Piekło Kononowicza trwało latami. Pewnej nocy wykopano mu za domem grób
Krzysztofa Kononowicza jedni pamiętają z wyborów na prezydenta Białegostoku i kultowego tureckiego swetra, inni z ekscentrycznej twórczości na YouTube. Przez ostatnie lata był on jednak ofiarą internetowego koszmaru, nie będąc nawet do końca tego świadomym. Jego śmierć to powrót pytań o granice rozrywki w sieci i o to, gdzie w takich sytuacjach jest państwo?
6 marca nad ranem zmarł Krzysztof Kononowicz, jeden z najbardziej popularnych mieszkańców Białegostoku, w przeszłości nawet barwny kandydat na prezydenta tego miasta. W ostatnich latach swojego życia stał się mimo woli gwiazdą ciemniejszej i zabójczej strony YouTube’a. Ostatni film z jego udziałem pojawił się na kanale „Mleczny człowiek” pod koniec grudnia. Wkrótce po tym Kononowicz trafił do szpitala z ciężkim zapaleniem płuc. Na początku lutego został skierowany do hospicjum. Wiemy, że od tygodni był w bardzo ciężkim stanie i praktycznie nie było z nim kontaktu.
Informacja o odejściu Kononowicza nikogo nie zaskoczyła. Wszyscy, którzy śledzili jego losy na YouTube, doskonale zdawali sobie sprawę, że śmierć tak skrajnie zaniedbanego, schorowanego człowieka to tylko kwestia czasu. Ostatnie miesiące spędził niemal wyłącznie siedząc lub leżąc na wersalce w swoim dziennym pokoju. Tuż obok, na stole i krzesełkach, miał wszystko to, co było mu niezbędne: jedzenie, mleko, rozmaite dokumenty, telefony. W tym czasie rzadko wstawał i niemal w ogóle nie opuszczał swojego domu. Zakupy dostarczali mu „opiekunowie” związani z kanałem „Mleczny człowiek”. Jego dom, mimo że od czasu do czasu sprzątany przez wynajęte osoby, najczęściej przypominał wysypisko śmieci.
Swoje pierwsze 5 minut Krzysztof Kononowicz miał blisko 20 lat temu, gdy cała Polska zobaczyła spot wyborczy z jego udziałem. - Żeby nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego – przekonywał, ubrany w turecki sweter, jako oficjalnie zarejestrowany kandydat na prezydenta Białegostoku. I choć w polityce nie zrobił szczególnej kariery, to w zawrotnym tempie zdobył dużą acz zaledwie chwilową popularność w całym kraju. Kilka lat później, gdy medialne zainteresowanie zanikło, zmarła matka Krzysztofa i jego brat, a on został zupełnie sam, nieporadny, zagubiony, bez środków do życia. Wkrótce miało jednak nadejść jego kolejne 5 minut.
Drugie 5 minut Kononowicza
Za sprawą mediów społecznościowych Krzysztof Kononowicz objawił się światu ponownie, tym razem jako gwiazda portalu YouTube. Na filmach, początkowo nagrywanych przez różnych „redaktorów”, recenzował konserwy mięsne, makrelę z cebulką, sałatki, jakość polskiego mleka i ilość cukru w cukrze. Komentował także wydarzenia polityczne i społeczne. Nie był już sam. Do jego domku przy ul. Szkolnej w Białymstoku wprowadził się lokator – Wojciech „Major” Suchodolski – później także youtuber. Ich codzienne życie, pełne absurdów, kłótni i nierzadko patologicznych scen, przez lata bawiło polski internet.
Suchodolski w młodym wieku stracił matkę. Później nie skończył szkoły, wdał się w życie przestępcze, aż w końcu trafił do zakładu karnego. Po wyjściu z więzienia wpadł w wir uzależnień. Gdy zamieszkał z Kononowiczem, przypominał rozpadającego się człowieka. Jednak dzięki zyskom z filmów publikowanych na YouTube, udało mu się poprawić swój status materialny, z czego był bardzo dumny. Po niełatwych latach życia pod jednym dachem z Kononowiczem, „major” wyjechał w końcu z Białegostoku, wabiony licznymi obietnicami założenia rodziny z nieistniejącymi kobietami. Dla zysku z internetowych transmisji manipulowano nim jak dzieckiem. Suchodolski, uzależniony od alkoholu i środków odurzających, zmarł nagle w 2023 roku po jednej z dziesiątek alkoholowych libacji, które pokazywano w internecie. Dokładne okoliczności jego śmierci do dziś pozostają niewyjaśnione.
Problemy zdrowotne Krzysztofa Kononowicza pojawiły się kilka lat temu w czasie, gdy mieszkał z nim jeszcze Wojciech Suchodolski. Lekarze zdiagnozowali u niego cukrzycę. Było jasne, że sam nie będzie w stanie odpowiednio zadbać o swoje zdrowie, nie będzie pamiętać o lekach i dyscyplinie dotyczącej diety. Opiekę miały zapewnić mu osoby odpowiedzialne za kanał „Mleczny człowiek”, które pokazywały na YouTube jego codzienne życie, inkasując za to pokaźne zyski finansowe. Szefem kanału i mózgiem projektu jest mieszkający na południu Polski Sławomir N. Jego działającymi na miejscu współpracownikami są m.in. Jarek „Aron” i znany białostocki aktywista Rafał Kosno. Po 2019 roku to właśnie te osoby miały na filmowanie Kononowicza niemalże monopol.
Paradoksalnie to filmy z „mlecznego kanału” potwierdzały, w jak fatalnych warunkach żył Kononowicz i jak bardzo zaniedbywali go zajmujący się nim współpracownicy. Codziennością chorego na cukrzycę Kononowicza był brud, smród, dostarczane przez widzów słodkie napoje, hektolitry mleka i brak ruchu.
Zapaść zdrowotna i poniżające filmy
Paweł Kołodziej, znany na YouTube jako Barnej, uważa, że kluczowa była tutaj rola MOPR, czyli Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Według Barneja, który wiele lat temu poznał Kononowicza, odwiedzał go i pomagał mu materialnie, MOPR pozorował swoje działania pomocowe. – Oni byli dogadani ze Sławkiem. Od czasu do czasu dzwonili do Sławka i pytali, jak Krzysiek się czuje. Gdy wysyłali opiekunki społeczne, twierdzili, że było zamknięte i nie mogli się dostać – mówi w rozmowie z RadioZET.pl youtuber. Dalej wspomina: - W 2022 roku była sprawa sądowa o umieszczenie Krzyśka w DPS. Wystąpił o to MOPR. Pan Sławek przeprowadził jednak pozorowany remont jego domu, a na sprawie powołał świadków, którzy stwierdzili, że się nim opiekują. Sąd doszedł do wniosku, że skoro oni się nim opiekują, to Krzysiek nie trafi do DPS. Czyli MOPR składa wniosek do sądu o ubezwłasnowolnienie, a jednocześnie nie robi nic, gdy sąd odrzuca ten wniosek. Sprawę zamiatano pod dywan.
Zapaść zdrowotna to jednak nie wszystko. Ostatnie lata życia Kononowicza, czyli okres, gdy odpowiadali za niego twórcy kanału „Mleczny człowiek”, to czas brutalnego odczłowieczania, poniżania, psychicznego znęcania się i czerpania z tego finansowych zysków. Na wrzucanych do sieci filmach mogliśmy zobaczyć Kononowicza pijącego mocz, oblewającego się nadesłanymi w paczce fekaliami, czy wyciągającego z wysłanego mu kartonu zdechłego szczura. Nagrywający go współtwórcy kanału, wykorzystując fakt lekkiego upośledzenia umysłowego swojego „aktora” oraz prawdopodobnej mitomanii, podjudzali go, aby opowiadał o swoim pradziadku Józefie Piłsudskim, o przyjaźni z Lechem Kaczyńskim, wizytach w Pałacu Buckingham u królowej Elżbiety II, czy wspólnym błogosławieniu wiernych wraz z papieżem Janem Pawłem II w Rzymie. Z pełnym przekonaniem mówił, że jest adwokatem, posłem, a w przeszłości pracował jako ochroniarz Ojca Świętego. Na nagraniach występował także w koronie cierniowej twierdząc, że jest męczennikiem.
Stałym elementem serialu z Kononowiczem było odczytywanie wulgarnych, nienawistnych listów nadsyłanych rzekomo przez widzów, w których nazywano go „knurem”, „ostatnim ch**em Polski”, „nibembenem”, czy „ogrem” doprowadzając go do szału i płaczu. Zarzucano mu także, że współżył seksualnie z matką. Jego posesja wielokrotnie oblewana była fekaliami. Pewnej nocy za domem wykopano mu nawet grób. I choć „opiekunowie” z „mlecznego kanału” zadbali o to, aby dom Kononowicza i jego otoczenie było dokładnie monitorowane przez kamery, sprawców tych incydentów nigdy nie ustalono. W 2023 roku wysłano mu dedykowaną płytę nagrobkową z datą śmierci „5.03.2025” i dopiskiem „spoczywaj w przedpokoju”. Internauci piszą dziś, że przepowiednia się spełniła, bo data śmierci zgadza się niemal idealnie.
Państwo chowało głowę w piasek?
Stan Kononowicza wyraźnie pogorszył się po śmierci Suchodolskiego. Z dnia na dzień miał on coraz większe trudności z poruszaniem się, rzadziej wychodził z domu, a do tego bywał agresywny i odmawiał współpracy w podstawowych sprawach, np. związanych z higieną osobistą. W jego domu pojawiło się jeszcze kilku lokatorów, ludzi głównie z marginesu społecznego. Ich pobyt szybko się jednak kończył, bo Kononowicz nie zgadzał się na spożywanie przez nich alkoholu, wywołując przy tym straszliwe awantury. Ostatnie miesiące życia spędzał sam w urągających godności ludzkiej warunkach. Każdego dnia odwiedzał go jednak ktoś z „mlecznego kanału”, aby zostawić zakupy, odczytać mu listy lub otworzyć paczkę od widzów i zrealizować tym samym kolejne materiały na YouTube.
Tragiczny los Krzysztofa Kononowicza mocno podzielił polski internet, a konflikt między zwaśnionymi stronami w 2022 roku pokazano nawet w popularnej „Sprawie dla reportera” Elżbiety Jaworowicz. Starły się tam dwie ekipy, w internecie określane jako „lateksy” i „antylateksy”. „Lateksy” to osoby związane z „Mlecznym człowiekiem”, odpowiedzialne za warunki, w jakich w ostatnich latach żył Kononowicz i czerpiące zyski z pokazywania go w internecie, a więc Sławomir N. i jego współpracownicy. Grupa „antylateksów”, a wśród nich, m.in. youtuber Olgierdano, domagała się z kolei zamknięcia kanału, zakończenia biznesu opartego na upokarzających filmach i przeniesienia Kononowicza do Domu Pomocy Społecznej. On sam także wystąpił w programie Jaworowicz. Będąc zupełnie nieświadomym sytuacji, w jakiej się znajduje, przyznał, że dzięki autorom „mlecznego człowieka”, ma teraz swój raj.
Barnej, który także próbował zatrzymać działania „mlecznego kanału”, przyznaje, że był stalkowany i zastraszany do tego stopnia, że w pewnym momencie musiał się wycofać. - Cały ten „gang Olsena” funkcjonował w ten sposób: ścisły zarząd, a więc Sławek, jego żona i Jarek, który był reżyserem nagrywającym Krzyśka. Do tego dochodzili „opiekunowie”, których wyszukiwał Sławek. Mieli oni za zadanie cały czas mieszkać u Krzyśka i nie dopuszczać ludzi, którzy nie byli z polecenia – mówi. – Sławek wynajdywał np. Kubę. Ten mieszkał z Krzyśkiem i pilnował go. Jeśli ktoś chciał do Krzyśka wejść, to Kuba natychmiast informował Sławka – dodaje.
Śmierć Kononowicza nikogo nie zaskoczyła
Twórcy kanału „Mleczny człowiek” odrzucają wszystkie te zarzuty i przekonują, że dzięki zyskom z filmów byli w stanie zagwarantować Kononowiczowi godny byt, na który nie miałby szans bez ich zaangażowania. W licznych komunikatach i komentarzach wyliczają, że to dzięki nim mężczyzna miał pełną lodówkę, regularnie opłacane wszystkie rachunki i sfinansowaną prywatną opiekę medyczną. Przypominają także, że przeprowadzili mu m.in. remont łazienki i wymianę łóżek. Kanał jednak dalej funkcjonuje i generuje dochody, mimo że jego główny bohater nie żyje.
W przesłanej do nas wiadomości właściciel kanału wymienił koszty, jakie były związane z utrzymywaniem Krzysztofa Kononowicza. "Miał ogromne rachunki rzędu kilku tysięcy zł miesięcznie [...] Dodatkowo zapłaciliśmy zaległe podatki za grunt i dom, wielokrotnie organizowaliśmy sprzątanie, które kosztowało 3-4 tys. zł. Zakupy Krzyśka, to 200 zł co drugi dzień. Miał wszystko co chciał. Każda zachcianka była opłacana. Remont domku, pomimo tego, że sam Krzysiek go sabotował, kosztował blisko 60 tys. zł, ponieważ zdzierał płytki, zniszczył umywalkę. Wszystko trzeba było robić od nowa" - napisał Sławomir. Dodał, że śmierć Kononowicza jest dla niego "smutnym przeżyciem", bo mimo jego trudnego charakteru, "przez te prawie 5 lat przywiązał się do niego".
Gdy 6 marca w mediach społecznościowych zaczęła krążyć niepotwierdzona informacja o śmierci Krzysztofa Kononowicza, najpierw skontaktowaliśmy się z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Rodzinie w Białymstoku, a następnie z hospicjum, w którym przebywał. W MOPR kilkukrotnie odsyłano nas od pracownika do pracownika, aż seria telefonów zatoczyła koło. Telefon rzeczniczki prezydenta Białegostoku w ogóle nie odpowiadał. Z kolei w hospicjum usłyszeliśmy, że placówka po konsultacji z kancelarią prawną zdecydowała się nie udzielać żadnych informacji i że pod ich adresem kierowane są próby zastraszenia i groźby.
Ciosy, które zadawano Krzysztofowi Kononowiczowi, przychodziły z wielu stron. Przede wszystkim jest on ofiarą mrocznej, zabójczej strony internetu, dowodem na to, że w nowoczesnej, europejskiej Polsce, w XXI wieku, odczłowieczanie, upokarzanie chorego i niesamodzielnego człowieka nie tylko nie rodzi żadnych konsekwencji, ale może okazać się dobrze opłacalnym przedsięwzięciem. Tragedia Kononowicza pokazała także całkowitą degrengoladę internetowej rozrywki i moralne zepsucie internautów, którzy obserwując zbliżający się zmierzch człowieka, wciąż domagali się „więcej i więcej” patologicznego show. To w końcu porażka państwa i jego instytucji, które nie tylko wykazały się brakiem skuteczności w sprawie jednego, schorowanego mieszkańca, ale zbyt często, mimo powszechnej wiedzy, wolały chować głowę w piasek.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET