`

Nauczyciele: "Szkolimy się na potęgę i co z tego. Jakość jest dramatyczna"

6 min. czytania
26.01.2026 06:22
Obserwuj nas na Google

- Jedna z najbardziej szkolących się grup zawodowych? Tak, ale spora część tych szkoleń jest nic nie warta – przyznają nauczyciele i opowiadają, jak naprawdę wygląda kwitnący rynek webinariów, kursów i konferencji w edukacji.

Nauczyciele
fot. Wojciech Olkusnik/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Co wpływa na efektywność i przydatność szkoleń i kursów dla nauczycieli.
  • Które formy szkoleń są najbardziej preferowane przez nauczycieli i dlaczego.
  • Dlaczego nauczyciele uczestniczą w dużej liczbie szkoleń, mimo ich niskiej jakości.

Justyna, nauczycielka biologii i chemii z Poznania, do tej pory pamięta, jak dobre kilka lat temu była na kursie tutoringu, który zorganizowała jej szkoła. - Trwał kilkadziesiąt godzin, mieliśmy zajęcia prawie pół roku, ale było super – wspomina. Ze szkoleń, które na pewno jej się przydały, był też kurs IB (czyli przygotowania do matury międzynarodowej). - Skoro innych szkoleń nie pamiętam, to znaczy, że niewiele były warte i nic nie wniosły do mojej pracy – stwierdza.

A nauczyciele, jak szacuje Marcin, nauczyciel historii i geografii z Poznania, w trakcie swojej pracy w szkole realizują średnio kilkadziesiąt, jak nie kilkaset szkoleń. - Ich jakość jest dramatyczna, rynek potężnie się rozrósł, satelit, które zarabiają na edukacji, jest mnóstwo i szkolić może w zasadzie ktokolwiek. To jest patologia – stwierdza wprost Jolanta Gajęcka, dyrektorka SP nr 2 w Krakowie.

Nauczyciel praktyk, nauczyciel teoretyk

Głównym błędem zdaniem Marcina jest oderwanie kursów od rzeczywistości. - Przedstawiają one zazwyczaj statyczną grupę szkolną, a każdy uczeń jest inny – mówi. Pod koniec ubiegłego roku szkolnego był na kursie w ośrodku doskonalenia nauczycieli z metod aktywizacji młodzieży. Ale zajęcia poświęcono w zasadzie temu, jak realizować podstawę programową. - Zalecano np. pracę w grupie, ale to się już nie sprawdza. Dziś skupienie ucznia na lekcji trwa kilka sekund. To jest pokolenie tiktokowe – mówi. Uderzyło go też przekonanie prowadzących, że jak nauczyciel coś powie, to uczeń ma to zrobić. - Teraz to tak nie działa, ale osoby, które prowadziły kurs, były w wieku emerytalnym, miały inne zapatrywania na kontakt między nauczycielem a uczniem i na potrzeby młodego pokolenia – opowiada.

Ewa, polonistka z Łodzi, podobnego oderwania od rzeczywistości doświadczyła nieraz. Do tej pory pamięta, jak dwa lata temu była na szkoleniu z metodyki. Według prowadzącego wystarczy np. wziąć zwykłą skrzynkę, wsadzić tam mech, liście, pokazać uczniom i w ten sposób ich zaciekawić. - Super, tylko kiedy i jak to przewieźć? Do szkoły jeżdżę z dwoma przesiadkami, 40 minut. Zawsze mam dwie torby z książkami. Miałabym jeszcze wziąć do tramwaju skrzynkę z mchem? – pyta z ironią. - Zacznijmy od tego, że jak nieraz chciałam wyświetlić prezentację, to nie mogłam, bo w niektórych salach sprzęt co chwila się psuje – dodaje.

Redakcja poleca

Nawet jeśli temat wydaje się ciekawy, to przedstawione tam treści zdaniem Jagody, matematyczki z Łodzi, też pozostawiają wiele do życzenia. Nauczycielka ostatnio zapisała się na szkolenie o nowatorskich metodach nauczania matematyki przy użyciu AI. - Strata czasu niestety – stwierdza i wyjaśnia: - Nic mnie tam nie zaskoczyło, interesuję się tym tematem, więc coś już wiedziałam, a tu przedstawiano podstawy i same banały – mówi. Ale np. ostatnio wyszła zachwycona z zajęć o odpowiedzialności prawnej nauczycieli. - Dyrekcja zorganizowała nam takie szkolenie, prowadził je pan mecenas i otworzył nam oczy na wiele spraw. Były konkrety, życiowe przykłady – opowiada.

Szkolenia, ale online

Według niej problem jest też forma takich kursów, które coraz częściej są online. Zajęcia stacjonarne, kontakt z żywym człowiekiem daje jej więcej informacji, śmiałości do tego, żeby np. zapytać o nurtującą ją kwestię. - Webinarium na 5 tys. ludzi powoduje, że nie każdy ma śmiałość zabrać głos, nie każdemu się to uda przy takiej liczbie uczestników. Wtedy tylko słuchamy, mamy bierną postawę – tłumaczy matematyczka. Dlatego jeśli tylko może, wybiera warsztaty - wtedy grupa jest mała, są one na żywo, ludzie poznają się, wymieniają doświadczeniami. - Tylko najczęściej są one prowadzone w ciągu dnia, więc wyjście dezorganizuje pracę szkoły i nie zawsze da się z nich skorzystać – dodaje Jagoda.

Według Jolanty Gajęckiej pandemia rozmnożyła i jednocześnie zepsuła ofertę szkoleń. - Do pandemii wszelkie szkolenia najczęściej odbywały się stacjonarnie w szkole, dwa, trzy razy w roku, w zależności od tego, ile było pieniędzy i jakie były potrzeby szkoleniowe. Potem pojawiło się tak dużo różnego rodzaju propozycji online - bezpłatnych, płatnych - że trudno trafić na coś wartościowego – przyznaje. Jednocześnie koszty szkoleń do małych nie należą, biorąc pod uwagę zarobki nauczycieli. Czasem jedno trzygodzinne spotkanie kosztuje 3,5 tysiąca złotych.

Szkoleń, w których uczestniczyła, nie zliczy. Z ostatnich na pewno zapamięta wystąpienie gen. Bieńka o bezpieczeństwie. - Wysłuchałam go z wielką przyjemnością. Po jego przemówieniu poczułam się uspokojona, bo za wiedzą szło doświadczenie – wyjaśnia Gajęcka. - Liczy się też to, jak ktoś tę wiedzę i doświadczenie przekazuje – dodaje Justyna.

Redakcja poleca

Zaledwie parę tygodni temu uczestniczyła w konferencji o efektywności uczenia. - Pierwszy prelegent, neurobiolog, świetnie mówił, dobrze się go słuchało, podawał wiele przykładów. Po czym kolejny prelegent, matematyk, mówił chaotycznie, meandrował. Ewidentnie miał ogromną wiedzę, ale nie potrafił jej przekazać – wspomina biolożka. Marcin wybierając szkolenia, patrzy też na to, czy prowadzi je ktoś z uczelni tytułem naukowym. Wtedy domyśla się, że będą to zajęcia raczej teoretyczne.

Podyplomówki dla nauczycieli

Podobnie dzieje się z podyplomówkami popularnymi wśród szkolnej kadry. Justyna np. kończyła chemię dla nauczycieli. - Zajęcia były naprawdę bardzo dobrze poprowadzone. Bardzo dużo się tam uczyłam, bo jednak jeśli ktoś studiuje pięć lat dany przedmiot, to ma zupełnie inną wiedzę – wspomina. Potem postanowiła zrobić jeszcze podyplomówkę z zarządzania oświatą. - Nic z tego nie pamiętam, nie sprawdzali tam wiedzy, raczej chodziło o to, żeby każdy skończył i był zadowolony – mówi.

Pozostaje więc pytanie, dlaczego więc nauczyciele niemal masowo uczestniczą jednak w takich podyplomówkach, szkoleniach? - Zaświadczenia – odpowiada wykładowca jednej z łódzkich uczelni, gdzie w ubiegłym roku szkolnym organizowano konferencję o dzieciach w spektrum autyzmu. - Gdy przyjmowaliśmy zapisy, dla wielu zgłaszających kluczowe było to, czy wystawiane będą zaświadczenia o udziale. Potem jeszcze dobrze się prelekcje nie zaczęły, a dostaliśmy kilka maili, czy już można dostać papier – opowiada wykładowca, który współorganizował konferencję.

- Nauczyciele mają tendencję do zbieractwa, kolekcjonowania takich papierów. Chwalą się potem, że są jedną z najbardziej szkolących się, rozwijających grup zawodowych, tylko to mało co warte – zgadza się Justyna. Gajęcka domyśla się jednak, że o zaświadczenie najczęściej pytają nauczyciele, którzy są na ścieżce awansu zawodowego. Żeby zdobyć kolejne stopnie (nauczyciel stażysta, mianowany, dyplomowany), muszą udowodnić dorobek zawodowy i zdobyć dobrą ocenę pracy. - Muszą wykazać, że się dokształcają, a edukacja, niestety, stoi na papierach – przyznaje dyrektorka.

Nie liczba, a jakość

Ci, którzy mają już najwyższy stopień awansu, obowiązkowo uczestniczą w szkoleniach zorganizowanych przez dyrekcję dla całej rady. - W Krakowie dostajemy dosyć spore pieniądze na to, więc w porozumieniu z radą pedagogiczną zastanawiamy się, jakie szkolenia są nam potrzebne, co warto zrobić – opowiada Gajęcka. Jej szkoła np. drugi rok z rzędu wykupiła dostęp do platformy edukacyjnej z pakietami 140 szkoleń. Kiedy nauczyciele są zobowiązani pracować zdalnie, czyli na przykład w dni wolne od zajęć dydaktycznych, w czasie przerwy wiosennej czy zimowej, to muszą wtedy np. dziennie jedno szkolenie zrobić.

Ale też sami nieraz wyszukują ofert w ramach doskonalenia zawodowego. Jeśli szkoła ma fundusze, to takie szkolenie może opłacić. - Uczniowie szybko się nudzą, więc jeśli chce się nadążać, trzeba się szkolić i zmieniać coś np. w metodach prowadzenia lekcji – mówi Jagoda. Żeby znaleźć kogoś naprawdę wartościowego, nauczyciele i dyrektorzy przekazują sobie informacje na temat dobrych fundacji czy prowadzących. - Tylko tacy z kolei nie mają terminów – rozkłada ręce Gajęcka.

Kilka miesięcy temu sama uczestniczyła w szkoleniach fundacji o hejcie w internecie. Prowadzący był rewelacyjny, chciała go zaprosić, by przeszkolił radę pedagogiczną w jej szkole i rodziców. - Nie udało się, na rok do przodu wszystko miał zajęte. Zaproponował, że jego współpracownik przyjedzie, ale nie zgodziłam się, bo może ktoś inny zrobiłby to zupełnie inaczej – opowiada dyrektorka.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET