W pokoju była pościel i dziecięce zabawki. "Kilka metrów dalej pierwsze zwłoki kota"
- W pomieszczeniu, w którym spała pani Joanna, była pościel, zabawki dziecięce. Kilka metrów dalej pierwsze zwłoki kota, odchody pokryte białym nalotem pleśni - tak wizytę w siedzibie Fundacji "Toruńska Kocia Straż" opisuje Piotr Korpal, prezes Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt. Dzień wcześniej powiatowa lekarz weterynarii nie zauważyła w budynku nic niepokojącego. Sprawą zajęła się prokuratura.
Toruńskie Towarzystwo Ochrony Praw Zwierząt próbowało wejść do budynku przy ul. Gagarina od poniedziałku. Policja nie udzieliła tego dnia asysty prezesowi Toruńskiego Towarzystwa Ochrony Praw Zwierząt Piotrowi Korpalowi, który przyjechał, by odebrać zwierzęta od fundacji. Powiatowa lekarz weterynarii Violetta Hermann-Krupińska przekonywała, że jest to miejsce tymczasowe, a kobieta prowadząca fundację ma się przenieść do większego budynku z ogrodem na wsi.
- Po oględzinach ogólnych, zewnętrznych, stwierdziłam, że nie ma zwierząt chorych. Mają jedzenie, mają wodę. Przyznaję, wentylacja w budynku praktycznie nie działa, ale w moim przekonaniu nie ma bezpośredniego zagrożenia życia zwierząt - mówiła Hermann-Krupińska. To właśnie na opinię powiatowej lekarz weterynarii powoływali się w poniedziałek policjanci, którzy odmówili pomocy w odebraniu zwierząt.
Do budynku udało się dostać we wtorek, kiedy prezydent Torunia wydał decyzję o czasowym odebraniu zwierząt. Wniosek w tej sprawie po nieudanej interwencji złożył prezes TTOPZ. Konieczne było jednak wyważenie drzwi do budynku przez strażaków, bo wewnątrz zabarykadowała się prezes fundacji. Wtedy okazało się, że sytuacja była bardziej dramatyczna, niż się to pierwotnie wydawało.
Właścicielka fundacji spała wśród martwych zwierząt. "Nie do opisania"
- Bałagan tam jest nie do opisania. Klatki ze zwierzętami stały wszędzie. Wokół były sterty śmieci. Udało nam się zabrać do schroniska 12 kotów i dziewięć psów - mówił Piotr Korpal tuż po wyjściu z budynku.
Wewnątrz znaleziono łącznie 37 martwych zwierząt - 36 kotów i jednego psa. Zapach padliny był wyczuwalny na zewnątrz, a po otwarciu drzwi stawał się nie do zniesienia. - W środku jest niesamowita ilość rzeczy, kartonów, pudeł, półek - ciężko przejść. Do tego pełno klatek i kontenerów. W środku były koty, psy, szczeniaki psów. Psy biegały luzem. Ciasnota była straszna. Tam nie można było swobodnie usiąść, postawić kroku, bo się przechodziło przez klatki, kontenery, kartony. Na klamkach także osadzała się dziwna maź - opisywał prezes TTOPZ.
Budynek fundacji znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie zakładu fryzjerskiego. Jego właścicielka pokazywała obecnym na miejscu dziennikarzom ścianę przesiąkniętą moczem. - Nie widziałem nigdy tych zwierząt na spacerze - mówił jeden z okolicznych mieszkańców. "Podopieczni" fundacji zamknięci byli w ciasnym pomieszczeniu. Wentylacja praktycznie nie działała. Klatki stały jedna na drugiej, a okna zasłonięte były kotarą. Co jakiś czas dało się dostrzec wyglądającego zza niej psa.
"Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem". Sprawę bada prokuratura
Właścicielka fundacji w takich warunkach trzymała nie tylko zwierzęta. Sama też tam spała. Mimo zapachu padliny. - Nigdy czegoś takiego nie przeżyłem, na taką skalę. W pomieszczeniu, w którym spała pani Joanna, była pościel, zabawki dziecięce. Kilka metrów dalej pierwsze zwłoki kota, odchody pokryte białym nalotem pleśni. I więcej martwych zwierząt: jeden duży kot, a reszta była tak ułożona, że nie byłem w stanie ich nawet zliczyć - cytuje Piotra Korpala "Gazeta Wyborcza". - Technik policyjny musiał co chwilę dziś stamtąd wychodzić, by nabrać powietrza. A ta dziewczyna spała pośród tych martwych zwierząt.
Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa Toruń Centrum-Zachód, która prowadzi śledztwo w sprawie znęcania się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Grozi za to do 3 lat więzienia. - Dokonano oględzin obiektu i zabezpieczono 12 kotów i 9 psów oraz truchła 36 kotów i 1 psa. Trwają przesłuchania świadków - powiedział PAP prok. Marcin Licznerski.
Szefowa Fundacji Toruńska Kocia Straż przebywa obecnie w szpitalu. Postępowanie na razie toczy się w sprawie, więc nie została zatrzymana. Prokurator Licznerski dodał, że konieczne jest określenie, w jaki sposób doszło do uśmiercenia zwierząt - czy zostały one zagłodzone, czy np. zabite. Będzie to miało wpływ na treść ewentualnych zarzutów.
Źródło: Radio ZET / PAP / "Gazeta Wyborcza"
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET