Mężczyźni dzwonią do telefonu zaufania rzadziej. „Rano, gdy żona i dzieci jeszcze śpią”
– W całodobowych telefonach zaufania wzmożony ruch zaczyna się już od piątej rano – mówi Lucyna Kicińska, współautorka książki "Słucham. Rozmowy o telefonie zaufania". Ludzie się budzą i sięgają po telefon. W ciągu dnia i wieczorem linie stale są zajęte i trudno „wstrzelić się” w okienko. – Około północy jest zauważalne wypłaszczenie – opowiada suicydolożka. Ale rozmowy, które prowadzą konsultanci w nocy, są najczęściej wyjątkowo trudne. – Nie bez powodu mówi się, że w nocy budzą się demony…
Na pytanie o to, po co powstała książka "Słucham. Rozmowy o telefonie zaufania" Lucyna Kicińska, jej współautorka i suicydolożka odpowiada właściwie bez zastanowienia. – Żeby odciążyć konsultantów telefonów zaufania, żeby zapewnić nam wszystkim codzienną pomoc – nie tylko w telefonach zaufania. Pokazać każdemu czytelnikowi jak się porozumiewać z ludźmi w kryzysie. Sam fakt, że telefony zaufania są tak popularne, świadczy o tym, że nasza codzienna komunikacja, mimo powszechnego przeświadczenia, że umiemy przecież rozmawiać, pozostawia wiele do życzenia.
Monika Kurowska: Ile połączeń dziennie odbierają telefony zaufania?
Lucyna Kicińska, współautorka książki "Słucham. Rozmowy o telefonie zaufania": Wszystko zależy od tego, ile linii jest otwartych i jaki jest czas obsługi w konkretnym telefonie zaufania. Są telefony całodobowe, które mają wiele stanowisk konsultanckich obsługiwanych jednocześnie. Są jednak również telefony działające na mniejszą skalę – linie lokalne i takie, które działają tylko w określonych godzinach. Nawet w całodobowych telefonach zaufania z wieloma stanowiskami konsultanci nie są w stanie odebrać wszystkich połączeń przychodzących. Prób połączeń jest zawsze o wiele więcej niż konsultantów na dyżurze. W przypadku czterogodzinnego dyżuru w ogólnopolskim, popularnym, a więc dobrze rozpromowanym telefonie zaufania konsultant może przeprowadzić cztery rozmowy – jeśli będą długie i dotyczące skomplikowanych problemów. Tych rozmów może być jednak o wiele więcej, czasem nawet trzydzieści, bo zdarzają się połączenia bardzo krótkie, albo głuche telefony.
Obecnie połączeń jest więcej niż w poprzednich latach?
Z roku na rok rośnie liczba odebranych przez konsultantów połączeń oraz liczba osób zainteresowanych taką formą pomocy. Jedak w tym przypadku trudno o konkretne statystyki. Załóżmy, że w 2023 roku konsultanci odebrali X połączeń, a w 2024 roku dwa razy więcej. To niekoniecznie oznacza, że dwa razy więcej osób zadzwoniło do telefonu zaufania. Po prostu więcej osób się dodzwoniło. Wzrost liczby zarejestrowanych połączeń ma na ogół związek, z tym że konsultanci spędzili na dyżurach więcej godzin.
Nie znam żadnego telefonu zaufania, który mógłby się pochwalić tym, że odbiera 100 proc. połączeń. Konsultanci nieustannie prowadzą rozmowy. Osoba, której zależy na połączeniu, czasami musi zadzwonić kilka razy, by trafić na wolną linię. Żeby „wstrzelić się” w okienko, czasami trzeba zadzwonić o mniej obleganej porze.
A w jakich godzinach ruch jest największy?
Podzielę się pewną historią. Jedna z osób po przeczytaniu książki "Słucham. Rozmowy o telefonie zaufania" napisała mi, że postanowiła zadzwonić do telefonu zaufania około godziny 17. Była przekonana, że trafi na wolną linię, bo większość osób wtedy wraca z pracy, robi zakupy, a więc jest poza domem i nie ma „klimatu” do tego typu rozmów. Była zdziwiona, gdy nie udało się jej dodzwonić.
W godzinach południowych linie właściwie cały czas są zajęte. W telefonach całodobowych ruch zaczyna się już od piątej rano. Ludzie się budzą, czasami są po trudnej, nieprzespanej nocy potrzebują wsparcia. Wieczorem też można zaobserwować piki. Około północy jest zazwyczaj zauważalne wypłaszczenie, następuje lekki spadek. Natomiast nocne połączenia wiążą się z długimi rozmowami. Wówczas dzwonią osoby, które nie mogą zasnąć lub budzą się z lękiem. Nie bez powodu mówi się, że w nocy budzą się demony...
A czy są okresy w roku, w czasie których telefon dzwoni częściej? Być może to święta lub początek roku szkolnego?
Jeżeli w ciągu roku któryś z telefonów jest w szczególny sposób promowany, to rośnie częstotliwość prób połączeń. Ale jeżeli nie jest tworzone nowe stanowisko konsultanckie, to liczba skutecznych połączeń się nie zmienia, bo tak jak wspomniałam, możliwości konsultantów są ograniczone.
Na pewno w trakcie roku zmienia się jednak tematyka rozmów. O samotności rzeczywiście rozmawia się częściej w okresach świątecznych. Rozmowy dotyczące stresu związanego ze szkołą nie rozpoczynają się 1 września, a już około 10 sierpnia. To napięcie u uczniów nasila się stopniowo. Temat szkoły powraca też w połowie grudnia, bo uczniowie zaczynają wtedy myśleć o wystawianiu ocen półrocznych. Boją się tego. Pik rozmów o problemach szkolnych następuje też przed maturami, a potem właściwie trwa do końca czerwca.
Statystyki pokazują, że coraz więcej młodych osób doświadcza kryzysów psychicznych. Dzieci teraz częściej dzwonią do telefonów zaufania niż 10-15 lat temu?
Patrząc ogólnie na statystyki, możemy powiedzieć, że tak właśnie jest. Warto jednak zauważyć, że 10-15 lat temu telefony zaufania nie działały tak prężnie jak dziś. Dużo się zmieniło. W 2015 roku linia 116 111 (Telefon zaufania dla Dzieci i Młodzieży) nie była całodobowa. Teraz jest, więc automatycznie zarejestrowanych połączeń jest więcej. A i 10 lat temu świadomość dzieci i młodzieży dotycząca zdrowia psychicznego, a także możliwości korzystania z pomocy psychoterapeutycznej była na znacznie niższym poziomie.
Jeżeli wśród dzieci lub nastolatków popularny staje się jakiś niepokojący trend, jeśli w szkołach pojawiają się nowe narkotyki, niebezpieczne zabawy stają się viralowe, to konsultanci telefonów zaufania wiedzą o tym jako pierwsi, jeszcze przed wrzawą medialną.
Do telefonu zaufania można zadzwonić z każdym problemem, czy są połączenia, które tylko blokują linię?
Pamiętam rozmowę z dzieckiem, które nie wiedziało, co kupić mamie z okazji Dnia Matki. Pytało, czy laurka wystarczy. Uważam, że bardzo ważne jest, żeby takie pytania też traktować poważnie, by dziecko bez względu na to, z czym dzwoni, dostało czas. Dziecko zadzwoniło, sprawdziło, jak działa telefon zaufania i się nie zawiodło na dorosłym, który z nim rozmawiał. Było w bezpiecznym kontakcie z odpowiedzialnym dorosłym. Nie usłyszało: przepraszam cię maleństwo, ale ja nie mam teraz czasu, bo na pewno za chwilę zadzwoni samobójca, więc musimy odblokować linię. Każdemu należy dać tyle czasu, ile potrzebuje.
Zauważam jednak bardzo groźną tendencję. Niektórzy nie korzystają z telefonu zaufania, bo myślą: u mnie jeszcze nie jest tak źle, ludzie mają większe problemy. Tego typu tok rozumowania często wychodzi na jaw w czasie rozmów, niekiedy bardzo poważnych. Ktoś wreszcie trafia na wolną linię i mówi: może zabieram innym czas, mój problem jest błahy, ale sobie z nimi nie radzę. Usprawiedliwia się przed konsultantem. Rozmowa trwa jakiś czas i okazuje się, że ta osoba miewa myśli samobójcze. Co może być bardziej poważnego?
Tego typu tok myślenia poniekąd może wynikać z medialnej dezinformacji. W internecie pojawiają się informacje o próbach czy śmierciach samobójczych, a tuż pod nimi komunikat: „Masz problem, zadzwoń do telefonu zaufania”. To błąd. Telefon zaufania w ostrej fazie kryzysu presuicydalnego to rozciąganie potencjalnego procesu pomocowego. Pod takimi materiałami powinien być podawany przede wszystkim numer alarmowy 112. Właśnie tam musi zadzwonić osoba, która chce odebrać sobie życie.
Dlaczego wybór telefonu zaufania w takiej sytuacji jest nieodpowiedni?
Numer 112 działa inaczej niż telefon zaufania. Obsługa tej linii jest podzielona na wojewódzkie centra obsługi. Zawsze jesteśmy łączeni z najbliższym centrum, natomiast jeżeli jest ono zajęte, bo wszyscy konsultanci w naszym rejonie prowadzą rozmowy, to połączenie jest przekierowywane do najbliższego wolnego Centrum. To sprawia, że osoba potrzebująca pomocy zawsze się gdzieś dodzwoni i uzyska pomoc, choćby wszyscy najbliżsi jej operatorzy numeru alarmowego właśnie prowadzili rozmowy.
W telefonach zaufania tak to nie działa. Jeżeli zadzwonię na numer 116 123 (Ogólnopolska Poradnia Telefoniczna dla Osób Przeżywających Kryzys Emocjonalny) i konsultanci będą zajęci, telefonujący nigdzie nie zostanie przekierowany. Osoba, która jest w ostrej fazie kryzysu samobójczego, najprawdopodobniej nie będzie czekać, aż zwolni się linia, ani wyszukiwać numeru np. do Centrum Wsparcia (800 702 222).
Świetnie, że pani o tym mówi, bo myślę, że część pomyłek może wynikać z braku świadomości.
Wiele osób, również aktywistów, uważa, że telefon zaufania to remedium na wszystkie problemy. Zdarza mi odbierać połączenia od dzieci. Rozmawiam z młodym człowiekiem o jego trudnościach, problemach. Po jakimś czasie pytam, czy zgłosił tę sytuację w szkole. Od dzieci często słyszę, że były u szkolnego psychologa i to właśnie on poradził, by zadzwoniły do telefonu zaufania. Nie powinno tak być.
My, jako konsultanci telefonu zaufania, jesteśmy dla tych, którzy boją się pójść do kogoś ze swojego środowiska i powiedzieć mu twarzą w twarz o swoich problemach. Jesteśmy po to, by zachęcić takie osoby do rozmowy, gdy się wstydzą. Pomagamy rozprawić się też z innymi powodami, przez które nie potrafią zwrócić się do: rodzica, szkolnego specjalisty, nauczyciela, wychowawcy. Nie powinno być na odwrót.
Statystycznie do telefonu zaufania najczęściej dzwonią kobiety 30+. Tę statystykę widać w czasie codziennej pracy? Rzeczywiście to duża przewaga?
W statystyce odbija się także dostępność telefonów zaufania. Dla przykładu: procentowo dziewczynek będzie dzwoniło mniej niż kobiet 30+, bo telefonów dla dorosłych i po prostu dorosłych osób jest o wiele więcej, niż dzieci. Jednak bez względu na demografię, połączenia od mężczyzn rzeczywiście są znacznie rzadsze. Gdy panowie dzwonią, to często proszą o rozmowę z mężczyzną.
To wynika w dużej mierze z przekazu kulturowego. Z tego, że mężczyźni nadal myślą: nie ma co zajmować się problemami, a co dopiero z obcą babą o nich rozmawiać. Zresztą panowie w trakcie rozmów dużo mówią o kulturowych oczekiwaniach. O tym, że muszą udawać i ze wszystkim sobie radzić, bo nie mogą się narazić na to, że ktoś zobaczy w nich słabość. Nie chcą, by ktoś dowiedział się, że rozmawiają z konsultantką lub konsultantem telefonu zaufania, więc dzwonią w środku nocy, albo bardzo wcześnie rano, gdy żona i dzieci jeszcze śpią. Powstał też osobny telefon zaufania dla mężczyzn. Często w czasie rozmów z panami o nim informujemy.
A chłopcy dzwonią rzadziej niż dziewczynki?
Zdecydowanie. Sukcesem było – przy pomocy kampanii społecznej – ruszyć statystyki do poziomu: 90 proc. dziewczynek i 10 proc. chłopców. Startowaliśmy z poziomu: 95 proc. dziewczynek i 5 proc. chłopców.
Zdarza się, że kobiety, które dzwonią, słysząc w słuchawce męski głos, proszą o rozmowę z kobietą?
Zdarza się. Czasami jest też tak, że kobieta prosi o rozmowę z mężczyzną, bo twierdzi, że potrzebuje męskiego punktu widzenia. Konsultantek jest znacznie więcej niż konsultantów – to nie tajemnica. Oczywiście nie jest tak, że mówimy w takiej sytuacji: nie ma na dyżurze mężczyzny, nic się nie da zrobić i się rozłączamy. Zawsze staramy się zaproponować rozmowę i pokazać, że nasza płeć, tak jak i np. doświadczenie życiowe, nie odgrywa tu żadnej roli. Nawet jeżeli połączenie odebrałby mężczyzna, nie odpowiadałby na pytania, kierując się swoją płcią. Nigdy nie miałam takiej rozmowy, po której ktoś stwierdził: dobrze się rozmawiało, ale jednak zdzwonię jeszcze do mężczyzny, żeby się upewnić. W trakcie rozmowy płeć przestaje odgrywać rolę.
Dla tych, którzy nie czują się na siłach, by rozmawiać zapewniamy pomoc psychologiczną online, np. poprzez stronę Życie Warte Jest Rozmowy (zwjr.pl). Ludzie, którzy się z nami tam kontaktują, raczej nie mają preferencji dotyczących płci. Natomiast zauważyłam, że mężczyźni częściej wybierają właśnie formę pisemnego wsparcia. Chyba jest dla nich bardziej ośmielająca.
„Mamy do odrobienia ważną lekcję jak zareagować na kryzys” – zauważa pani w książce. Czy to znaczy, że Polacy nie umieją rozmawiać o swoich problemach?
Nasza codzienna komunikacja jest bardzo powierzchowna, schematyczna. Gdybyśmy potrafili rozmawiać o emocjach, kryzysach, które przeżywamy, to konsultanci telefonów zaufania nie mieliby aż tyle pracy. Gdy ktoś z naszego otoczenia opowiada nam o swoim problemie najczęściej czujemy napięcie i automatycznie sięgamy po nawyki. Nauczenie się nowego języka jest trudne. Trzeba wyrobić w sobie nowy nawyk. To wysiłek.
Zresztą do telefonu zaufania dzwonią osoby, które same zauważają, że nie potrafią komunikować się z bliskimi. Słyszymy na przykład: niepokoi mnie to, co dzieje się z moją przyjaciółką, ona dużo płacze, uważam, że ma myśli samobójcze, ale gdy o to pytam, mówi, że wszystko w porządku. Wtedy najczęściej staram się dowiedzieć, jak przebiega rozmowa z przyjaciółką. Okazuje się, że na początku pada jedno z najgorszych możliwych zaproszeń do rozmowy, a więc pytanie: czy wszystko w porządku?
Dlaczego w ten sposób nie należy zaczynać rozmowy z osobą w kryzysie?
Ta fraza wymaga potwierdzenia. Rzadko się zdarza, by osoba w kryzysie odpowiedziała na nią: miło, że pytasz, ale u mnie fatalnie.
Niedawno moja mama zwróciła mi uwagę na pewną scenę w popularnym serialu. Jedna z bohaterek płakała, wyglądała na załamaną. Mężczyzna wszedł do pokoju i zobaczył płaczącą kobietę. Na twarzach bohaterów widać było konsternację, niepokój. Zainteresowało mnie to. Pomyślałam, że będzie to scena pokazująca jak świadczyć pomoc emocjonalną w kryzysie, bo bohater przecież widzi, że zapłakana kobieta potrzebuje wsparcia. On jednak zapytał, czy wszystko okej. Byłam pewna, że po potwierdzeniu bohaterki zreflektuje się, powie, że widzi, emocje, które ona przeżywa i zaproponuje rozmowę. Tak się jednak nie stało. Bohater po prostu wyszedł, bohaterka przecież zapewniła go, że nie potrzebuje pomocy. Fatalny wzorzec.
Jak powinna wyglądać rozmowa z osobą w kryzysie?
Pierwsza pomoc emocjonalna powinna przebiegać zgodnie z zasadami 4xZ. Pierwsze „Z” oznacza zauważenie tego, że coś jest nie tak. Mówimy: „widzę, że jesteś smutna/smutny, martwię się o ciebie” lub „powiedz mi, co się u ciebie dzieje, bo widzę, że coś cię martwi”. Gdy ktoś podejmie z nami kontakt, przystępujemy do drugiego „Z”, które oznacza: zapytaj. Wtedy możemy użyć takich sformułowań: „opowiedz mi, jak długo to trwa”; „co jest dla ciebie najtrudniejsze w tej sytuacji?”; „czego już próbowałaś/próbowałeś, żeby poradzić sobie z tą sytuacją?”
Trzecie „Z” oznacza zaakceptuj. Normalizujemy stan emocjonalny naszego rozmówcy i akceptujemy to, że ktoś przeżywa kryzys. Akceptujemy ból i cierpienie, mówiąc: „wyobrażam sobie, że bardzo cierpisz”; „wiem, że byłaś/byłeś długo sam na sam ze swoimi problemami”; „rozumiem, że bardzo cię to przytłaczało i dobrze się stało, że mi o tym powiedziałaś”.
Ostatnie „Z” to: zareaguj. W tym przypadku ważne jest, żebyśmy pamiętali, że nie ma magicznej różdżki, która sprawi, że problem zniknie - bo na to potrzeba czasu, a nie uniwersalnego rozwiązania. Każdy problem wymaga innej reakcji. Możemy powiedzieć: „chciałabym, żebyś oprócz mnie miał/miała także profesjonalne wsparcie”. Osoba, która udziela pierwszej pomocy emocjonalnej musi pamiętać, że jest tylko pierwszym ogniwem w łańcuchu pomocowym. Nie musi i nie powinna brać wszystkiego na swoje barki.
Może wydawać się, że te sformułowania są drewniane, podręcznikowe, nienaturalne. Nie jesteśmy do nich przyzwyczajeni, ale gwarantuje, że są głęboko ludzkie. Jeśli zaczniemy ich używać, wejdą nam w nawyk. Osoby, które chcą pracować w telefonie zaufania, przychodzą do mnie i często twierdzą, że nie potrafią mówić w ten sposób, bo nie zostały tego nauczone na przykład na studiach. Po kilku próbach wchodzi im to w krew. Jeśli ktoś ma trzy dyżury w tygodniu, to po miesiącu jest w tym już świetny.
Co jeśli osoba, której chcemy pomóc, mimo zastosowania tych formuł, nie chce się przed nami otworzyć?
Opór może się pojawić – to naturalne. Warto uruchomić wtedy metodę tzw. zdartej płyty.
Na czym polega?
Jesteśmy blisko takiej osoby i mówimy, że widzimy jej cierpienie, rozumiemy, że jest jej trudno, chcemy z nią porozmawiać i zrobić coś, żeby było jej łatwiej. Powtarzamy to do skutku, na różne sposoby. Opór psychologiczny występuje nie tylko w naszych codziennych rozmowach - nie jest dowodem na naszą nieskuteczność jako „ratowników” pierwszej pomocy emocjonalnej. Pojawia się on też u dzwoniących do telefonów zaufania. To, że ktoś zadzwoni wcale nie oznacza, że ma w sobie pełną gotowość do zmiany swojej sytuacji. Bywa, że osoba, która opowiada o swoich problemach nagle przejawia opór, na przykład przerzucając na konsultanta odpowiedzialność za znalezienie rozwiązania. Bywa też, że odbieramy telefon, a w słuchawce jest cisza.
Wtedy mówimy, że słyszymy tę ciszę. Pytamy, czy możemy jakoś ośmielić osobę, która się dodzwoniła. Opisujemy, jak działa telefon zaufania. Mówimy też, że telefonuje do nas wiele osób, którym trudno jest się odezwać. Jeśli nasze zachęty nie przeradzają się w rozmowę to po kilku minutach proponujemy, żeby taka osoba zadzwoniła później, kiedy będzie na to gotowa. Wspominamy też o możliwości skorzystania z pomocy online, czyli wymiany wiadomości lub czatu. Często później dostajemy wiadomości: dzwoniłam kilka razy, ale nie mogę się przełamać i odezwać. To jest dla mnie za trudne.
Metodę zdartej płyty opisała pani w książce, przytaczając historię dziewczynki, która zadzwoniła do telefonu zaufania w czasie próby samobójczej. Nie chciała umierać sama więc poprosiła o obecność konsultanta, mimo że jej rodzice byli za ścianą. To chyba jedna z najbardziej drastycznych historii w „Słucham. Rozmowy o telefonie zaufania”.
Tę historię opowiedziałam po to, żeby pokazać jak trudno rodzicom jest czasami zaakceptować kryzys dziecka. Rodzice kochali córkę i troszczyli się o nią, ale według swoich zasad, a więc wykluczając możliwość nadejścia kryzysu psychicznego. Mimo że specjaliści tłumaczyli im, co się dzieje z dzieckiem, oni nie zapewnili mu pomocy. To jest rozmowa sprzed wielu lat, ale pamiętam ją bardzo dobrze z tego względu, że pokazała mi do czego może prowadzić wyparcie ze strony rodziców i jak ważne jest to, żeby ludziom w kryzysie dawać nadzieję. Dziewczynkę udało się uratować, bo podała nam swój adres zanim zasnęła. Pamiętam z jaką determinacją prosiłam konsultanta, który prowadził tę rozmowę o to, by wciąż – właśnie jak zdarta płyta – powtarzał pytanie o adres i zapewniał ją, że kryzys może przeminąć.
Historia pokazuje, że nigdy nie jest za późno, by ratować życie. Nawet osobom, które decydują się na próbę samobójczą - nie chodzi o śmierć, ale o uwolnienie się od cierpienia. Gdy ta dziewczynka odzyskała nadzieję, że to jest możliwe, bo są osoby gotowe o nią zawalczyć, zgodziła się na współpracę.
W książce twierdzi pani, że każdy z nas może nauczyć się pomagać tak, by drugiej stronie było lżej. Jak i gdzie można taką umiejętność zdobyć?
Szkolni specjaliści, którzy chcą się doskonalić, mogą przyjść na szkolenia, które prowadzę w ramach Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym. Są to szkolenia bezpłatne, adresowane do pedagogów, psychologów szkolnych i wszystkich szkolnych specjalistów. Są podobne szkolenia dla nauczycieli, pracowników socjalnych, przedstawicieli służb mundurowych, duchownych. Na szkoleniach można się dowiedzieć między innymi tego, jak komunikować się z osobą w kryzysie samobójczym, po próbie samobójczej oraz z osobami, które są w żałobie po śmierci samobójczej.
Można też zapisać się na przykład na studia podyplomowe w Polskim Towarzystwie Suicydologicznym. To bardzo interdyscyplinarne studia, podczas których uczymy tego jak zapobiegać zachowaniom samobójczym, jak wspierać osobę w kryzysie i jej bliskich, ale też jak bezpiecznie i odpowiedzialnie komunikować zachowania samobójcze w przestrzeni społecznej i w mediach.
A co z osobami, które nie mają wykształcenia psychologicznego, chcą po prostu lepiej zrozumieć swoich bliskich?
Aby dowiedzieć się, jak rozumieć i wspierać osobę w kryzysie, wystarczy wejść na stronę Życie Warte Jest Rozmowy (zwjr.pl). Tam znajduje się bardzo dużo materiałów, które podpowiadają, jak rozpoznawać kryzysy u swoich bliskich, jak reagować na te kryzysy, jak towarzyszyć osobie w kryzysie i gdzie szukać pomocy. Materiały pokazują też, jak troszczyć się o siebie w trakcie udzielanych działań pomocowych, bo to nie jest prosta sprawa.
Czego nie należy mówić osobie, która przeżywa kryzys? W książce wspomina pani między innymi o słowie „dlaczego”, które ma wydźwięk oceniający. Czy są jeszcze jakieś słowa lub zwroty, których powinniśmy unikać w czasie pierwszego kontaktu pomocowego?
Zdecydowanie nie powinniśmy kwestionować uczuć i odczuć osoby w kryzysie. Myślę o zwrotach: „na pewno nie jest tak źle, jak opowiadasz”, „chyba przesadzasz”, „spróbuj się skupić na czymś innym, zająć sobie głowę”. Ludzie często mówią na przykład: „zjedz sobie czekoladę, to ci przejdzie”. Jakby na myśli samobójcze słodycze miały być skuteczne... To trywializowanie ludzkiego problemu.
Osobie w kryzysie nie powinniśmy podawać też gotowych rozwiązań. Kontakt pomocowy nie jest po to, by szybko znaleźć rozwiązanie, ale po to, by wysłuchać drugiej osoby. Gdy ktoś nam opowie o swoich problemach, nie mówmy: „ojej, ale z tym wszystkim dasz sobie radę, tak?”, bo to sprawi, że rozmówca poczuje się jeszcze bardziej samotny i przytłoczony. Nie należy mówić też: „nie chcę żebyś brała/brał leki”. Jeżeli lekarz mówi, że leki trzeba przyjmować, to chęć lub jej brak nie ma znaczenia. Osób w kryzysie nie powinniśmy oczywiście straszyć specjalistami: „jak ci się nie poprawi, to będziesz musiała iść do psychologa albo psychiatry”.
Czasami ludzie, rozmawiając z bliskimi, którzy zdecydowali się na pomoc psychiatryczna mówią: „tyle czasu bierzesz te leki, powinny ci już pomóc”, albo, widząc, że osoba się śmieje, stwierdzają: „już ci przeszło”. Tymczasem może być tak, że osoba w kryzysie zachowuje się w ten sposób, bo aktualnie nie jest wystawiona na działanie stresującej sytuacji.
Pozostaje jeszcze bardzo często stosowane hasło: wszystko będzie dobrze...
Za takie zwroty wtrącałabym do komunikacyjnego lochu. To składanie obietnic bez pokrycia. W mojej książce nawiązuje do tytułu publikacji Justyny Suchackiej „Nie powiem ci, że wszystko będzie dobrze”. Warto sobie o nim przypomnieć, gdy udzielamy pomocy. Nie możemy nikomu obiecać, że wszystko się ułoży, bo nie jesteśmy omnipotentni.
Sporo tego...
Niestety w mediach właściwie nie mówi się o tym, jak udzielać pierwszej pomocy emocjonalnej. Najczęściej wspomina się jedynie o braku możliwości pomocy, długich kolejkach do specjalistów – co, zaznaczmy, nie zawsze jest zgodne ze stanem faktycznym. Dominują wzmianki o kolejnych samobójstwach, czasami opisy metod. Bywa, że takie informacje prowadzą do identyfikacji z osobą, która targnęła się na swoje życie. W krótkim odstępie czasu pojawia się kolejny artykuł o samobójstwie, w którym dziennikarz wyraża zdziwienie. Ja się nie dziwię – to tak zwany efekt Wertera [przyp. red.: wzrost prób samobójstw spowodowany nagłośnieniem w mediach informacji o samobójstwie w niewłaściwy sposób]. Należy pisać o problemach psychicznych z dużą rozwagą. Istotna jest edukacja medialna dotycząca sposobu informowania o samobójstwach – to działania prewencyjne. Dobrze zorganizowana prewencja jest Polsce bardzo potrzebna.
Ale dziennikarze, już na studiach, powinni być uczeni także tego, jak dbać o swoje zdrowie psychiczne, bo to zawód wysokiego ryzyka zachowań samobójczych. To samo dotyczy weterynarzy. Przedstawiciele tych zawodów powinni mieć zajęcia z zakresu dobrostanu w ramach studiów i dalszego kształcenia zawodowowegqo. Podobnie dentyści, zawodowi kierowcy, ale też wiele innych grup zawodowych.
Wymieniła pani bardzo różne grupy zawodowe. Być może pierwszej pomocy emocjonalnej powinniśmy zacząć uczyć się wcześniej. Od 1 września w szkołach będziemy mieć nowy przedmiot – edukację zdrowotną. Otworzy się okno również dla pierwszej pomocy emocjonalnej?
Przedmiot nieobowiązkowy prawdopodobnie niewiele zmieni w polskiej świadomości. Uczniowie nie będą chodzić na edukację zdrowotną, nie z powodu poglądów rodziców, lecz przez przeciążenie innymi przedmiotami i brak obowiązku. Obowiązkowa edukacja zdrowotna z elementami pierwszej pomocy emocjonalnej rzeczywiście mogłaby przynieść pozytywne efekty. Mogłaby sprawić, że młodzi ludzie w przyszłości będą potrafili rozmawiać o kryzysach psychicznych i prawidłowo na nie reagować.
Z pewnością pomocna byłaby też wieloletnia kampania edukacyjna zrealizowana przez Prezesa Rady Ministrów. Nie przez poszczególne ministerstwa czy wygrywające konkursy organizacje pozarządowe. Taka kampania mogłaby pokazać rodzicom, jak wychowywać dziecko przy pomocy odpowiednich narzędzi komunikacyjnych. Sami rodzice wskazują na ten deficyt.
Mamy wiele skutecznych narzędzi prewencyjnych i profilaktycznych, jednak na ten moment rodzice muszą do nich dotrzeć. Potrzebne jest więc systemowe rozwiązanie, które zobowiąże ministerstwa do współpracy i skoordynuje działania organizacji pozarządowych, uzupełni luki. Konieczna jest też zmiana sposobu kształcenia specjalistów i dalszy rozwój systemu pomocowego. Dopiero to przyniesie pozytywne rezultaty. Samo przywrócenie finansowania telefonu zaufania 116 111 (Telefon zaufania dla Dzieci i Młodzieży) – i to dopiero po wygranym przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę konkursie – nie rozwiązuje żadnego problemu.
Lucyna Kicińska – koordynatorka strefy pomocy serwisu Życie Warte Jest Rozmowy (www.zwjr.pl), ekspertka Biura ds. Zapobiegania Zachowaniom Samobójczym działającym w Instytucie Psychiatrii i Neurologii. Od 2004 roku związana z organizacjami pozarządowymi specjalizującymi się w pomocy telefonicznej i online dzieciom i dorosłym w trudnych sytuacjach życiowych. Jest członkinią Prezydium Zarządu Głównego Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego oraz Zespołu Roboczego ds. Prewencji Samobójstw i Depresji przy Radzie ds. Zdrowia Publicznego Ministerstwa Zdrowia. Prowadzi szkolenia dotyczące m.in. komunikacji, profilaktyki ryzykownych zachowań dzieci i młodzieży, zapobiegania autoagresji i samobójstwom.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET