19-latka ze złamaną ręką po interwencji. Jest mocne oświadczenie ws. policjanta
Mówiąc o złamanej ręce, nie możemy zapominać o przyczynie. Gdyby protestujący nie łamali prawa, nie byłoby konieczności podejmowania interwencji - tłumaczy rzecznik KSP Sylwester Marczak. Według zespołu z Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur można tu jednak mówić o ewentualnej odpowiedzialności karnej funkcjonariusza.
Złamanie spiralne z odłamem pośrednim trzonu kości ramiennej lewej – taką diagnozę usłyszała jedna z uczestniczek środowego protestu w obronie klimatu „Spacer dla przyszłości” w Warszawie. „Po interwencji na komisariacie przy Wilczej zawiozłem na ostry dyżur 19-letnią Aleksandrę, której policjant złamał rękę. Czeka ją operacja. Uczestniczyła w pikiecie solidarnościowej. Została siłą zabrana do radiowozu” – pisał w nocy ze środy na czwartek poseł KO Michał Szczerba.
Ona sama relacjonowała, że „doświadczyła przemocy policyjnej wcześniej, ale nie na taką skalę”. „O godzinie 22 policja rzuciła się na zebrany tłum, […] Ja najpierw trafiłam do kotła, w którym policja zamknęła kilka osób. Potem zostałam przyduszona poprzez ciągniecie mnie przez funkcjonariusza za szalik, następnie zaprowadzona siłą do radiowozu. Po drodze wykręcona została mi zupełnie niepotrzebnie lewa ręka - i tak byłam eskortowana przez kilku z nich, nie stawiałam oporu. Policjant, który to zrobił, zrobił to z taką siłą, że złamał mi rękę” – pisała.
„Dodatkowo, policja zafundowała mi kolejną, chyba jeszcze gorszą torturę: przez pół godziny odmówiono mi prawa do pomocy medycznej, gdy z okna radiowozu widziałam grupę medyków czekających po drugiej stronie ulicy” – relacjonowała. Krzysztof Główka, który był na miejscu, przekazał nam w piątek, że ratownicy faktycznie byli na miejscu, ale nie pozwolono im zająć się poszkodowaną dziewczyną. W końcu do szpitala z Aleksandrą pojechał poseł Szczerba.
Rzecznik KSP: mówiąc o złamanej ręce, nie zapominajmy o przyczynie
Zdaniem nadkomisarza Sylwestra Marczaka, rzecznika komendy stołecznej policji, sytuacja wyglądała zgoła inaczej. - Analizując ostatnie zabezpieczenie z 9 grudnia, mówiąc o skutku, czyli złamanej ręce jednej z protestujących osób, nie możemy zapominać o przyczynie. Pamiętajmy, że tego dnia policjanci po raz kolejny zabezpieczali liczne nielegalne zgromadzenia. Nie zgłoszono wcześniej tych protestów w Urzędzie Miasta, a także były one wcześniej zapowiadane, co przeczy ich spontaniczności – przekazał nam w piątek nadkom. Marczak.
Według rzecznika KSP, naruszenie nietykalności, znieważanie funkcjonariuszy czy odmowa podania danych personalnych to "niechlubna tradycja Strajku Kobiet" i właśnie one mają być przyczynami zatrzymań. W nadesłanym redakcji RadioZET.pl oświadczeniu Marczak podkreślił, że policjanci kierowali do zgromadzonych odpowiednie komunikaty. „Wskazując na związek przyczynowo skutkowy, podkreślić należy, że gdyby osoby zgromadzone nie łamały prawa, nie byłoby konieczności podejmowania interwencji, a w konsekwencji środków przymusu bezpośredniego. Jak sama nazwa wskazuje, są to środki przymusu, a zatem wykorzystywane są wobec tych, którzy łamią prawo” - zaznaczył.
Wbrew zapewnieniom poszkodowanej rzecznik KSP przekonuje, że dziewczyna stawiała opór. „Po zdarzeniu została ona doprowadzona do policyjnego samochodu i tam wskazała, że boli ją ręka. Jedna z policjantek zaopatrzyła ją, nie były widoczne żadne obrażenia. Biorąc pod uwagę ból, wezwano na miejsce karetkę, która jednak ze względu na obecną sytuację epidemiologiczną, nie mogła przyjechać do tego zdarzenia. Następnie funkcjonariusze zaproponowali transport do szpitala, ale kobieta zdecydowanie odmówiła. Po wykonaniu czynności osobę tę zwolniono. Obecnie prowadzone są czynności związane z popełnionym wykroczeniem” – przekazał nam Marczak, dodając, że „bez względu na obiegowe opinie serwowane przez niektórych komentatorów, to policjanci nigdy nie używają środków przymusu w celu spowodowania jakiegokolwiek uszczerbku na zdrowiu, a jedynie po to, aby wyegzekwować zachowania zgodne z prawem”.
Policjant złamał rękę protestującej. Można mówić o odpowiedzialności karnej?
Tu jednak sprawa się nie kończy. W piątek na stronie RPO opublikowano specjalne oświadczenie Krajowego Mechanizmu Prewencji Tortur. Według specjalistów w przypadku Aleksandry trzeba mówić nie tylko o naruszeniu standardów antytorturowych, ale również o ewentualnej odpowiedzialności karnej funkcjonariusza, o której mowa w art. 157 § 1 Kodeksu karnego. „Jeżeli bowiem działanie funkcjonariusza zostanie przez sąd uznane jako nieproporcjonalne i stanowiące przekroczenie przysługujących mu uprawnień, za spowodowanie tzw. średniego uszczerbku na zdrowiu może grozić mu od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności” - podkreślono w oświadczeniu. Jego treść publikujemy poniżej:
"Na wstępie należy przede wszystkim podkreślić, że każdorazowo w manifestacjach i protestach na terenie Warszawy w zależności od wielkości zgromadzenia uczestniczą dziesiątki, a nawet setki funkcjonariuszy. Biorąc pod uwagę nie tylko liczebność funkcjonariuszy, ale również ich wyposażenie w środki przymusu bezpośredniego, ich przewaga nad osobami uczestniczącymi w manifestacjach jest niekwestionowalna. Należy jednak podkreślić, że nawet w przypadkach, w których dochodzi do tłumienia protestów, policjanci powinni stosować tylko i wyłącznie środki adekwatne do sytuacji, którą starają się opanować. Należy zatem przypomnieć, że obowiązkiem funkcjonariuszy Policji jest działanie w sposób proporcjonalny gwarantujący poszanowanie godności ludzkiej oraz przestrzeganie podstawowych praw człowieka. Zgodnie z ustawą o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej, środków przymusu bezpośredniego używa się lub wykorzystuje się je w sposób niezbędny do osiągnięcia celów tego użycia lub wykorzystania, proporcjonalnie do stopnia zagrożenia, wybierając środek o możliwie jak najmniejszej dolegliwości.
Tymczasem, w niniejszej sprawie na skutek działania funkcjonariusza Policji zatrzymana doznała złamania ręki, które może potencjalnie skutkować dalej idącymi uszkodzeniami. W tym przypadku należy mówić nie tylko o naruszeniu standardów antytorturowych, ale również o ewentualnej odpowiedzialności karnej funkcjonariusza, o której mowa w art. 157 § 1 Kodeksu karnego. Jeżeli bowiem działanie funkcjonariusza zostanie przez sąd uznane jako nieproporcjonalne i stanowiące przekroczenie przysługujących mu uprawnień, za spowodowanie tzw. średniego uszczerbku na zdrowiu może grozić mu od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.
To, co najbardziej bulwersujące to fakt, że zatrzymanej nie zagwarantowano również dostępu do pomocy lekarskiej. Należy powiedzieć, że działania opisane przez zatrzymaną, tj. próba wezwania pomocy medycznej, były nie tylko nieskuteczne, ale również spóźnione. W opisywanej sytuacji pomoc winna być udzielona niezwłocznie, w przypadku odmowy ze strony dyspozytora, funkcjonariusze powinni przewieźć zatrzymaną na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Tymczasem, pierwsze próby wezwania karetki pogotowia, zgodnie z oświadczeniem zatrzymanej, zostały podjęte około pół godziny od zdarzenia. Bezwzględny obowiązek zapewnienia dostępu do pomocy medycznej w przypadku zastosowania środków przymusu bezpośredniego wynika z art. 36 ust. 1 ustawy o środkach przymusu bezpośredniego: W przypadku gdy w wyniku użycia lub wykorzystania środków przymusu bezpośredniego nastąpiło zranienie osoby lub wystąpiły inne widoczne objawy zagrożenia życia lub zdrowia tej osoby, uprawniony udziela jej niezwłocznie pierwszej pomocy, a w razie potrzeby zapewnia wezwanie kwalifikowanej pierwszej pomocy lub podmiotów świadczących medyczne czynności ratunkowe".
RadioZET.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET