Ten kraj miał dziewięciu prezydentów w ciągu 10 lat. Kolejna głowa państwa znów wygra o „milimetry”
Peru wciąż liczy głosy po tegorocznych wyborach prezydenckich. I przeżywa swoiste deja vu, bo znów startuje w nich córka byłego dyktatora i ponownie II tura rozstrzyga się niewielką różnicą głosów. Jakie są przyczyny wielopiętrowego kryzysu politycznego tego 35-milionowego państwa w Ameryce Południowej, którym w ciągu 10 lat rządziło już dziewięcioro prezydentów? I dlaczego, mówiąc o polaryzacji w Polsce, powinniśmy spojrzeć właśnie na Peru?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie wyzwania stoją przed nowym prezydentem Peru.
- Dlaczego liczenie głosów w Peru jest tak długotrwałe.
- Co przyczyniło się do niestabilności politycznej w Peru.
- Które czynniki wpływają na polaryzację społeczeństwa peruwiańskiego.
Do czterech razy sztuka. Tak mogłaby powiedzieć Keiko Fujimori. Prawicowa polityczka i córka byłego dyktatora Alberto Fujimoriego trzykrotnie stawała w szranki w wyścigu o fotel prezydenta Peru. Za każdym razem przegrywała w drugiej turze, a w 2016 i 2021 roku różnicą mniejszą niż 0,3 punktu procentowego. Przy takich liczbach można uwierzyć w fatum, zwłaszcza jeśli sondaże cię faworyzują. Nie inaczej było i tym razem – Fujimori wygrała I turę, ale w dogrywce znów zdecydowały „milimetry”. Po zliczeniu protokołów z ponad 99 proc. komisji 51-latka popierana przez prawicowo-konserwatywną Siłę Ludową prowadzi o 0,2 punkta procentowego nad Roberto Sanchezem, reprezentującym lewicowe „Razem dla Peru”, byłym współpracownikiem i ministrem w administracji byłego prezydenta, usuniętego przed czterema laty w drodze impeachmentu Pedro Castillo.
Choć liczenie głosów może potrwać jeszcze do końca miesiąca. Czy w takim razie można już o Keiko mówić jako o prezydentce-elektce, czy jeszcze nie? - Na to jest zdecydowanie za wcześnie. Zanim Narodowa Rada Wyborcza oficjalnie zatwierdzi wyniki, muszą zostać rozpatrzone wszystkie protesty i skargi przed trybunałami wyborczymi. A wiadomo, że takowe złożyli zarówno współpracownicy Sancheza, jak i Fujimori. Sanchez zwracał uwagę na rzekome nieprawidłowości w komisjach w stolicy, czyli Limie, a jego rywalka apelowała ws. głosowań na prowincji. Trudno więc powiedzieć, kiedy to wszystko zostanie uwzględnione – mówi w rozmowie z RadioZET.pl dr Piotr Stelmach z Katedry Studiów Latynoamerykańskich i Porównawczych Uniwersytetu Łódzkiego.
Wybory prezydenckie w Peru. Wciąż trwa liczenie głosów
W liczeniu głosów, a tym bardziej ogłoszeniu zwycięzcy wyborczego wyścigu na pewno nie pomaga fakt, iż różnica między uczestnikami II tury jest minimalna. Choć słowa tego nie oddadzą, więc podeprzyjmy się liczbami: na ten moment Fujimori prowadzi w stosunku 50,10 do 49,90 proc. I nie jest to novum na peruwiańskiej scenie politycznej. Jak pisaliśmy wyżej, w 2016 roku Fujimori przegrała 50,12 do 49,88 proc. z Pedro Pablo Kuczynskim, a pięć lat później 50,13 do 49,87 proc. z Pedro Castillo. Jeśli więc narzekamy na polaryzację i głębokie podziały w polskim społeczeństwie, to pomyślmy o tym, co od dekady przeżywają mieszkańcy zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej.
- Oczywiście, społeczeństwo peruwiańskie jest silnie spolaryzowane, a poszczególni kandydaci reprezentują dość radykalne programy – od skrajnego, wolnorynkowego liberalizmu po pragnienie kontrolowania rynku, ręcznego zarządzania gospodarką i rozbudowane programy socjalne. Natomiast to, że kolejne już wybory rozstrzygnięte zostają tak niewielką różnicą głosów to przede wszystkim wynik niskiego zaufania do polityków i instytucji publicznych. Niemniej jednak staje się to paliwem gniewu dla strony, która przegrywa wybory i wysuwa potem pod adresem przeciwników oskarżenia o fałszerstwa – tłumaczy dr Stelmach.
Zwraca on uwagę na to, że choć w ocenie misji obserwacyjnych OPA [Organizacja Państwa Amerykańskich – red.] i Unii Europejskiej głosowanie przebiegało zasadniczo bez problemów czy nadużyć, to napięć nie udało się uniknąć. Dość powiedzieć, że po pierwszej turze, która miała miejsce w kwietniu, z urzędu zrezygnował przewodniczący Narodowej Rady Wyborczej, co doprowadziło do jeszcze większego chaosu organizacyjnego, a w efekcie wydłużenia całego procesu liczenia głosów, weryfikowania ich oraz rozpatrywania skarg wyborczych. - To wszystko w jeszcze większym stopniu wpływa na obniżenie zaufania obywateli do organów wyborczych, które zostały przecież powołane po to, by ten proces uwiarygadniać, a na razie im się to nie udaje – stwierdza politolog z Uniwersytetu Łódzkiego.
Córka dyktatora bliższa Trumpowi
Ewentualne zwycięstwo Fujimori to przede wszystkim kolejna część prawicowej fali, która od kilku lat idzie przez Amerykę Południową. Zaczęło się od 2023 roku, gdy w Argentynie zwyciężył Javier Millei, w Ekwadorze Daniel Noboa, a w Paragwaju Santiago Pena. Dwa lata później prezydentów z tej strony politycznego spektrum wybrali też Boliwijczycy (Rodrigo Paz) i Chilijczycy (Jose Antonio Kast). W niedzielę czeka nas II tura w Kolumbii, gdzie sondaże większe szanse dają sympatyzującemu z Donaldem Trumpem Abelardo de la Esprielli niż Ivanowi Cepedzie, uznawanym za stronnika obecnego lewicowego prezydenta Gustavo Petro. Mamy więc sześć państw na kontynencie, gdzie rządzi prawica, siódme z dużymi szansami na takie władze i specyficzną na tym tle Wenezuelę. Są również dwa wyjątki Urugwaj (tam prawica miała swojego prezydenta w latach 2020-25, obecnie rządzi lewica) oraz Brazylia, gdzie socjalista Lula da Silva zawalczy jesienią o reelekcję, a na jego najpoważniejszego rywala wyrasta Flavio Bolsonaro – syn kierującego państwem w latach 2019-23 (a odsiadującego wyrok za próbę zamachu stanu) faszyzującego Jaira Bolsonaro.
Czy Fujimori można w takim razie nazwać polityczką proamerykańską i zwolenniczką Trumpa? - Na pewno bliżej jej do polityki obecnego prezydenta USA niż jej oponentowi z wyborów. Sanchez to taki bardziej lewicowy kongresman, który się odwołuje do elektoratu z andyjskiej prowincji. Próbował przedstawiać się jako antyelitarny i proponuje np. bardzo głębokie zmiany konstytucyjne i w zakresie kontroli państwa nad zasobami naturalnymi, a także rewizję polityki wobec sektora wydobywczego. Natomiast Fujimori na pewno będzie starała się działać na rzecz korzystnego klimatu dla inwestorów, zwłaszcza amerykańskich. Czyli podejście ekonomiczne, ale też np. wizja rządów „twardej ręki”, ostra walka z przestępczością – takie postulaty na pewno sytuują ją bliżej Trumpa – tłumaczy dr Stelmach.
Sama Fujimori to zresztą postać znana Peruwiańczykom aż za dobrze, nosząca nazwisko, które wśród wielu obywateli wywołuje przerażanie. Jest bowiem córką Alberto Fujimoriego – prezydenta kraju z lat 1990-2000, określanego mianem dyktatora. Zarzucano mu łamanie praw człowieka (na czele ze zleceniem zabójstw kilkudziesięciu opozycjonistów), kneblowanie wolności mediów, korupcję i autokratyzm. Po tym, jak w 2000 roku uciekł do Japonii (skąd pochodzili jego rodzice), a potem do Chile, ostatecznie w 2007 roku został wydany władzom Peru, a sąd skazał go na 25 lat więzienia, ale w 2023 roku (na rok przed śmiercią) odzyskał wolność. Jego dziedzictwo ciągnęło się jednak za Keiko, która w latach 1994-2000, po rozwodzie rodziców, pełniła rolę pierwszej damy Peru. I która przez lata walczyła o dobre imię ojca, czym zyskała sobie potężny elektorat negatywny i łatkę osoby „niewybieralnej”.
- I ona ten elektorat negatywny w dalszym ciągu ma. Oczywiście, jej atutem jest rozpoznawalność, ale z drugiej strony dziedzictwo fujimoryzmu, czyli autorytaryzm rządów jej ojca z lat 90., naruszenia praw człowieka, działają na jej szkodę. Ona zresztą nawiązuje po trochu do polityki swojego ojca, np. obiecując politykę „twardej ręki” w walce z przestępczością, do tego stabilność makroekonomiczną, czyli stworzenie bardziej przyjaznego klimatu dla inwestorów, zwalnianie z różnego rodzaju opłat, ułatwianie w przejmowaniu ziemi itd. - opisuje ekspert. Przypomina, że za samą Fujimori ciągną się procesy wokół afer korupcyjnych. - Ostatecznie sąd najwyższy wydał zgodę na jej kandydowanie, bo niczego jej tak naprawdę nie udowodniono, ale gdzieś te podejrzenia wciąż się pojawiają – dodaje.
Dziewięciu prezydentów w ciągu dziesięciu lat. Kto następny?
Peru na pewno nie jest synonimem stabilnej demokracji. Dość powiedzieć, że od 2016 roku kraj miał...dziewięciu prezydentów. Większość z nich zrezygnowała bądź została poddana procedurze impeachmentu, a więc usunięcia ze stanowiska, a akurat w peruwiańskim systemie to bardzo silna instytucja, czyniąc parlament ośrodkiem władzy de facto silniejszym niż głowa państwa. Mało tego, niektórzy byli prezydenci – także ci sprzed 2016 roku – albo siedzą w więzieniu, albo mają prokuratorskie zarzuty, w większości dotyczące korupcji, malwersacji finansowych czy nadużycia uprawnień. Ten ostatni to przypadek Pedro Castillo, który po wyborczym tryumfie w 2021 roku wytrwał w fotelu prezydenta zaledwie 1,5 roku. W grudniu 2022 roku usiłował dekretami rozwiązać parlament, więc deputowani zawiązali szeroką koalicję i usunęli go z urzędu. Dziś siedzi za kratami za próbę przeprowadzenia zamachu stanu. Podobnie zresztą, jak jego następczyni Dina Bolouarte, której impeachment odbył się w październiku 2025 roku. Prezydentka poniosła konsekwencje zatajenia części dóbr materialnych w swoim oświadczeniu majątkowym (np. luksusowych zegarków marki Rolex).
Czyli zwycięzca tegorocznych będzie dziesiątym, ale wcale nie może mieć pewności, że wytrwa na stanowisku do końca kadencji, czyli do lipca 2031 roku. - To wszystko wynika przede wszystkim z olbrzymiej polaryzacji, rozdrobnienia partyjnego w peruwiańskim kongresie oraz z wykorzystywania wspomnianej procedury impeachmentu do rozgrywek czysto politycznych. Np. prezydenci stwierdzają, że nie są w stanie rządzić, bo kongres ich ogranicza i chcą sobie zapewnić jak najwięcej uprawnień, na co parlament w oczywisty sposób reaguje uruchomieniem impeachmentu. W tym momencie chodzi głównie o to, żeby odsunąć kogoś od władzy, nawet jeśli nie ma się żadnej alternatywy. Zawsze łatwiej jest zbudować koalicję przeciw komuś – wyjaśnia dr Stelmach. Zdaniem eksperta problemy Peru wynikają również z tego, że kolejni przywódcy zupełnie nie potrafili bądź nie chcieli rozwiązać najbardziej palących problemów społecznych. - Czyli wzrost przestępczości, spadek poziomu życia, ale też np. rozrost tzw. szarej strefy, czyli takiego nieformalnego trybu zatrudnienia w Peru. Szacuje się, że w Peru, przynajmniej na prowincji, w ten sposób na życie zarabia ponad 70 proc. ludności – wylicza.
Przegrany wyprowadzi zwolenników na ulice?
Podsumowując: ktokolwiek zostanie nowym prezydentem (bądź prezydentką) Peru nie będzie miał łatwo i nie może być pewien, że pozostanie na stanowisku przez następnych pięć lat. Ostatnim, któremu się to udało, był rządzący krajem w latach 2011-16 Ollanta Humala (który notabene także przebywa obecnie w więzieniu, odsiadując 15-letni wyrok za pranie brudnych pieniędzy i korupcję związaną z finansowaniem kampanii wyborczych przez brazylijski koncern budowlany Odebrecht). - Z tego punktu widzenia utrzymanie się przy władzy przy rozdrobnionym kongresie, braku samodzielnej, nie mówiąc już o stabilnej, większości i konieczności szukania sojuszników do bieżących spraw, będzie ogromnym wyzwaniem. Wydaje się, że ogłoszenie wyników może wcale nie zakończyć kryzysu politycznego, a jedynie wywołać jego nowy etap. Zwłaszcza, jeśli obóz przegranego kandydata będzie podnosił zarzuty o fałszerstwach wyborczych – ostrzega dr Stelmach.
Ekspert nie wyklucza też sytuacji, w której przegrany może wyprowadzić swoich zwolenników na ulice. - Zaufanie obywateli do instytucji publicznych jest małe, w związku z czym ta niewielka różnica głosów może dać paliwo do mobilizowania własnego elektoratu i kwestionowania wyników wyborów – stwierdza. A jak wówczas zareaguje władza? - Trudno przewidzieć, jak ta sytuacja będzie przebiegała, czy napięcie będzie eskalować, czy władza będzie je łagodzić. Ale w przypadku eskalacji, masowych protestów np. Fujimori, jeśli zostanie prezydentką, nie zawahałaby się wprowadzić stanu wyjątkowego – podsumowuje rozmówca RadioZET.pl.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET