Dlaczego demonizujemy maturę? Egzaminy oczami nauczyciela
- Matura jest stresująca, bo od niej coś zależy. Same okoliczności są też mało sprzyjające, bo stykamy się z formalną procedurą. Ale egzamin maturalny to nie jest to samo, co egzamin na prawo jazdy, że możesz być dobrze przygotowany, a możesz nie zdać. Matura tak nie działa, chociaż próbuje się mówić o niej, że jest nieprzewidywalna, krzywdząca i niesprawiedliwa - komentuje w rozmowie z RadioZET.pl polonista i egzaminator.
Aleksandra Pucułek: Kilka dni temu rozmawiałam z mamą tegorocznego maturzysty o maturze rozszerzonej z matematyki. Opowiadała, że egzamin był piekielnie trudny. Na mój komentarz, że rozszerzenie z matematyki zazwyczaj takie jest, odpowiedziała: „To po co robić w ogóle maturę? Żeby dzieciaki nie zdały, stresowały się?”.
Bartłomiej Rosiak, nauczyciel języka polskiego, lider zespołu polonistycznego „Więcej niż matura”, egzaminator: - Egzamin jest stresującym doświadczeniem i musimy się z tym pogodzić. Nie da się w życiu zredukować sytuacji stresowych do zera, ale możemy je oswajać. Stres ma też tę dobrą stronę, psychologowie mówią o tym od dawna.
Ale jednocześnie mówią – i to też słyszę od nauczycieli – że mamy teraz pokolenie o wiele mniej odporne na stres.
- Mamy, bo jako rodzice próbujemy czasami ograniczyć dziecku stresory w sferach życia, w których nie są one wcale najpoważniejsze. Nie mamy z kolei dostępu do innych stresujących sytuacji dla dzieci.
To spytam trochę pod prąd: może w takim razie w ogóle ich nie stresujmy, bo będą jeszcze w gorszej kondycji psychicznej?
- Ale klosz nie działa. Dzieci muszą się w pewnym momencie zetknąć z problemami, weryfikacją. I to nie jest nic strasznego. Egzamin weryfikuje, ale to też jest informacja zwrotna dla systemu. Tylko część osób nie widzi waloru informacji zwrotnej w maturze, bo ona kończy szkołę. Egzamin ósmoklasisty pozwala wyciągnąć wnioski, sprawdzić, jak się uczyłem.
Słyszymy coraz częściej od psychologów, pedagogów, żeby nie porównywać, nie oceniać, a z drugiej strony mamy potem maturę, egzamin ósmoklasisty. To nie jest sprzeczne?
- Jedno nie wyklucza drugiego. Mówimy o różnych sytuacjach, w których znajdują się uczniowie. Jeżeli wzmacniamy poczucie wartości u dzieci, talenty, to pokazujemy im, że ich wartość nie jest uzależniona od egzaminu, bo w czymś innym są lepsi. Ale jeżeli jedyną informacją zwrotną jest wynik egzaminu, to nie jest dobrze.
Skąd to demonizowanie matury?
- Przede wszystkim właśnie wynika z tego, że po raz pierwszy uczniowie mocniej są poddani stresowi. Egzamin jest stresujący, bo od niego coś zależy: dostanie się na studia, do szkoły ponadpodstawowej. Same okoliczności są też mało sprzyjające, bo stykamy się z formalną procedurą opatrzoną wieloma klauzulami. Stopień przygotowania też decyduje o tym, jak bardzo jesteśmy zestresowani. Ale egzamin maturalny to nie jest to samo, co egzamin na prawo jazdy. To znaczy, że możesz umieć jeździć, możesz być dobrze przygotowany, a wydarzy się coś na tym egzaminie, co sprawi, że nie zdasz, na przykład pieszy nagle wyjdzie na jezdnię.
Matura tak nie działa, chociaż próbuje się mówić o systemie egzaminacyjnym, że jest kompletnie nieprzewidywalny, krzywdzący, niesprawiedliwy, że nikt nie wie, co może być na egzaminie. Aż mnie nosi, gdy co roku wiesza się psy na maturze, bo te wszystkie zarzuty to jest nieprawda. Być może niektórzy myślą, że w ten sposób dodadzą otuchy maturzystom i ich rodzinom. O wiele łatwiej jest znieść myśl, że wyszedłem zawiedziony z sali egzaminacyjnej po pojedynku, który na starcie był nierówny. Stąd te wszystkie głosy krytyczne pod adresem egzaminów.
Jakby co, to nie jest twoja wina, że ci źle poszło.
- Tak, polecenia były złe, czasu zabrakło, egzamin był za trudny. Nie chcemy się dopatrzeć tego, że ten egzamin wymaga solidnego przygotowania się.
To akurat wpisuje się w powszechny dzisiejszy trend. Tzn. gorsza ocena to jest wina nauczyciela, szkoły, nie ucznia.
- Oczywiście, nieraz jest płacz na całą szkołę, gdy dziecko dostanie słabszą ocenę. A na maturze nie ma na kogo zwalić. Zdarzają się odwołania od wyników matur, ale jak się je czyta i patrzy na pracę, to naprawdę najczęściej nie rozumie się, dlaczego to dziecko się odwołuje, bo powinno Boga całować po rękach za to, że ma taki wynik.
Źle się dzieje wtedy, kiedy egzamin ma niedobraną moc różnicującą, czyli nawet dobrzy uczniowie nie są w stanie osiągnąć dobrych wyników. Ale krzywe Gaussa prezentujące rozkład maturalnych wyników tego nie pokazują. Mamy wyniki powyżej 70 proc. Jest to niewielka grupa, ale tak powinno być.
Chodzi o to, żeby było niedużo bardzo słabych wyników i niedużo wybitnych, a wykres powinien rosnąć, osiągać apogeum mniej więcej na wysokości 50-60 proc.
- Tak, ten garb powinien być mniej więcej pośrodku. I te egzaminy spełniają taką funkcję. Np. na maturze z polskiego zdający zbiera punkty za różne umiejętności. Jak jedna umiejętność nie domaga, to inną może nadrobić i co ważne egzamin sprawdza umiejętności, a nie suchą wiedzę. Mamy jednak tendencję do twierdzenia, że jak egzamin nie jest wiedzowy, tylko jest bardziej na umiejętności, wnioskowanie, analizę tekstu, to jest nadludzko trudny i robi krzywdę dzieciom. Tak nie jest.
Wobec matury z polskiego pojawia się też zarzut, że zdający nie mogą wypowiadać własnych opinii, nie mogą pisać tego, co uważają. Na egzaminie wiedzowym to dopiero dzieci nie mogą wyrażać własnej opinii, analizować, popisywać się różnymi umiejętnościami. Gdy kilka lat temu wchodziła nowa matura, powtarzano z kolei, że to jest demon w porównaniu z poprzednią, że zasady oceniania są tak skrojone, że nie da się mieć dobrej oceny z wypracowania.
Bo im więcej się napisało, tym bardziej narażało się na większą liczbę błędów i mniej punktów.
- Tak, ale podwyższono liczbę możliwych błędów. Oczywiście wiele zależy od tego, jak sprawdzamy. Ale egzaminatorzy to są ludzie świadomi, myślący, empatyczni, zdający sobie sprawę z tego, że to praca pierwszej redakcji, więc nie czepiamy się wszystkiego. A przynajmniej takie są dążenia Centralnej Komisji, żeby egzaminatorzy byli wyrozumiali w ocenie języka. Na pierwszej stronie zaleceń mamy zresztą napisane, że indywidualne upodobania egzaminatora czy jego własne wyobrażenia o pracy nie mogą znajdować przełożenia w ocenie. Czyli egzaminator nie ocenia tego, co on by napisał, czego zabrakło, tylko to co zostało napisane. Dobrze, żeby uczniowie to wiedzieli.
Wszystkie odpowiedzi merytorycznie poprawne są uznawane, nawet nieprzewidziane w schemacie oceniania. Uczeń może dzielić się swoimi refleksjami, ale one muszą być powiązane z tekstem, bo to też nie jest konkurs twórczości dowolnej. Sprawdzamy umiejętność pisania na temat.
Jak ktoś słyszy, że jesteś egzaminatorem, to jakie są reakcje?
- Niemalże kat. Nawet niektórzy poloniści mówią, że się wpisuje w reżim.
I co im odpowiadasz?
- Że właśnie po to tam pracuję, żeby te zasady, które oni uważają za niesprawiedliwe, były sprawiedliwie aplikowane. Bo wiem, że wiele zależy od egzaminatora. Ostatecznie to on sprawdza, wpisuje swój numer i podpisuje się pod wynikiem. Dlatego zachęcam wszystkich tych, którzy narzekają, uważają, że to jest niesprawiedliwe, niech idą sprawdzać matury i niech próbują działać na korzyść uczniów, niech będą sprawczy.
Jeżeli z kolei chcielibyśmy ograniczyć wpływ egzaminatora, to wtedy popadniemy w inny problem, czyli będzie klucz odpowiedzi. To już było i tego nie chcemy. Musi być dowolność ucznia, a skoro musi być dowolność ucznia, to niestety trzeba się liczyć z tym, że to działa w dwie strony.
Na pewno jest jedna niesprawiedliwość, matura jest nieporównywalna rok do roku. Znam maturzystów, którzy podchodzą trzy lata z rzędu do chemii, bo czekają, aż będzie prostszy arkusz, żeby nabić sobie punktów i dostać się na lepsze studia.
- Rzeczywiście to jest niesprawiedliwe, że w rekrutacji na studia konkurujesz ze wszystkimi, nawet z ludźmi ze starą maturą. Ale to już uczelnie powinny pomyśleć, żeby w jakiś sposób premiować tegorocznych absolwentów. Takiej niesprawiedliwości nie ma np. w egzaminie ósmoklasisty, bo rekrutacja do szkół ponadpodstawowych zamyka się w danym roku, nie można ponownie aplikować do liceum czy technikum za rok.
Wrócę do pytania sprzed dwóch lat, które ci zadałam, kiedy rozmawialiśmy o wprowadzanej wówczas nowej formule egzaminu. Matura powinna być trudniejsza, ona już się stała trudniejsza, czy jest mniej więcej na takim samym poziomie?
- Ona powinna być na myślenie, analizowanie i przetwarzanie wiedzy.
Wtedy mi też powiedziałeś, że oczekiwałbyś tego, podobnie jak inni egzaminatorzy, nauczyciele i uczniowie, że ten, kto się uczył, bez problemu zda maturę, a ten, kto się nie uczył, nie będzie wchodził na salę z pełnym przekonaniem, że ma pozytywny wynik w kieszeni. Czy to się wydarzyło?
- Zaczyna się powoli takie zjawisko, że ten, kto nie umie, boi się. Np. na języku polskim rozdzieliliśmy ocenianie arkuszy. Tzn. egzaminator nie może oceniać testu historyczno-literackiego i wypracowania tego samego maturzysty po to, żeby mu nie naciągnął wyniku, jeśli brakuje mu paru punktów do 30 proc.
Ale ci, co umieją, też się boją.
- Bo to stresująca sytuacja, ale pozytywna. Wracamy tym samym do początku rozmowy. Stres powinien być mobilizujący, a jak tak się nie dzieje, to już powinniśmy podjąć działanie nie naukowe, tylko z samym sobą, bo za chwilę będą studia i tam sytuacja stresowa jest co pół roku w trakcie sesji. Matura jest przepustką do świata nauki, wymaga sumienności, pracy, systematyczności i dlatego klasa maturalna jest zawsze wartościowa, nawet jeżeli jest bardzo trudna.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET