Polacy w moro. Włożyli mundur po rosyjskiej inwazji

7 min. czytania
24.02.2023 14:14
Obserwuj nas na Google

Kosmetyczka, urzędniczka i rycerz. Po inwazji Rosji na Ukrainę wstąpili do wojska, choć wcześniej nie mieli nic wspólnego z militariami. Powtarzają: chcemy wiedzieć, jak chronić nasze rodziny.

Wojsko
fot. Piotr Drabik

Wojskowe ciężarówki wypełniały się z minuty na minutę. Po dojechaniu na główny plac 1 Warszawskiej Brygady Pancernej około 300 cywilów ustawiło się w szeregu. Na ich twarzach była ciekawość i uśmiechy, które mieszały się ze skupieniem i niepewnością. - Walka o nasze bezpieczeństwo toczy się nie na naszej ziemi - powiedział do zebranych dowódca jednostki. To tutaj stacjonują czołgi Leopard 2, a wkrótce amerykańskie Abramsy. 

Nie padły słowa: “Ukraina” i “Rosja”, ale nikt nie miał wątpliwości, gdzie jest wojna i zagrożenie. Na początku lutego na drugie całodniowe szkolenie militarne dla cywilów dostała się tylko jedna trzecia wszystkich chętnych.

Fot.

Minusowa odczuwalna temperatura i marznący deszcz jeszcze bardziej dodawały ćwiczeniom realizmu. Młodzi, emeryci, pary i grupy przyjaciół przez 8 godzin uczyli się, jak rozebrać karabinek grot, załadować amunicje do czołgu, przefiltrować wodę w lesie oraz poruszać się w szyku bojowym.

Przed pełnoskalową inwazją Rosji na Ukrainę takie ćwiczenia przyciągały tylko pasjonatów militariów. Widmo wojny zmieniło priorytety części Polaków. Wśród tych, którzy deklarują walkę z wrogiem, są również osoby, które do niedawna były daleko od wojska i geopolitycznych rozgrywek.

Redakcja poleca

Marta

- Mam świadomość, że w razie konfliktu zostawiam to wszystko i idę. Myślałam często o tym, czy będę gotowa zostawić rodzinę. Wiem, że oni sobie poradzą - podkreśla szer. Marta Hoppe. Rozmawiamy w salonie jej domu w Wołominie. Mieszka tutaj od 8 lat. Po wielu pomysłach na życie ostatecznie postawiła na własny salon kosmetyczny za ścianą. - Wstaję 5,6 rano. Wynika to z obowiązków i też zawsze tak miałam. Pracuję od 8 do 18, czasem 19. Myślami cały czas jestem z klientkami. Najczęściej robię paznokcie - opowiada.

Przed rosyjską inwazją nie przywiązywała zbyt dużej wagi do polityki i bieżących wydarzeń. - 24 lutego przeszły mi ciarki po plecach. Pierwsza myśl - to może spotkać i nas. A ja nic nie wiem: jak posługiwać się bronią, jak pomóc rodzinie. To był impuls - dodaje. Miesiąc później wysłała zgłoszenie do Wojsk Obrony Terytorialnej. Nikt w jej rodzinie nie miał nic związanego z wojskiem. O terytorialsach dowiedziała się więcej od koleżanki, która była już w formacji w czasie pandemii koronawirusa.

Fot.

Wybrała 18. Brygadę WOT w warszawskim Rembertowie. Badania lekarskie, psycholog, a potem skierowanie na “szesnastkę”, czyli 16-dniowe szkolenie podstawowe dla rekrutów. - Nie ma taryfy ulgowej dla kobiet. Ciągnęliśmy się po ziemi ze skrzynką z amunicją - 30 kg  - plus broń. Byłam z siebie dumna, bo może dłużej, ale ostatecznie przeciągnęłam tę skrzynkę - wspomina. Nocowanie w kontenerach, ćwiczenia w lesie w pełnym ekwipunku i jesienna aura nie zniechęciły Marty.

Przysięga? - Rangą urodzin syna albo ślubu. Była rodzina i przyjaciele. Łezka w oku się zakręciła. Słyszałam: “Mama, jesteśmy”. 40-latka mocno zaangażowała się w terytorialsów. Aktywnie uczestniczy w różnych kursach i jest w zespole rekrutacyjnym do brygady. Nie wyklucza przejścia na zawodowstwo w wojsku, ale będzie to możliwe najwcześniej po 2 latach służby w WOT.

Ograniczenia? - Podlegamy pod żandarmerię wojskową. Jesteśmy w czynnej służbie. Każdy zagraniczny wyjazd trzeba zgłaszać. Musimy wiedzieć, kiedy, gdzie i jak nosić mundur.

Jest też lista korzyści. Żołd za odbyte szkolenia na poligonie i kursy, 78 proc. zniżki na komunikację publiczną czy możliwość godzenia pracy ze służbą w wojsku.

Mundur w moro z naszywką “Zawsze wierni, zawsze blisko” założyła także podczas wywiadu. - Nie chwaliłam się, że wstąpiłam do wojska. Jak już ludzie się dowiedzieli, to mnie pytali: co teraz, będzie wojna? - tłumaczy. Zdaniem Marty wojna w obecnej rzeczywistości jest niedorzeczna. Nie snuje scenariuszy dalszych walk w Ukrainie czy niebezpieczeństwa dla Polski. Podkreśla tylko, że chce być gotowa. Jakby co. - Jestem świadoma, że mogę dostać sygnał “jedziemy” - podsumowuje.

Justyna

- Przed rosyjską inwazją zastanawiałam się czasem, co bym zrobiła, gdyby wybuchła wojna?. Niektórzy znajomi deklarowali, że aby chronić rodzinę, wyjechaliby za granicę. Dodawali: gdzie w tych czasach wojna. A ja się zastanawiałam, czy mogłabym porzucić wszystko i wyjechać? Nasi przodkowie walczyli za ten kraj, za to miasto. Zdecydowanie nie mogłabym. Na pewno byłabym w ruchu oporu – mówi z uśmiechem Justyna Kłębucka.

W jej głosie słychać pewność siebie. Pochodzi z miejscowości Pieniężno na Warmii, w prostej linii około 20 km do granicy z Rosją. - Braniewo i okolice przy granicy były mocno nastawione na Rosjan. W sklepach były produkty z rosyjskimi nazwami. Dużo mieszkań kupili w tej okolicy Rosjanie. Nie wiem, czy teraz to się zmieniło – wyjaśnia.

Nie planowała wiązać się z Warszawą, ale jej związek ze stolicą trwa już 27 lat. Obecnie jest specjalistką od digital marketingu w jednej z agencji Ministerstwa Rolnictwa. Zawsze chętnie angażowała się w różne akcje społeczne. Nadmiary energii pożytkowała na siłowni, podczas wypraw górskich czy motocyklowych.

Fot.

Przed 24 lutego słyszała informacje o ponad 200 tys. rosyjskich żołnierzy przy granicy z Ukrainą. Dzień zero przyniósł zimny prysznic. - Szok. Niedowierzanie. Przerażenie. Co będzie u nas? Każdy z nas myślał, że ta wojna może się przenieść na terytorium Polski. Niektórzy mężczyźni w mojej pracy i z grupy znajomych nie byli w wojsku. To kto w takim razie ma nas bronić? Dlaczego nie ja? Wychowuję sama córkę. Zawsze wolałam działać niż dywagować, co dalej. Biurokracja testowała cierpliwość Justyny. Pojawiły się chwile zwątpienia. W końcu dostała swoją „szesnastkę” w październiku. - Przeglądałam się w lustrze i widziałam siebie w moro. Mówiłam sobie “tak szybko?”. Nie wierzyłam - wspomina.

Zaskoczyło ją, jak pomocni byli wobec siebie koledzy i koleżanki iz wojska. Las, tak odmienny od miejskiej dżungli, nie zmienił jej postanowień. - Na przysiędze był ojciec z bratem, przyjaciele. Wzruszenie i łzy. Poczułam się pełnowartościowym żołnierzem. Nadal część rodziny i przyjaciół mówi mi, że to niepotrzebne, że to zabawa w wojnę. Że po co nam broń. W pewnym momencie kończą się argumenty – wyjaśnia.

Dopiero po jakimś czasie do 44-latki dotarło, że jeśli dostanie powołanie, zostawi swoją 11-letnią córkę. - Tłumaczę jej, dlaczego podjęłam taką decyzję. Po prostu to zaakceptowała. Jest dumna ze mnie – mówi. Chce pomagać i ratować życie – na różne sposoby, a nie je odbierać, choć teraz trudno cokolwiek wykluczyć.

- Irytuje mnie, że niektórzy mężczyźni nie chcą mieć nic wspólnego z wojskiem. Boli mnie, że ludzie nie mają świadomości, że mogą zrobić coś więcej dla innych, sąsiadów, rodziny. Myślę, że się zmieniłam przez wojsko. Mam inną świadomość i nową wiedzę.

Justyna stara się nie myśleć negatywnie, choć informacje z frontu w Ukrainie nie napawają ją optymizmem. - Wierzę, że wojna w końcu się wyciszy. Nie wiem, w jaki sposób. Nie znajduję odpowiedzi na to. Mam jednak przekonanie, że wojna nie przeniesie się na inne państwa – ocenia.

- Niektórzy koledzy z wojska trzymają żywność z długą datą przydatności. Nie chcę demonizować i ulegać strachowi - dodaje

Piotr

- Rosjanie nigdy się integrowali – wspomina Piotr Celej. Były dziennikarz z Trójmiasta w sierpniu ubiegłego roku zamienił zbroję na mundur moro. Przez 12 lat uprawiał sport rycerski. Najpierw była pasja do historii i rekonstrukcji, ale w końcu chciał czegoś więcej. Zdecydował się na pełnokontaktowe walki rycerskie. Największy sukces – brązowy medal drużynowy na mistrzostwach świata walk rycerskich w 2012 r.

- Miecze, halabardy, buzdygany - wszystko, co było historycznie używane, jest dozwolone w walce według odpowiednich wzorców wagowych. Obowiązuje zaokrąglenie krawędzi „1 euro coin”, żeby nie były zbyt ostre – wyjaśnia. Ograniczeń w walkach jest niewiele. - Mogę podejść od tyłu i uderzyć przeciwnika siekierą albo halabardą. Pełna zbroja została zaprojektowana tak, aby chronić życie. W takiej sytuacji uderzenie powinno spowodować tylko wgniecenie. W większości kończy się na siniakach.

Polacy rycerze są w czołówce, podobnie jak rodzimi rzemieślnicy zbroi i sprzętów do walki. Piotr nie ukrywa jednak, że to Rosjanie, a konkretnie petroruble, przez lata grały pierwsze skrzypce w sporcie rycerskim.

Fot.

- W Polsce jest 10 tys. osób ze zbrojami. 1 tys. walczy na rekonstrukcji w Grunwaldzie, a sportowych rycerzy jest ok. 120. Byłem jednym z nich. Do narodowej kadry wybieranych jest około 30-40 najlepszych. Natomiast w Rosji jest samych 2 tys. rycerzy uczestniczących w zawodach sportowych.

Tajemnicą poliszynela był fakt, że najważniejsza światowa federacja sportów rycerskich HMBIA jest finansowana głównie z Rosji i może być wykorzystywana do prania brudnych pieniędzy. - Wraz z wybuchem wojny okazało się, że federacja nie zawiesiła Rosji i Białorusi w prawach członków. To był dla mnie ostateczny dowód – wspomina.

1 marca ubiegłego roku wysłał zgłoszenie do WOT. To było jego trzecie podejście do wojskowej rekrutacji. Nie udało się podczas studiów oraz przy okazji Narodowych Sił Rezerwy. - Bez służby zasadniczej kazano mi czekać rok. Poczułem się tam niezbyt chciany - mówi. Terytorialsów obserwował od momentu powstania w 2016 r., ale zawsze coś stawało na przeszkodzie. Po inwazji Rosji na Ukrainę nie zamierzał już czekać.

- Nie chciałem być nieprzygotowany. Ucząc się geopolityki na studiach politologicznych, spodziewałem się, że Rosja będzie destabilizować Ukrainę. Ale nie aż tak. Spodziewałem się ofensywy na wschodzie, a nie ataku na Kijów – wspomina. Jego „szesnastka” przypadła na lato. Codziennie było nawet 34 stopni w cieniu. - Patrząc na innych rekrutów, miałem solidne przygotowanie. Wyposażenie rycerza podczas walk to ok. 30 kg, a żołnierza 35 kg – tłumaczy.

Na współczesnym poligonie nie musi martwić się ograniczeniami Zawiszy Czarnego. - W hełmie niewiele widać i słychać. Oddycha się dwutlenkiem węgla. Stawy są chronione, ale ruchomość jest ograniczona.

Piotr na co dzień prowadzi firmę copywriterską, ale też przesiaduje w dowództwie 18. Brygady. Od kilku miesięcy jest jej rzecznikiem i wiąże swoją przyszłość z mundurem. W końcu oficer, podobnie jak rycerz, też jest pasowany – w tym wypadku szablą.

Pod łóżkiem trzyma zbroję rycerską. Część wyposażenia już sprzedał. - Obiecałem sobie, że jak skończę z rycerstwem, to pójdę do wojska. I tak się stało.

Artykuł powstał w ramach grantu dziennikarskiego od organizacji pozarządowej n-ost.

RadioZET.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET