"W tej chwili wracaj. Woda jest już pod domem". 27 lat temu Wrocław się zatrzymał
Kamila miała 7 lat, kiedy po raz pierwszy zaczęła się martwić o babcię. - Mieszkałam wtedy w Świdnicy, jakieś 50 km od Wrocławia. Pamiętam, jak stałam w oknie budynku, w którym mieszkała babcia. Miała piękny widok na Bystrzycę. Patrzyłam, jak ludzie układają worki. Woda była coraz bliżej. Minęło 27 lat, a ja dalej mam ten obraz przed oczami, te żywe emocje: co się stanie, gdy woda w końcu dotrze do babci?
- 4 zdjęć Zobacz galerię
Okruchy sprawiedliwości
W lipcu 1997 roku we Wrocławiu czas się zatrzymał. Woda pochłonęła wielkie zegary i małe zegarki. Wielkie marzenia i małe plany na niedzielę. Zabrała pamiątki z pierwszej komunii, wakacyjne gry w berka na placu zabaw i dobrze znaną, wypracowaną rutynę. - Na Nadodrzu powódź zaczęła się przy wiadukcie na Trzebnickiej. Woda najpierw nieśmiało wylewała się kanałami, wieczorem nabrała rozmachu. Pamiętam, że nie dotarła do każdego skrawka parku. Tu tereny są nierówne. Niesprawiedliwe: bo już na placu Wielkopolskim sięgnęła dachu wiaty tramwajowej. Na jednych ulicach - do piwnicy. Na innych - do wysokiego parteru - opowiada Anna. Łukaszowi zwolnił czas jeszcze wtedy, gdy wszystkie zegarki w mieście miały się dobrze. - Pamiętam, jak stałem na Trzebnickiej od strony mostów w kierunku wiaduktu. Teraz mi się przypomniało, że widziałem to na własne oczy. Wody przybywało, na początku minimalnie...
Z czasem wszystko przyspieszyło. 12 lipca 1997 roku powódź tysiąclecia wdarła się do Wrocławia. W nocy z piątku na sobotę zalane zostały Opatowice, a następnie wrocławska oczyszczalnia ścieków. Z godziny na godzinę sytuacja stawała się coraz trudniejsza. Cały południowy Wrocław został odcięty od prądu.12 lipca na Kozanowie woda sięgnęła kilku metrów. Zamknięto niektóre mosty. Po godzinie 15:00 część miasta została całkowicie odcięta od świata - nie było wody pitnej, nie działał numer alarmowy 999. Zalany został też szpital psychiatryczny przy ulicy Kraszewskiego na Kleczkowie i okolice Dworca Głównego. Noc z 12 na 13 lipca była nocą walki - podobnie jak kolejne dni. - Na dachach budynku stały dzieciaki i starsi, bo z helikopterów zrzucali chleb i inne najpotrzebniejsze artykuły. Później pamiętam kolejki w parkach, beczkowozy. Wilgoć, brud i szczury. Na normalność musieliśmy jeszcze zaczekać.
Przerwane wakacje
- Byłam z rodzicami na wakacjach w Bieszczadach. O tym, co się dzieje, dowiedzieliśmy się z wiadomości. Miałam 7 lat. We Wrocławiu została moja 19-letnia siostra, musiała pracować. Gdy przyszła wielka fala, rodzice nie byli w stanie dowiedzieć się, czy nasz dom na Gaju ucierpiał. Telefonów komórkowych nie mieliśmy, a stacjonarny milczał. Siostra nie odbierała. Następnego dnia byliśmy już w drodze do domu. W okolicach Siechnic pod Wrocławiem zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, która znajdowała się blisko torów kolejowych. Nie zapomnę tego widoku: na zalanych torach leżało utopione bydło. Świnie, krowy. To był najokrutniejszy obraz, jaki został mi w głowie z tego okresu - wspomina Monika.
15-letnia Joanna ujrzała Wrocław pod wodą zaraz po wycieczce. - Mieszkaliśmy wtedy w okolicy placu Grunwaldzkiego, na parterze. W połowie lipca 97' wróciłam z wakacji. Nikt nie zdążył nawet rozpakować rzeczy z toreb; mama chwyciła mnie, siostrę i babcię. Uciekłyśmy do sąsiadki na pierwsze piętro.
Chodziliśmy po te lody z garnkami
- W mieście wyłączyli prąd. Z perspektywy 10-letniego dziecka bardzo ciekawą sprawą było to, że wszystkie lodziarnie na rynku rozdawały lody. I to były tak ogromne ilości, że chodziliśmy po te lody z garnkami. Mieszkałem wtedy na Kiełbaśniczej. Pamiętam, że obrona rynku była heroiczna. Sam dzielnie walczyłem i nosiłem worki z piaskiem, chociaż dorośli mi nie pozwalali. Przyjeżdżali później ludzie żukami, nysami, różnymi autami transportowymi i przywozili jedzenie i napoje. Dla ludzi broniących - wspomina Krzysztof.
Jak długo można patrzeć na wodę?
- Życie podzieliło się na dwa rozdziały - przed powodzią i po powodzi. Pełno szczurów, robactwa, wilgoci. Straszny smród ulic i zalanych mieszkań - ale to w swoim czasie. Na początku była woda - Agnieszka miała wtedy 13 lat. - Dopiero co skończyłam podstawówkę i cieszyłam się z wakacji. Wszyscy znajomi pojechali na kolonie, ja zostałam we Wrocławiu. Na początku powódź wydawała się fajna, bo coś się w końcu działo. Był zamęt, wszyscy wzmacniali wały, biegali z workami. Widziałam wojsko, policję. I wodę - a razem z nią cały ten syf, który poleciał na Kleczków.
- Teren jest usytuowany w dole, dlatego od strony Reymonta był zalany wiadukt, dalej ulica była sucha, podobnie jak Trzebnicka, część Kraszewskiego i Kleczkowskiej. Cała reszta w wodzie. Na jakieś 2-2,5 metra. Pamiętam sąsiada, który pracował w firmie budowlanej i jeździł kamazem. Zalało go po sam dach - dodaje rozmówczyni portalu RadioZET.pl. - Moja mama pracowała wtedy na Zakrzowie, w administracji w spółdzielni. Jak już było wiadomo, że okolicę zalewa, to wszystkie papiery zanosili do pracowników, którzy mieszkali na miejscu. Im wyżej, tym lepiej. Później usłyszała, że ma iść do domu, zrobić jakieś zakupy, bo nie wiadomo, kiedy przyjdzie do pracy. I czy w ogóle.
Do pracy jeździli tylko ci, co musieli. - W lipcu nie wiadomo było, co dalej. Niektórym mało co udawało się uratować, zwłaszcza tym z parterów. Uciekali na wyższe piętra. Najgorzej mieli sąsiedzi z psami, bo nie zawsze chciały wsiąść do łódki i popłynąć na suchy ląd, żeby się wypróżnić. Chart jednego pana z bloku pływał i bawił się doskonale, lubił te wędrówki - ale już inny cocker spaniel wody nie za bardzo, łódki nie za bardzo i tak trzy dni ze stresu w ogóle się nie załatwiał - opowiada Agnieszka.
Na początku 13-letniej dziewczynce to wszystko wydawało się ekscytujące. - Ludzie siedzieli w domu, żołnierze rozdawali jedzenie. Na niebie widzieliśmy chmarę helikopterów. Sąsiad nawet latał jednym do pracy. Było fajnie. Po dwóch, trzech dniach zrobiło się inaczej. Nudno, smutno. Wyłączyli prąd i gaz, a my nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, bo ile można patrzeć na wodę?
Na ratunek
Justyny nie było we Wrocławiu, gdy zalewała go woda. - W lipcu 1997 roku pojechałam na wakacje, gdzieś pod Kraków. Pamiętam drogę powrotną i porażające obrazy wzdłuż całej trasy; pozrywane mosty, zawalone mury. To wtedy zdałam sobie sprawę, że jadę na powódź. Nie wiem nawet, jak dostałam się do domu - opowiada.
- Mieszkałam wówczas w części Wrocławia, która akurat nie była zalana. Mój chłopak nie miał tyle szczęścia, został na Szczepinie. Na ulicę Czarneckiego popłynęłam po niego kajakiem, wtedy wszyscy wokół sobie pomagali. Przedostałam się do bramy. On próbował zejść po schodach, ale woda sięgała już do połowy. W końcu skoczył. To moje najbardziej wyraźne wspomnienie, sam Wrocław pod wodą widzę do dziś jak przez mgłę. Wspomnienia to głównie brak wody, prądu i wzajemne wsparcie, społeczny zryw - ale żyło się trudno.
"Wojenka"
- Na kilka dni przed główną falą, gdy woda wzbierała i przekraczała stany zagrożenia, na podziałkach ludzie w najlepsze spacerowali Wybrzeżem Wyspiańskiego i wałami nad Odrą, robiąc zdjęcia - opowiada Katarzyna. - Nie czuło się zagrożenia, ale ekscytację czymś niezwykłym. I to było wkurzające, bo zagrożenie istniało i chyba nikt do końca nie zdawał sobie sprawy, jak duże.
- Mieszkaliśmy na czwartym piętrze plomby, na wysokim brzegu Odry, więc nie martwiliśmy się o siebie, ale o rodziców męża. Oni zostali na Pugeta i na parterze wielorodzinnego domu. Nie chcieli ruszyć się ze swojego mieszkania i być u nas. Tomek jeździł wtedy pomagać umacniać wały koło zoo i w okolicy Zameczku. Mówił mi potem, że ktoś tam w okolicy miał budowę i zwiezioną górę piachu. Wykorzystali ten piach do sypania worków, oczywiście nie szukając i nie pytając właściciela o zgodę - twierdzi Katarzyna.
Noc przejścia wielkiej fali była w mieście kompletnie ciemna. - Wyłączyli prąd, którego nie było chyba dwa-trzy dni, może tydzień, nie pamiętam. Dowozili nam wodę i można było brać ją do wiadra. Póki nie było prądu, sklepy działały bez wpuszczania ludzi do środka - zrobiono lady w wejściach i kupowało się tylko podstawowe rzeczy i, zdaje się, tylko za gotówkę. To trwało kilka dni. A gdy był już prąd, to człowiek ciągle oglądał relacje w lokalnej telewizji i zdjęcia z helikoptera. Był jeden temat: gdzie i kto potrzebuje pomocy, kogo ewakuują. Człowiek się czuł trochę jak na wojnie. Pamiętam komentarze o wysadzaniu wałów w Łanach, że opór ludzi był nie tylko związany z obroną własnych domów. A tu rzecz miała też kontekst polityczny, bo dom w Łanach miał ówczesny wojewoda. Ile w tym było prawdy, do dziś nie wiem - wspomina Katarzyna.
Deszcz papierówek
- W dzieciństwie kilka razy śniło mi się, że jestem na drugim piętrze, wystawiam nogi przez okno i pluskam się w wodzie. Ten sen był przyjemny, wakacyjny. Przypomniałem go sobie, gdy miałem 27 lat, a Wrocław znalazł się pod wodą. - opowiada Krzysztof. - Zanim to się stało, byliśmy z kolegą we Francji w odwiedzinach u mojej siostry. Rano zatelefonowałem do ojca, który mieszkał na Nadodrzu. Tato opowiadał o tym, co jadł na śniadanie. Mówił o jajkach, które gdzieś kupił. No i że strasznie padało - "mówią, że rzeki wzbierają". Przyjąłem to na chłodno; jak informację o zakupie jajek - relacjonuje.
Kolega Krzysztofa mieszkał wtedy na Opolszczyźnie. - Któregoś dnia powiedział, że cztery hektary zboża nad Nysą diabli wzięli. Wtedy jeszcze nie skojarzyłem tej informacji ze słowami ojca. Znajomy chciał wracać, sam sądziłem, że to pochopne, ale pojechaliśmy. I całe szczęście - bo jak dojechaliśmy do jego wioski, to szybko okazało się, że mamy pół godziny, zanim nadejdzie fala. Wrzuciliśmy meble i inne rzeczy na strych, stamtąd uciekaliśmy już ciągnikiem. Z tej Opolszczyzny został mi jeden obrazek w głowie; siedzę na strychu, w wodzie odbijają się gwiazdy i spadają na nie papierówki. To było magiczne. Z Wrocławia mam dachy pełne życia i ekscytacji. Atmosferę zbliżającej się przygody - dodaje.
- W takim nastroju - już we Wrocławiu - poszedłem zobaczyć, jak się ma Odra. Zadzwoniłem do ojca, żeby się nie martwił, bo spotkałem przyjaciół, układamy worki, wszystko jest dobrze i że przyjdę później. Pamiętam, że powiedział tylko: "W tej chwili wracaj. Woda jest już pod domem".
Po pierwszym szoku życie przeniosło się na dachy. - Znałem takie małżeństwo. Chyba jako jedyni potraktowali kataklizm poważnie. Wszyscy wokół robili zapasy wody i chleba - oni nakupowali wódki. Sęk w tym, że po jakimś czasie zachciało im się jednak jeść i pić, a że ludziom szybko wyczerpała się cierpliwość, to weszli na dach i machali helikopterowi białym prześcieradłem. Czerwone było od zagrożenia życia, niebieskie na leki. Pilot ich zauważył i chwilę później przyleciał - ale nie jakiś zwykły helikopter, tylko potężny, dwuśmigłowy transportowiec. Może dosłownie wszystkich to z tego dachu nie zdmuchnął, ale żartów nie było. To był ciekawy lipiec - opowiada Krzysztof.
Dla Wrocławia powódź była jakimś punktem przełomowym, przekuciem go we wspólnotę. - Życie podzieliło się na dwa rozdziały: przed powodzią i po powodzi. Minęło 27 lat, a do dziś tematem rozmów wielu mieszkańców są te historie - co wtedy robiliście, gdzie byliście. Fala zostawiła mnóstwo śladów, nie tylko w samym mieście. Kiedy w 2010 roku poziom wód się podniósł, jeździłem z moją ukochaną na most Warszawski. W 97' przebywała poza Wrocławiem, więc dla niej to były zwykłe wycieczki. A ja tak stałem, patrzyłem na tę wodę i czułem, jak mrożący dreszcz biegnie mi po plecach.
Źródło: Radio ZET