.

Według funkcjonariuszy głęboka reforma lotnictwa Straży Granicznej to konieczność. - Trzeba zadać pytanie, czy przy obecnym stanie kadrowym, gdzie w większości wydziałów jest jeden albo dwóch pilotów, utrzymywanie naczelników ma sens, czy może wszystko powinno przejść pod Warszawę, a załogi powinny być delegowane do poszczególnych miejsc według zapotrzebowania. Trzeba zastanowić się też, czy w ogóle jest sens utrzymywania lotnictwa SG, skoro są ciągłe problemy ze sprzętem i ludźmi i nikt nie potrafi tego skutecznie rozwiązać. Może najlepszym wyjściem jest więc rozwiązanie formacji - gorzko mówi jeden z pograniczników.

Po dłuższej chwili proponuje jednak rozwiązanie. Według niego SG powinna zainwestować w śmigłowce jednego typu. Ich zaletą jest możliwość szybkiego poderwania niemal z każdego miejsca i wsparcie ich dronami. Dla porównania turbolety mogą startować tylko z lotniska z betonowym pasem i odpowiednimi systemami nawigacyjnymi.

- Inwestować w ludzi i sprzęt trzeba tu i teraz. Na zamówione samoloty czy śmigłowce trzeba będzie czekać co najmniej dwa lata, albo dłużej, a większość maszyn jest u kresu. Zresztą już dziś we wszystkich oddziałach mówią: "kiedy potrzebujemy wsparcia, to was nigdy nie ma. Albo jesteście po dyżurze, albo samolot w remoncie, albo odbieracie wolne" - podsumowują pogranicznicy.

To druga część naszego cyklu dotyczącego zapaści w lotnictwie Straży Granicznej. Kolejne będą ukazywały się w poniedziałki na RadioZET.pl.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET