`

Ważyła 37 kg. „Jadłam tylko dwa jabłka dziennie. Uznawałam to za sukces”

10 min. czytania
29.09.2025 08:44
Obserwuj nas na Google

Zaczęło się niewinnie – od kilku komentarzy, drobnych ograniczeń i pozornie zdrowych wyborów. Szybko jednak przerodziło się w walkę z własnym ciałem i obsesję, która zabrała jej kilka lat. Dziś Roksana Środa – dietetyczka kliniczna, właścicielka platformy edukacyjnej i kliniki oraz uczestniczka programu MasterChef – mówi o zaburzeniach odżywiania otwarcie i bez lęku. – Z tego wiru da się wyjść. To proces, ale życie po drugiej stronie naprawdę istnieje – zaznacza.

kobieta, zaburzenia odzywiania
fot. shutterstock (zdj. ilustracyjne)

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak w dzieciństwie zaczęły się problemy Roksany z jedzeniem.
  • Dlaczego komentarze bliskich wpłynęły na postrzeganie siebie przez Roksanę.
  • Co okazało się kluczowe dla poprawy zdrowia Roksany.
  • Jak zmieniła się relacja Roksany z jedzeniem przez lata.

Monika Kurowska, RadioZET.pl: Pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy poczułaś, że twoja relacja z jedzeniem nie wygląda tak, jak powinna?

Roksana Środa*, dietetyczka kliniczna, właścicielka platformy edukacyjnej i kliniki, autorka książki „Jelita są ważne”: Nie pamiętam dokładnie, kiedy to się zaczęło, ale na pewno jeszcze w czasach szkoły podstawowej. Od zawsze miałam poczucie, że różnię się od koleżanek – one były szczuplejsze, bardziej wysportowane, a ja… czułam się przez to gorsza. Wszystko zaczęło się niewinnie – po prostu chciałam schudnąć. Tylko tyle. Jednak bardzo szybko straciłam nad tym kontrolę.

Myślę, że problem pojawił się w momencie, gdy zobaczyłam pierwsze efekty. Kiedy zaczęłam zauważać zmiany w lustrze – i słyszeć od innych, że też je widzą – chciałam więcej. Komentarze typu: „Wow, schudłaś! Super wyglądasz!” działały na mnie motywująco i jednocześnie pchały mnie w stronę obsesji.

Zaczęło się niewinnie – od rezygnacji ze słodyczy i przetworzonego jedzenia na rzecz zdrowszych przekąsek. Brzmiało rozsądnie – do czasu. Szybko jednak przestało chodzić o zdrowie, a zaczęło o kontrolę. Z czasem ograniczałam już nie tylko niezdrowe produkty, ale jedzenie w ogóle. W gimnazjum dotarłam do skrajności – potrafiłam przez cały dzień zjeść tylko dwa jabłka. I co najgorsze, traktowałam to jak sukces. Miałam wrażenie, że jestem ponad potrzebami swojego ciała. Że wygrywam z czymś, co sama sobie narzuciłam.

Zaburzenia odżywiania często mają źródło w otoczeniu. Pamiętasz jakieś sytuacje lub komentarze, które wpłynęły na to, jak postrzegałaś siebie?

Największy wpływ miały komentarze ze strony najbliższych. Padały zdania w rodzaju: „Troszeczkę ci się przytyło” czy: „Roksanka taka okrąglutka, tak ładnie wygląda”. Choć miały brzmieć życzliwie, a może nawet z troską, niosły ze sobą ciężar, który trudno było zignorować. U młodej osoby takie słowa potrafią zostać w pamięci na długo — nie jako komplement, lecz jako cios.

Pamiętam też inne sytuacje — porównania, które naprawdę mnie dotykały. Na przykład: „Zobacz, twoja koleżanka jest taka szczupła i wysportowana, a ty tylko siedzisz przed komputerem i jesz”. Takie słowa zostawały w mojej głowie na długo. Czułam się przez nie gorsza. Ale zamiast się załamać, zaciskałam zęby i myślałam: „Skoro tak mówisz, to ja ci jeszcze pokażę. Schudnę. Będę chudsza niż ta koleżanka, udowodnię, że potrafię”.

Czy bliscy szybko zauważyli, że twoja relacja z jedzeniem zaczyna być niezdrowa?

Przez długi czas wszystko skutecznie ukrywałam. Najbliżsi zorientowali się dopiero po dwóch, trzech latach. To zresztą bardzo częsty mechanizm wśród osób zmagających się z zaburzeniami odżywiania — stają się mistrzami w tuszowaniu prawdy. Potrafią przekonująco udawać, że wszystko jest w porządku. Ja również nauczyłam się chować jedzenie, wyrzucać je, udawać, że już jadłam. Zakładałam luźne bluzy i za duże ubrania, żeby nikt nie zauważył, jak bardzo schudłam.

Największym lękiem nie była wtedy sama utrata zdrowia, ale to, że ktoś mógłby zorientować się, co się naprawdę dzieje — i zacząć to kontrolować. Momentem przełomowym była utrata miesiączki. Wtedy rodzice zaczęli bić na alarm. Mama zabrała mnie do  lekarza, więc nie dało się już dłużej udawać, że wszystko jest w normie.

Redakcja poleca

Pamiętasz, jaka była reakcja mamy i otoczenia, gdy dowiedzieli się o twoich problemach?

To były inne czasy – świadomość dotycząca zaburzeń odżywiania była znikoma. W wielu domach nie postrzegano ich jako realnego problemu, a raczej jako chwilową fanaberię czy bunt. Ja dorastałam w tradycyjnej rodzinie, w której jedzenie często pełniło funkcję nagrody. Za dobre oceny dostawałam czekoladę, słodycze albo obiecywane wyjście do McDonalda. O anoreksji czy innych zaburzeniach odżywiania mówiło się rzadko, jeśli w ogóle.

Oczywiście pojawiło się zmartwienie, zwłaszcza że moja mama sama w młodości zmagała się z problemami żywieniowymi. Z jednej strony wzięła odpowiedzialność na siebie, próbując zrozumieć, skąd to się wzięło. Z drugiej – natychmiast przeszła do działania. Uznała, że trzeba mnie pilnować: sprawdzać, czy jem, czy zjadam to, co przygotowano.

Dziś jestem jej za to wdzięczna. Gdyby nie ta reakcja, być może już by mnie nie było. Wtedy jednak byłam wściekła. Wiedziałam, że mój plan się sypie, a kontrola nad jedzeniem – którą tak pieczołowicie budowałam – właśnie wymyka mi się z rąk.

Domyślam się, że niełatwo było ci podporządkować się nowym zasadom. Kiedy zrozumiałaś, że to konieczne?

Myślę, że przełom nastąpił gdzieś pomiędzy końcem gimnazjum a początkiem liceum. Ale to nie była wewnętrzna decyzja ani nagłe olśnienie. Nigdy nie obudziłam się z myślą: „Muszę coś zmienić, zacząć jeść, przytyć, zadbać o siebie”. Ta zmiana była wymuszona przez okoliczności.

Z jednej strony zaczęły pojawiać się nieprzyjemne komentarze – tym razem nie o tym, że „ładnie wyglądam”, tylko że jestem zbyt chuda. Słyszałam wyzwiska: „szkieletor”, „głodzą ją w domu”, „to już nie wygląda zdrowo”. Nie chciałam być tematem takich rozmów. Dla świętego spokoju pomyślałam: „Dobrze, przytyję”.

Z drugiej strony doszły poważne sygnały zdrowotne: całkowity zanik miesiączki, problemy z tarczycą, diagnoza PCOS. Pojawiły się konkretne ostrzeżenia ze strony lekarzy – że jeśli niczego nie zmienię, mogę mieć trwałe problemy ze zdrowiem. Te dwa czynniki – presja otoczenia i zagrożenie zdrowia – zderzyły się ze sobą i sprawiły, że zaczęłam działać. Na początku robiłam to wbrew sobie. Zmuszałam się do jedzenia. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że muszę.

Co ci wtedy najbardziej pomogło?

Kluczową rolę odegrała dwu-, trzyletnia psychoterapia ukierunkowana konkretnie na zaburzenia odżywiania. To był długi, trudny proces, ale niezbędny. Równocześnie ogromne znaczenie miało otoczenie. Wsparcie przyjaciół i rodziny – ich cierpliwość, obecność, zrozumienie – dawały mi siłę, by nie wracać do dawnych schematów.

Pomogło mi też wyjście z dotychczasowego środowiska. Zmiana szkoły oderwała mnie od miejsca, w którym przez lata słyszałam krzywdzące komentarze i czułam ciągłą presję.

Jakiego rodzaju wsparcie ze strony bliskich było dla ciebie najbardziej pomocne? Czy pomagały konkretne gesty – wspólne posiłki, miłe słowa ?

Paradoksalnie – największym wsparciem okazało się… niekomentowanie. Gdy dziś rozmawiam z innymi dziewczynami mierzącymi się z zaburzeniami odżywiania, często słyszę, że dla nich też najcenniejsze jest właśnie to – brak ocen, brak uwag, brak ciągłego zwracania uwagi na to, co się je, ile się waży czy jak się wygląda. I dokładnie tak było w moim przypadku.

Najbardziej obciążające były dla mnie komentarze typu: „schudłaś”, „przytyłaś”, „dużo jesz”, „mało jesz”, „wyglądasz lepiej” czy „gorzej”. Nawet pozornie neutralne lub pozytywne zdania, takie jak „ładnie wyglądasz”, potrafiły działać jak wyzwalacz. Słysząc „wyglądasz lepiej”, automatycznie interpretowałam to jako: „przytyłaś”. A to – mimo dobrych intencji rozmówcy – nie niosło za sobą nic pozytywnego.

Najlepiej czułam się wtedy, gdy temat jedzenia i wyglądu po prostu nie był poruszany. Dzięki temu, wspólnie z psychoterapeutką, mogłam zacząć pracować nad swoim podejściem i emocjami. Myślę, że ogromne znaczenie miała właśnie obecność osoby z zewnątrz – specjalisty, który nie był zaangażowany emocjonalnie tak jak rodzina czy przyjaciele. To dawało mi przestrzeń na uczciwą, nieoceniającą rozmowę i prawdziwą zmianę.

Dziś możesz powiedzieć, że jesteś już wolna od zaburzeń odżywiania? Czy to coś, co udało ci się raz na zawsze zostawić za sobą?

Zawsze powtarzam, że zaburzenia odżywiania to forma uzależnienia – bardzo podobna do alkoholizmu czy nikotynizmu. Różnica polega na tym, że zamiast uzależnienia od substancji, pojawia się uzależnienie od kontroli.

Na początku byłam uzależniona od niejedzenia, chorowałam na anoreksję. Z czasem ta potrzeba kontroli przeszła w bulimię, wymioty, napadowe objadanie się. Dziś te najostrzejsze formy choroby są już za mną, ale uważam, że w przypadku zaburzeń odżywiania nie da się powiedzieć z pełnym przekonaniem: „Jestem zdrowa raz na zawsze”. To stan, który – tak jak w przypadku innych uzależnieniach – może powrócić w trudnym momencie życia: pod wpływem silnego stresu, traumy, utraty. Dlatego cały czas nad sobą pracuję.

Na ten moment czuję się dobrze, od wielu lat nie zmagam się z anoreksją ani bulimią, ale nie traktuję tego jako coś definitywnie zamkniętego. Dziś jest dobrze – i robię wszystko, żeby ten stan utrzymać.

Jesteś dietetyczką kliniczną, prowadzisz własną klinikę i platformę edukacyjną, jesteś też autorką książki pt. „Jelita są ważne”. Jak bardzo twoje osobiste doświadczenia wpłynęły na wybór tej ścieżki zawodowej?

Myślę, że moje doświadczenia były absolutnie kluczowe. Gdyby nie moje własne zmagania z zaburzeniami odżywiania i ich konsekwencje zdrowotne, prawdopodobnie nigdy nie zdecydowałabym się na dietetykę. Moim pierwszym wyborem była stomatologia. Zmieniłam zdanie, gdy zaczęłam szukać informacji, pomocy, zrozumienia tego, co się ze mną dzieje. Tak trafiłam na dietetykę – najpierw jako pacjentka, potem jako studentka, a w końcu stałam się specjalistką.

Moje doświadczenia nie tylko wpłynęły na wybór zawodu, ale też bardzo jasno ukierunkowały mnie na konkretną specjalizację – problemy jelitowe. Zawsze powtarzam, że zaburzenia odżywiania zabrały mi wiele lat młodości. Ale jednocześnie – to właśnie one sprawiły, że dziś jestem w miejscu, w którym naprawdę chcę być.

Wielu twoich pacjentów również zmaga się z zaburzeniami odżywiania. Czy znajomość twojej historii buduje między wami większe zaufanie?

Zdecydowanie tak – szczególnie w kontekście problemów jelitowych, które często współwystępują z zaburzeniami odżywiania. Pacjenci mówią wprost: „Roksana, ty też przez to przechodziłaś, więc wiesz, jak to wygląda naprawdę”. I rzeczywiście – ta wspólnota doświadczeń pomaga przełamać dystans, zbudować zaufanie i stworzyć przestrzeń do szczerej rozmowy.

Jeśli chodzi o same zaburzenia odżywiania, cieszę się, że coraz częściej zaczynamy o nich mówić – choć nadal mam poczucie, że to temat tabu. Wiele kobiet, szczególnie młodych, nie chce się przyznać, że coś jest nie tak. Czasem wychodzi to dopiero w trakcie współpracy – pacjentka zgłasza się z myślą o „zdrowym odchudzaniu”, a po czasie okazuje się, że relacja z jedzeniem jest głęboko zaburzona.

W takich sytuacjach bardzo ważna jest szybka reakcja i odpowiednie pokierowanie. W naszym zespole współpracujemy z psychodietetykami i psychoterapeutkami – jeśli widzę, że dana osoba potrzebuje pomocy głębiej niż tylko na poziomie diety, zawsze kieruję ją dalej.

Fot.

Z twojej perspektywy – zarówno osoby z doświadczeniem, jak i specjalistki – jakie sygnały powinny zaniepokoić bliskich? Jakie są te pierwsze „czerwone flagi” w kontekście zaburzeń odżywiania?

Paradoksalnie, jednym z najmniej miarodajnych sygnałów jest masa ciała czy wygląd sylwetki. Osoba zmagająca się z zaburzeniami odżywiania niemal zawsze postrzega siebie jako „za dużą” – niezależnie od rzeczywistej wagi. Ja sama, w najtrudniejszym momencie choroby, ważyłam 37 kilogramów i nadal uważałam, że powinnam schudnąć. W dodatku wiele takich osób potrafi doskonale się maskować – chociażby zakładając zbyt obszerne ubrania.

Dlatego najwięcej można wyczytać z codziennych zachowań. Warto zwrócić uwagę na to, jak wygląda kwestia wspólnych posiłków – czy w ogóle do nich dochodzi, czy dana osoba zaczyna ich unikać. Czy chowa jedzenie, odmawia jedzenia „bo już jadła”, rezygnuje z wyjść ze znajomymi, zwłaszcza jeśli mają one związek z jedzeniem?

To często właśnie te subtelne sygnały – wycofanie społeczne, unikanie posiłków, nadmierna kontrola nad jedzeniem – pojawiają się jako pierwsze i mogą świadczyć o tym, że coś zaczyna się dziać. Im szybciej zostaną zauważone, tym lepiej.

A jeśli ktoś z otoczenia zaczyna dostrzegać niepokojące sygnały – co powinien zrobić, by pomóc, a jednocześnie nie wywołać buntu?

Najgorsze, co można zrobić, to naciskać lub zmuszać do jedzenia. To niemal zawsze wywołuje odwrotny efekt – opór, wycofanie. Zamiast tego kluczowe jest podejście oparte na trosce i empatii.

Warto po prostu porozmawiać. Nie o jedzeniu czy wadze – ale o samopoczuciu. Zapytać: „Jak się czujesz?”, „Czy coś cię ostatnio martwi?”, „Czy jest coś, czym chciałabyś się podzielić?”. Zaburzenia odżywiania bardzo często są tylko objawem – ucieczką od innych, głębszych trudności: emocjonalnych, rodzinnych, psychicznych. Dlatego tak ważne jest dotarcie do przyczyny, a nie tylko reagowanie na skutki.

Jak dziś wygląda twoja relacja z jedzeniem? Bierzesz udział w programie MasterChef – czy to znaczy, że zaczęłaś się jedzeniem „bawić”? Jaki masz do tego teraz stosunek?

Dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że moja relacja z jedzeniem jest po prostu... zdrowa. Od dłuższego czasu korzystam z życia – jem z przyjemnością, gotuję, podróżuję, próbuję nowych smaków, chodzę do restauracji. Jednocześnie cały czas staram się zachować balans i troszczyć się o zdrowie, które jest dla mnie ogromnie ważne.

Unikam żywności silnie przetworzonej, nadmiaru cukru czy alkoholu – ale to nie znaczy, że nie ma na nie miejsca. Są obecne w mojej diecie, tylko nie dominują. Na co dzień stawiam na świeże, wartościowe produkty i intuicyjne podejście do jedzenia.

Wciąż uczę się równowagi – pomiędzy zdrowym stylem życia a dbaniem o sylwetkę, zdrowie psychiczne i luz. Nie rezygnuję z wyjść, spotkań, okazjonalnych przyjemności. Daję sobie przestrzeń na to, na co mam ochotę – bez wyrzutów sumienia.

Na koniec – co powiedziałabyś Roksanie sprzed lat? Tej, która dopiero wchodziła w świat zaburzeń odżywiania?

W trakcie zaburzeń odżywiania ma się wrażenie, że to już koniec – że nigdy nie wróci normalność. Że już zawsze będzie się bało wyjechać na wakacje, zjeść czekoladę, usiąść do wspólnego posiłku. W głowie pojawia się myśl, że to się nigdy nie skończy, że ta relacja z jedzeniem już zawsze będzie trudna, toksyczna, pełna lęku. Ale to nieprawda. Z tego da się wyjść. To są lata pracy – często trudnej, żmudnej, wymagającej – ale efekty przychodzą.

Sobie sprzed lat powiedziałabym więc: „Nie słuchaj komentarzy otoczenia. Skup się na sobie – na tym, co kochasz, co sprawia ci radość i co cię rozwija. Branie wszystkiego do siebie nie skończy się dobrze.” A potem dodałabym: „Jeszcze będzie dobrze.”
Jeśli ktoś, kto nas teraz czyta, myśli sobie: „To nie dla mnie. Ja już nigdy nie będę zdrowa” – to chcę mu powiedzieć: będziesz. Tylko musisz dać sobie czas. I sięgnąć po pomoc. Bo samemu bardzo trudno się z tego wyrwać – ale z pomocą drugiego człowieka to naprawdę jest możliwe.

Fot.

*Roksana Środa - jest popularną dietetyczką kliniczną, uczestniczką najnowszej edycji MasterChefa, właścicielką kliniki i platformy dla osób z problemami jelitowymi, a także autorką książki „Jelita są ważne”. W okres dojrzewania wchodziła w towarzystwie anoreksji, bulimii i kompulsywnego objadania się.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET