`

Koszmar Polki w Tajlandii. „Byłam przerażona”. Potrzebna była pilna zbiórka

2 min. czytania
28.05.2026 10:46
Obserwuj nas na Google

Polska turystka została w Tajlandii oskarżona o kradzież towaru, który zakupiła na targu i szantażowana przez miejscowych funkcjonariuszy. Policjanci grozili jej, że spędzi noc w areszcie z mordercami i gwałcicielami. Finalnie jej towarzysze musieli „wykupić" ją z aresztu.

Plaża w Phuket
fot. Paul Brown / Rex Features/EAST NEWS

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak doszło do sprzeczki podczas zakupów na wyspie Phuket.
  • Dlaczego turystka z Polski została oskarżona i zatrzymana przez policję.
  • Co zrobiła grupa, aby pomóc Polce opuścić komisariat.

Tajlandia. Turystka z Polski oszukana

Polka udała się do Tajlandii w liczącej około 50 osób grupie, która pięcioma katamaranami. Wyjazd organizowali doświadczeni żeglarze. Podczas pobytu na wyspie Phuket doszło do sprzeczki w czasie zakupów, kiedy w jednym ze sklepików turystka kupowała pamiątki.

- Najpierw wybrałam mały domek z patyczków, a kiedy sprzedawczyni go pakowała, dobrałam jeszcze z półki maleńki, kilkucentymetrowy koszyczek. Kosztował równowartość 5 zł. Podałam jej go, zapakowała wszystko razem, podała cenę, zachwalając, że daje mi „good price", po czym zapłaciłam i wyszłam - opisuje. Następnie, spacerując po targu, kilkukrotnie minęła ową sprzedawczynię, ale kiedy już opuszczała plac, ta zarzuciła jej, że nie zapłaciła za towar.

- Pokazała nagranie, na którym widać było, jak zdejmuję go z półki, potem drugie, z pustym miejscem po koszyczku. Brakowało fragmentu, na którym podaję go sprzedawczyni i płacę - powiedziała turystka w rozmowie z „Gazetą Wyborczą". Jak dodaje, choć proponowała, że zapłaci za towar raz jeszcze, ostatecznie sprzedawczyni zabrała koszyczek i odeszła.

Redakcja poleca

Dziwny incydent miał ciąg dalszy. Po wymeldowaniu z hotelu, przed odlotem do kraju, w recepcji czekali na nią policjanci, którzy wyjaśnili, że zajmują się kradzieżą na targu. Nie pomogło pokazanie paragonu ani żadne tłumaczenia, Polkę zabrano na komisariat. Towarzyszył jej jeden z członków załogi, który miał pomóc w razie problemów. A te faktycznie wystąpiły.

Szantaż na komisariacie

– Zadzwonili po swojego tłumacza, na miejscu zjawił się młody, elegancki Ormianin, Jurik. Zapewnił, że od lat pomaga turystom i pomoże też mnie. Wyjaśnił, że sprzedawczyni życzy sobie równowartość 10 tys. zł, policja - drugie tyle, a jego honorarium to kolejne 7 tys. W sumie mam natychmiast zapłacić gotówką równowartość 27 tys. zł - wylicza.

Kiedy turystka odpowiedziała, że nie ma takich pieniędzy, zagrożono jej, że spędzi noc w areszcie z mordercami i gwałcicielami. - Policjant powiedział, że to wspólna klatka z gwałcicielami i mordercami i on by tam swojej matki nie wpuścił nawet na kwadrans - relacjonuje w rozmowie z „Gazetą Wyborczą".

Polka była przerażona, bowiem o jej losie miał zdecydować komendant, a funkcjonariusze przedstawili jej wizję, że może czekać ją albo deportacja albo kilkumiesięczne oczekiwanie na proces.

Ambasada nie pomogła

Sytuacja zrobiła się na tyle groźna, że pozostali członkowie wycieczki zrobili zrzutkę i „wykupili” Polkę z aresztu, w czym pośredniczył tłumacz. Próbowano uzyskać pomoc w ambasadzie, ale urzędniczka przekazała tylko suchą informację, by fotografować wszystkie dokumenty.

Źródło: Radio ZET/Gazeta Wyborcza

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET