Zastrzelili, bo myśleli, że to dzik. "Zarząd PZŁ powinien być pociągnięty do odpowiedzialności"
Zarzut zabójstwa prokuratura postawiła 50-latkowi, który na Lubelszczyźnie śmiertelnie postrzelił kolegę podczas polowania. Zaledwie trzy miesiące wcześniej, także na Lubelszczyźnie, doszło do podobnej, tragedii z udziałem myśliwych. Eksperci nie mają wątpliwości: potrzebne są poważne zmiany, a odpowiedzialność za to, co się wydarzyło, spada także na zarząd Polskiego Związku Łowieckiego.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaki zarzut postawiła prokuratura myśliwemu Dariuszowi L.?
- Dlaczego zasady bezpieczeństwa na polowaniach są krytykowane?
- Jakie działania można podjąć w celu poprawy bezpieczeństwa na polowaniach?
- Trzeba wprowadzić ścisłe regulacje dotyczące tego, kto w ogóle może polować. PZŁ ewidentnie z tym sobie nie radzi. Nie ma kontroli nad tym, kto poluje, jak poluje, z czym poluje, z jakim skutkiem oraz jakie są konsekwencje polowań - uważa prof. Hanna Mamzer, socjolożka i psycholożka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, a także biegła sądowa z zakresu dobrostanu zwierząt.
Według niej zarząd PZŁ powinien zostać pociągnięty do odpowiedzialności za to, co się działo w ostatnim czasie. Na początek do odpowiedzialności wyjaśniającej. Prokuratura i policja powinny zbadać, co konkretnie zrobił PZŁ, żeby zapobiec takim sytuacjom, żeby eliminować błędy ludzkie. - Jeśli zarząd coś robi i są to działania efektywne i skuteczne, to wspaniale. Jednak sytuacje, o których rozmawiamy, pokazują, że tak nie jest. A skoro nie, to należałoby odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? - stwierdza w rozmowie z RadioZET.pl prof. Mamzer.
Ustalili, że kończą polowanie. Po tym padł śmiertelny strzał
Mowa m.in. o polowaniu z 11 listopada w gminie Milejów na Lubelszczyźnie, podczas którego zginął 68-latek. Z ustaleń prokuratury wynika, że uczestniczyło w nim dwóch myśliwych. Dokonali odpowiedniego zgłoszenia i weszli na ambony oddalone od siebie o około 200 metrów. Jednak przez około cztery godziny żadna zwierzyna się nie pojawiła. Mężczyźni postanowili zakończyć polowanie. Chwilę później padły śmiertelne strzały.
- Pokrzywdzony miał zejść ze swojej ambony, udać się w kierunku ambony Dariusza L. i obaj mieli udać się do samochodów. Gdy pokrzywdzony szedł w kierunku ambony Dariusza L., ten strzelił dwukrotnie ze swojej broni myśliwskiej - informuje prokurator Joanna Dębiec z Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Jedna kula trafiła 68-latka w klatkę piersiową, druga w ramię. Gdy 50-letni Dariusz L. zorientował się, że strzelił do człowieka, wezwał służby ratunkowe. Rannego przewieziono do szpitala w pobliskiej Łęcznej. Jego obrażenia były jednak na tyle poważne, że zmarł.
Dariuszowi L. śledczy postawili zarzut zabójstwa w zamiarze ewentualnym. Kluczowy był fakt, że 50-latek nie upewnił się, że nie strzela do człowieka. Dodatkowo z ambony miał dobrą widoczność oraz celownik termowizyjny i wiedział, że kolega zszedł z ambony. Dariusz L. tłumaczył śledczym, że pomylił go z dzikiem. Mężczyźnie, który oddał śmiertelne strzały, grozi od 10 lat więzienia do dożywocia.
ambona myśliwi polowanie
Śledczy złożyli już wniosek do sądu o tymczasowy trzymiesięczny areszt dla Dariusza L. W piątek (14 listopada) ma odbyć się sekcja zwłok zmarłego myśliwego.
Sławomir A. spędzi kolejne miesiące w areszcie
To kolejna śmierć podczas polowania na Lubelszczyźnie w ostatnim czasie. W nocy z 16 na 17 sierpnia w miejscowości Młyniska (powiat lubartowski) 60-letni mężczyzna, który mieszkał w pobliżu miejsca polowania, zginął z broni 40-letniego myśliwego Sławomira A. To syn właściciela znanych na Lubelszczyźnie Zakładów Mięsnych Dobrosławów.
Zmarły około godz. 23 wyszedł przed dom, a następnie przed ogrodzenie. Czekał na przyjazd dzieci. Gdy stał przy furtce, został trafiony w klatkę piersiową. Mężczyzna zmarł na miejscu.
W tym przypadku strzał także oddano z ambony z broni z lunetą z odległości ok. 150 metrów od domu zmarłego. Prokuratura postawiła myśliwemu zarzut zabójstwa. Mężczyznę umieszczono w tymczasowym areszcie. Przyznał się do oddania strzału, nie był jednak w stanie wytłumaczyć, w jaki sposób pomylił wysokiego, postawnego mężczyznę z dzikiem.
Jak ustaliło RadioZET.pl, w środę (12 listopada) sąd zdecydował, że Sławomir A. spędzi za kratami kolejne trzy miesiące. Śledczy cały czas prowadzą postępowanie, analizowany jest też wątek udziału 12-letniego syna Sławomira A. w polowaniu, którego myśliwi wywieźli z miejsca, gdzie polowali, tuż po postrzeleniu 60-latka. Prokuratura sprawdza m.in., czy to nastolatek mógł oddać śmiertelny strzał. Pomóc ma w tym opinia biegłego z zakresu balistyki. Przypomnijmy, że udział osób poniżej 18. roku życia w polowaniach został zakazany w 2018 roku.
Wracają pytania o badania myśliwych. Kolejna dyskusja w Sejmie
Polski Związek Łowiecki w środę (12 listopada) wydał oświadczenie dotyczące polowania w gminie Milejów. Władze PZŁ zapewniają w nim, że będą współpracowały ze służbami, które mają ustalić przyczyny i okoliczności zdarzenia. "Naszym priorytetem jest wsparcie w rzetelnym ustaleniu przebiegu i przyczyn wypadku oraz wyciągnięcie konsekwencji dyscyplinarnych. Zarząd Okręgowy Polskiego Związku Łowieckiego w Lublinie natychmiast złożył zawiadomienie do Okręgowego Rzecznika Dyscyplinarnego w Lublinie z wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego." - czytamy dalej.
Władze PZŁ zapewniają, że bezpieczeństwo jest dla nich "absolutnym priorytetem" i że jednoznacznie potępiają "wszelkie działania naruszające zasady bezpieczeństwa". Z kolei Marcin Możdżonek, prezes Naczelnej Rady Łowieckiej, przed kamerami TVN24 tłumaczył, że doszło do tragedii, która nie powinna się wydarzyć. Mówił, że wszystko wskazuje na to, iż złamany został regulamin polowań, czyli prawa, które odpowiednio zabezpiecza polowania. I sprawia, że są one w 100 procentach bezpieczne.
Do sprawy na platformie X odniosła się m.in. ministra klimatu Paulina Hennig-Kloska ( Polska 2050). Napisała, że w środę zwróciła się do Łowczego Krajowego "o przedłożenie propozycji zmian prawa, działań prewencyjnych, by takim przypadkom zapobiegać." Dodała też, że w Sejmie odbędzie się kolejna debata nad poselskim projektem ustawy wprowadzającym cykliczne badania dla każdego posiadacza broni. "Tak, każdy kto dysponuje bronią, powinien przechodzić badania okresowe. To jedno z ważnych działań prewencyjnych - podejmijmy w końcu jako politycy tę odpowiedzialną decyzję, by lepiej chronić ludzkie życie!" - napisała Hennig-Kloska.
Blisko 30 śmiertelnych wypadków z udziałem myśliwych
Przypomnijmy, że na początku tego roku projekt ustawy nakazującej obowiązkowe badania lekarskie i psychologiczne dla myśliwych Sejm odrzucił głosami PSL, PiS i Konfederac ji. O wprowadzenie takich przepisów ponownie apelują eksperci i aktywiści. Stowarzyszenie Pracownia na Rzecz Wszystkich Istot przypomina, że w Polsce w latach 2015-2024 doszło do blisko 30 wypadków śmiertelnych z udziałem myśliwych.
- To o 30 śmierci za dużo. Nikt z nas nie chciałby stracić w ten sposób bliskiej osoby. Umieranie od postrzału jest po prostu straszne. Współczuję rodzinom, które straciły w ten sposób bliskich. Myśliwi wskazują, że przyczyną wypadków jest pochopnie podjęta decyzja o strzale, twierdząc, że nie potrzebują okresowych badań. A przecież obowiązkowe badania to nie tylko badania lekarskie, ale także psychologiczne. Czynnikiem, który wpływa na pochopne oddanie strzału, jest temperament czy osobowość, a podczas badań diagnozowana jest np. impulsywność, agresywność, dojrzałość społeczna i emocjonalna - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Iza Kadłucka, psycholożka z Koalicji Niech Żyją.
Stowarzyszenie pod koniec października złożyło skargę na brak obowiązku cyklicznych badań dla użytkowników broni palnej w Polsce. - Zgodnie z unijną dyrektywą "w sprawie kontroli nabywania i posiadania broni" państwa członkowskie muszą zapewnić mechanizmy monitorowania stanu zdrowia i psychologicznej zdolności posiadaczy broni. Polskie prawo krajowe w tym zakresie pozostawia jednak lukę, ponieważ badania okresowe dla myśliwych nie zostały wprowadzone w praktyce - tłumaczy Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot.
Głęboka schizma w PZŁ. Kto obawia się zmian?
Jednak eksperci zwracają uwagę też na inne aspekty. Według prof. Hanny Mamzer nie da się zapewnić bezwzględnego bezpieczeństwa podczas polowań. - Chociażby z tego powodu, że osoby postronne nie mają wglądu w elektroniczną książkę polowań w przypadku tych indywidualnych. Tylko w przypadku zbiorowych jest obowiązek ich szerokiego ogłaszania. Jeśli ktoś idzie z psem do lasu, to zazwyczaj nie ma świadomości, że w pobliżu może odbywać się polowanie z użyciem ostrej amunicji. Nie możemy więc mówić, że są one bezpieczne w 100 proc. - tłumaczy ekspertka.
Przekonuje też, że ma kontakt ze środowiskiem myśliwych, wśród których słuchać wiele głosów oburzenia na to, co obecnie dzieje się w PZŁ. - Tam jest głęboka schizma. Jest duża grupa osób, która chciałaby reform i zmian oraz grupa, której zależy na utrzymaniu statusu quo. Skoro myśliwi mówią o tym otwarcie komuś, kto jest z przeciwnej flanki, to znaczy, że sprawa jest poważna. Czas, żeby PZŁ w końcu coś zrobił, a nie tylko pozorował działania. Trzeba się zabrać za szkolenie, selekcję, badania. Bo skoro wszyscy myśliwi są sprawni i doskonale funkcjonują, to nie powinni się tego obawiać - podsumowuje prof. Mamzer.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET