"Za pięć lat nawet 30 tys. zł miesięcznie". Polonistka rzuciła szkołę i poszła w finanse

7 min. czytania
10.07.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Elżbieta Kloc jako nauczycielka, na dwóch etatach, zarabiała miesięcznie 7,1 tys. zł na rękę. Teraz też pracuje 40 godzin, ale w miesiącu. Zarobki za czerwiec? Zbliżone. - Co by było, gdybym pracowała 40 godzin na tydzień? Statystycznie, bo nie ma gwarancji, mogłabym zarabiać cztery razy więcej - zastanawia się w rozmowie z RadioZET.pl.

Nauczycielka i dzieci w szkole (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Wojciech Olkusnik/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Elżbieta Kloc rzuciła szkołę i została planerem finansowym.
  • Pracuje 40 godzin w miesiącu, a zarabia tyle, ile na dwóch etatach w edukacji. 
  • "W szkole za godzinę dostaje się 30-40 zł. To gorzej niż wolontariat!" - mówi w rozmowie z RadioZET.pl. 

Nigdy w życiu! - zapewniała jeszcze pół roku temu  nauczycielka języka polskiego Elżbieta Kloc. Nie wyobrażała sobie, że odejdzie ze szkoły i będzie pracować w finansach. W sobotę, 11 lipca, minie rok, od kiedy została planerem finansowym.

- Zakładałam, że będę stać przy tablicy i dorabiać, doradzając m.in. w tym, jak planować budżet domowy, zarobić na emeryturę, ubezpieczyć się na życie, wybudować dom i nie popaść w długi czy np. skonsolidować kredyty. W największym skrócie: od obsługi zobowiązań przez audyt umów po opiekę majątkową - mówi w rozmowie z RadioZET.pl.

Uczyła w szkole niepublicznej, podstawówce i liceum. Miała osiem klas. Pracowała 40 godzin w tygodniu. Dwa etaty. Zarabiała miesięcznie 7,1 tys. zł na rękę. Teraz też pracuje 40 godzin, ale w miesiącu. Zarobki za czerwiec? Zbliżone. - Co by było, gdybym pracowała 40 godzin na tydzień?! Statystycznie, bo nie ma gwarancji, mogłabym zarabiać cztery razy więcej - zastanawia się.

Quiz: Szkoła podstawowa z lat 80. i 90. Pamiętasz co czytałeś w 5 klasie?

Narodowe Archiwum Cyfrowe/Domena publiczna
1/15 Jak nazywał się przedmiot, na którym chłopcy uczyli się obsługi imadła, a dziewczyny szycia i gotowania?

"Gorzej niż wolontariat"

Elżbieta Kloc nigdy nie była na plusie. Kiedy za pracę w szkole dostawała 3 tys. zł (siedem lat temu), opłacała czynsz i zostawało jej tylko na podstawowe potrzeby. Potrzebowała zimowych butów, więc musiała brać nadgodziny. Albo zacząć odkładać w maju.

- Z pomocą przyszła pandemia, bo okazało się, że jest dużo chętnych na uczenie online. A gdy wybuchła wojna w Ukrainie, fundacje zaczęły szukać pedagogów, by uczyli ukraińskie dzieci języka polskiego. Wolontariuszom dobrze płacili - zapewnia nasza rozmówczyni.

Ale od razu dodaje: - Tylko co z tego?! Samodzielne utrzymanie się nie było i nie jest możliwe z pracy w szkole i nierobienia niczego obok. Całe życie ma tak wyglądać? Po to studiowałam? Jak długo można tak pracować? Przecież mam za sobą kilka kierunków studiów, wcale niełatwych - dodaje.

Oprócz magisterki z polonistyki obroniła dwa licencjaty (z historii i języka niemieckiego) oraz dwie podyplomówki (matematyka i nauczanie języka polskiego jako obcego). Podkreśla, że niezależnie od tego, jak dobrym nauczycielem jest i ile jeszcze kierunków studiów ukończy, istnieje limit godzin, które może wypracować w placówce. Choćby dwa etaty.

- Nikt bez powodu nie wymyślił, że nauczyciel ma 18 godzin tablicowych. A przecież z tymi samymi kompetencjami, ale nadal w zawodzie, można zrobić dużo więcej. Dla przykładu: godzina korepetycji to 150-200 zł, w szkole za godzinę dostaje się 30-40 zł. To gorzej niż wolontariat! - podkreśla.

Redakcja poleca

"Największe frajerstwo świata" - przyznaje też wprost jedna z uczestniczek badania "Młodzi nauczyciele odchodzą ze szkoły", przeprowadzonego pod kierunkiem prof. Małgorzaty Żytko z Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Inna dodaje: "Praca nie jest już nagrodą, ale niemal karą".

Nic dziwnego, że na pytanie: "Czy rozważasz zmianę zawodu?" już blisko połowa (49,2 proc.) odpowiada: "Tak". A co czwarty "aktywnie myśli o porzuceniu edukacji". Tłumaczą to przede wszystkim niskimi wynagrodzeniami (75 proc. wszystkich badanych), trudnymi relacjami z rodzicami (49 proc.), ciężkimi warunkami pracy, które „codziennie testują granicę wytrzymałości” (29 proc.), i samą organizacją pracy (22 proc.). Oprócz stania przy tablicy to także "dyżury na korytarzach, zastępstwa, bo brakuje nauczycieli, przygotowywanie się do zajęć, robienie pomocy dydaktycznych, sprawdzanie prac, ocenianie, odpisywanie na wiadomości od rodziców kosztem życia rodzinnego".

Jak przyznaje jedna z ankietowanych nauczycielek, „praca przy tablicy" stanowi jedynie 10 proc. obowiązków - resztę wypełnia "papierologia i zbyt częste rady pedagogiczne, które zabierają jedynie czas i energię".

"Rodzice są, jacy są"

Elżbietę Kloc też przytłaczało, że musi wyprodukować tony dokumentów, bo tego wymaga system. Choć wszyscy - podkreśla - i tak wiedzą, że nic to nie zmieni. - W przypadku ucznia z orzeczeniem to m.in. IPET, czyli indywidualny program edukacyjno-terapeutyczny, WOPFU, ocena, opinia... Jak jest tylko jeden taki uczeń, to dobrze. Ale jeśli pięciu-siedmiu albo cała klasa, to robi się tego bardzo dużo. A można byłoby ten czas przeznaczyć na pracę z uczniem. Jestem trenerem TUS, mogłabym zrobić trening, zajęcia dodatkowe czy po prostu z nim pobyć. Gdzie tu poczucie sprawczości?! - pyta retorycznie.

I choć na roszczeniowość rodziców nie narzekała ("rodzice są, jacy są, dzieci są, jakie są"), to trudnych sytuacji nie brakowało. Szczególnie jeśli w grę wchodziła walka o dziecko i rozwód. - Matka ucznia urządzała w szkole awantury z mężem. Żądała, by ojciec dziecka nie miał dostępu do informacji o braku postępów w nauce. Mógł mieć, bo miał prawa rodzicielskie. Nie można było jej tego przetłumaczyć - wskazuje jeden z przykładów.

Przyznaje też, że dopiero kiedy przestała pracować w szkole, uświadomiła sobie, w jakim napięciu żyła. Także dlatego, że nie brakowało uczniów po leczeniu psychiatrycznym, w tym po próbie samobójczej. - Trzeba na niego uważać, żeby sobie czegoś nie zrobił, np. kiedy pójdzie do łazienki. Na przerwie. Ani z nim nie pójdę, ani mu nie zabronię. Samo to, że coś takiego mam z tyłu głowy, już rodzi napięcie. A przecież jak coś się wydarzy, reszty klasy też nie zostawię samej. Odpowiadam za wszystkich, nie za jednego ucznia. Żyłam w ciągłym napięciu - przyznaje nauczycielka.

Redakcja poleca

Ostatnie analizy UW na zlecenie ZNP także pokazały, że nauczyciele są fizycznie i emocjonalnie wyczerpani. "85 proc. badanych podkreślało, że po pracy potrzebuje więcej czasu, by dojść do siebie. Ponad 82 proc. mówi, że są dni, kiedy odczuwa zmęczenie jeszcze przed wyjściem do pracy. W jej trakcie czuje się wyczerpana emocjonalnie grupa 69 proc., a 64 proc. po zakończeniu" - napisała w raporcie prof. Małgorzata Żytko z Uniwersytetu Warszawskiego.

Magdalena Kaszulanis, rzeczniczka ZNP, wskazuje też: - Łącznie 60 proc. nauczycieli doświadcza objawów somatycznych na poziomie wysokim lub bardzo wysokim. Najczęściej zgłaszanymi dolegliwościami są: zmęczenie lub brak energii, kłopoty ze snem oraz bóle pleców, ramion, nóg, stawów i głowy.

22 tys. zł różnicy miesiąc w miesiąc

Dla Elżbiety Kloc punktem zwrotnym stała się konsultacja u lekarza. Na wizytę poszła, bo miała trudności z sercem z powodu przewlekłego stresu. Skończyło się skierowaniem na SOR i do kardiologa. - Nie dostałam co prawda zawału, ale uświadomiłam sobie wtedy dwie rzeczy. Nie mogę zostać w szkole. Co z tego, że zawsze od dyrektorów słyszałam: "Weź to zastępstwo/dyżur/klasę, bo sobie świetnie poradzisz". "Dobrze, tylko jakim kosztem", zaczęłam myśleć - przyznaje.

Uznała, że zdrowie jest dla niej ważne. Chce mniej pracować, a mieć więcej czasu, by o siebie zadbać. Po drugie: podliczyła, gdzie może dojść za pięć lat jako pedagog, a gdzie jako planer finansowy. W 2031 r. jako nauczyciel z blisko dwudziestoletnim stażem mogłaby zarabiać ok. 8 tys. zł za jeden etat. Jako dyrektor w zespole planerów dostawałaby między 25 a 30 tys. zł miesięcznie.

- Dałam sobie szansę - podkreśla Elżbieta Kloc. Najpierw, ponad cztery lata temu, odebrała bezpłatną konsultację z planerem. Z myślą: "Zobaczę, co to w ogóle jest". Tak rozpoczęli współpracę. Potem zainteresowała się projektem Metamorfozy Finansowej. W największym skrócie to konkurs, który ma "poprawić wiedzę o finansach osobistych i pomóc wypracować zdrowe nawyki związane z oszczędzaniem i budżetem".

Założyła działalność, prowadziła więcej kursów języka polskiego jako obcego, optymalizowała budżet, w tym np. zrezygnowała z jedzenia na mieście. Weszła w inwestycje - fundusze i rynek XTB.

Po sześciu miesiącach miała ponad 50 tys. zł (do tego główną wygraną, czyli 21 tys. zł). - Z osoby, która nie umiała inwestować, nagle zaczęłam generować nadwyżki i nie szła za tym inflacja życia. Co do zasady: jak zarabiamy więcej, to więcej wydajemy, bo przecież nam się należy, bo dużo pracowaliśmy. Ubezpieczyłam się na życie i zdrowie. Podjęłam pierwsze decyzje, a te okazały się trafione, bo był zysk - to też doceniła kapituła - wylicza.

Elżbietę Kloc zaproszono do zespołu planerów, by spróbowała swoich sił. Był marzec zeszłego roku. Ze szkoły odeszła w styczniu tego roku.

Redakcja poleca

ZNP alarmował wtedy, że braki kadrowe szacuje na 20 tys. osób w całym kraju. I tak jest od trzech, czterech lat. - Co roku mamy ponad 17 tys. ogłoszeń o pracę dla nauczycieli, ale ich liczba nie odzwierciedla faktycznych braków kadrowych. Są one "ukryte" w rekordowej liczbie emerytowanych nauczycieli, którzy nadal pracują, bo zostali uproszeni przez dyrekcję - to ponad 66 tysięcy, czyli prawie trzy razy więcej niż 10 lat temu, oraz w rekordowej liczbie nauczycieli, którzy biorą godziny ponadwymiarowe - tłumaczy Magdalena Kaszulanis z ZNP.

Ile ponadwymiarowych godzin w tygodniu wyrabiają wszyscy nauczyciele i wszystkie nauczycielki? 2,2 mln, co daje średnio ok. 4 godzin na osobę. - I choć za pracę ponad klasyczne 18-godzinne pensum nauczyciele dostają dodatkowe wynagrodzenie, to godzina ponadwymiarowa jest "tańsza" od godziny "etatowej" o ok. 20 proc. - dopowiada Kaszulanis.

"Jak się w trumnie położę"

- Decyzja o odejściu ze szkoły nie była łatwa, bo kocham uczyć. To nie był przypadek, a marzenie. Zresztą nauczycielem byłam 14 lat. Dwa: jak każdy nauczyciel mianowany złożyłam ślubowanie: "Będę dążyła do pełni rozwoju swojego i swoich uczniów oraz wychowywała dzieci i młodzież w umiłowaniu ojczyzny". Kto jest wierzący, może dodać: "Tak mi dopomóż Bóg". I tę misję starałam się realizować. Choć od dłuższego czasu zadawałam sobie pytanie: Czy w systemie edukacji to jeszcze możliwe? Wychodziło mi, że jest z tym coraz gorzej, bo sam system mi to uniemożliwia - przyznaje Elżbieta Kloc.

Dziś zapewnia, że uczenie dorosłych zarządzania finansami to też edukacja, a potrzeby są duże. I tak np., kiedy odebrała główną nagrodę, ponad 20 tys. zł, koleżanki pytały wprost, czy zamierza wracać do szkoły.

Dla znajomych decyzja polonistki o odejściu z placówki była zaskoczeniem. O klientów też nie było łatwo, bo wszyscy kojarzyli ją z edukacją. Zaczynała od umawiania spotkań innym planerom i nauki od doświadczonych członków zespołu. Teraz szkoli współpracownika. Do końca tego roku chce ich mieć 15.

Czyli do szkoły już nie wróci? - Nie wykluczam, bo cały czas mam czynne uprawnienia. Poza tym może zdarzy się cud i system zacznie wspierać tak uczniów, jak i nauczycieli - zapewnia Elżbieta Kloc. I na koniec przywołuje kawał: - "Kiedy przestanie pani być naszą nauczycielką?" - pytają uczniowie. Ta odpowiada: "Jak się w trumnie położę".

Źródło: Radio ZET 

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET