`

Wielka Brytania wróci do UE? „Dziś nikt w Brukseli nie szedłby im na rękę”

7 min. czytania
22.06.2026 16:02
Obserwuj nas na Google

10 lat po referendum ws. opuszczenia Unii Europejskiej i ponad pięć po faktycznym brexicie wracają pytania, czy Wielka Brytania znów mogłaby stać się częścią europejskiej „rodziny”. Ekspertka w rozmowie z RadioZET.pl tłumaczy, dlaczego w najbliższych latach jest to mało prawdopodobne i dlaczego Brytyjczycy mogą czerpać benefity z układanych na nowo relacji z UE bez formalnego członkostwa. 

Wielka Brytania
fot. DANIEL LEAL-OLIVAS/AFP/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego brexit był uważany za błąd przez niektórych Brytyjczyków.
  • Jakie są szanse na ponowne referendum w sprawie powrotu do UE.
  • Co zyskiem, a co ograniczeniem byłby powrót do Unii Europejskiej.
  • Które problemy migracyjne pojawiły się po brexicie.

23 czerwca przypada 10. rocznica referendum ws. wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W 2016 roku prawie 52 proc. głosujących Brytyjczyków zdecydowało, że chcą, by ich kraj opuścił UE, co uruchomiło proces tzw. brexitu. Po kilkuletnich politycznych przepychankach, trudnych negocjacjach z Brukselą (a w międzyczasie dwóch przedterminowych wyborach parlamentarnych) z końcem stycznia 2020 roku Zjednoczone Królestwo ostatecznie przestało być członkiem Wspólnoty, ze wszystkimi tego konsekwencjami. 

Co jakiś czas spekuluje się w – zarówno brytyjskiej, jak i szerzej: europejskiej – debacie publicznej, czy Wielka Brytania mogłaby wrócić do Unii. Pojawia się coraz więcej głosów, że brexit był błędem, a decyzja obywateli nieprzemyślana, oparta na dezinformacji i manipulacji ze strony skrajnej prawicy, przede wszystkim polityków pokroju Nigela Farage’a – wieloletniego europosła, a dziś lidera przodującej w sondażach partii Reform UK. Dość powiedzieć, że w ostatnim czasie badania – chociażby to autorstwa NatCen Social Research - mówią o ok. 20 proc. Brytyjczyków, którzy przyznają, że gdyby do referendum doszło dziś, zagłosowaliby inaczej niż dekadę temu. Czy w takim razie realnym jest, żeby ten niemal 70-milionowy wyspiarski kraj w najbliższych latach zdecydował się powrót do Unii bądź przynajmniej do dyskusji na temat akcesji? O tym w rozmowie z RadioZET.pl mówi Zuzanna Ptaszyńska, doktorantka na Wydziale Nauk Politycznych i Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego. 

10 lat po referendum ws. brexitu. Brytyjczycy wrócą do UE?

- Większość Brytyjczyków chciałaby przynajmniej powtórnego referendum. Mało tego, życzyłaby sobie tego większość mieszkańców UE – przyznaje, podając konkretne dane. Choćby najnowszy raport Europejskiej Rady Stosunków Zagranicznych (ECFR), z którego wynika, że aż 66 proc. obywateli z 13 państw europejskich popiera powrót Wielkiej Brytanii do UE. W przypadku samych Brytyjczyków tendencja również jest większościowa. Według sondażu YouGov za ponownym przyłączeniem się do Wspólnoty jest 55 proc. ankietowanych (przy 34 proc. optujących za obecnym stanem rzeczy). W zestawieniu Ipsos z połowy maja tego roku stosunek zwolenników powrotu do UE i przeciwników tego rozwiązania to 56 do 35 proc. Wzrosty w tej pierwszej grupie to nawet 10 punktów procentowych na przestrzeni ostatnich sześciu lat. Skąd ta zmiana optyki?

Redakcja poleca

- 10 lat temu nikt tak naprawdę nie wiedział, jakie to będzie miało skutki. Łatwo było „ulepić” kampanię za brexitem, czyli tak naprawdę za wyobrażeniem na temat czegoś, czego nikt wcześniej w historii nie doświadczył i nie był w stanie sobie wyobrazić. To był pierwszy i jak na razie jedyny przypadek w historii – tłumaczy Ptaszyńska. Zwraca uwagę, że w przestrzeni medialnej pojawiało się wtedy mnóstwo fake newsów i niezweryfikowanych liczb, np. „jakieś 300 milionów funtów tygodniowo, które budżet państwa magicznie miał zyskać po opuszczeniu UE”. - To była oczywista bzdura, nikt tego nie sprawdzał, a z kolei ci, którzy konstruowali narrację na rzecz pozostania w Unii, posługiwali się jakimiś abstrakcyjnymi danymi, które nikogo nie interesowały. A zwolennicy brexitu mieli praktycznie studnię bez dna, jeśli chodzi o „argumenty” – przyznaje.

Migracja - problem, którego brexit nie rozwiązał

I podaje przykład migracji, która była przecież wymieniana jako jeden z kluczowych czynników motywujących „brexitowców” do głosowania za opuszczeniem Wspólnoty. - Nagle okazuje się, że te nominalne dane są jeszcze wyższe i że wcale żadnej Unii nie potrzeba, by państwo miało ten problem, bo o ile migracja z krajów UE faktycznie spadła, to znacząco wzrosła ta z zupełnie innych regionów, np. z Afryki. I to włącznie z tą nieudokumentowaną – podkreśla politolożka. Jej zdaniem jednak, nawet z nowym premierem [Keir Starmer ogłosił w poniedziałek, że zrezygnuje ze stanowiska szefa rządu, jego następca będzie znany najprawdopodobniej pod koniec sierpnia – red.], ścieżka do ponownej akcesji jest bardzo wyboista, a scenariusz ten mało prawdopodobny do zrealizowana w perspektywie najbliższych kilku lat. - Sądzę, że władze brytyjskie prędzej będą ogłaszać takie sektorowe zbliżenia z Unią – mówi Ptaszyńska.

Oglądaj

W jej ocenie nawet potencjalny przyszły premier Andy Burnham [burmistrz Manchesteru, mający według ekspertów największe szanse na zastąpienie Starmera – red.] nie byłby entuzjastą ponownego referendum. Po pierwsze dlatego, że sam pochodzi z północy Anglii, a to region robotniczy, którego duża część mieszkańców w 2016 roku zagłosowała za brexitem. Ale jest jeszcze drugi kontekst – wysokie poparcie dla Reform UK, która od dłuższego czasu prowadzi w sondażach, a część z nich (także z uwagi na większościową ordynację wyborczą) daje jej nawet samodzielną większość w Izbie Gmin. 

- Ich notowania nie są w próżni. Nawet, jeśli te 30-35 proc. proc., które teraz mają, nie przełoży się na zmianę władzy czy na znaczącą reprezentację w parlamencie, to nadal jest to 30-35 proc. które popiera brexit i idzie za tą konkretną społeczną emocją. Ci ludzie są bardzo istotnym ogniwem w społeczeństwie, wychodzą nawet na ulice, widzieliśmy to zresztą ostatnio przy okazji antyimigranckich demonstracji w Londynie – zaznacza Ptaszyńska. Warto dodać, że mieszkańcy północnych regionów Anglii to historycznie elektorat lewicy, który ok. dekadę temu częściowo zagarnęła eurosceptyczna Partia Konserwatywna, a którą ostatnio przejmuje ugrupowanie Farage’a. Partia Pracy na pewno chciałaby go jednak odzyskać, a radykalna proeuropejskość mogłaby im w tym przeszkodzić. - Reform „uszczknęło” elektoratu z Konserwatystów, ale przede wszystkim z Laburzystów [tak określa się Partię Pracy w UK – red.]. Jeśli doszliby do władzy, to wiadomo, że żadnego referendum nie będzie, ale nawet jeśli nie, a wciąż mieliby wysokie poparcie, to nie można tego po prostu ignorować – dodaje badaczka.

Jak zauważa, na obecnej scenie politycznej na Wyspach nie ma formacji, która wprost deklarowałaby w swoim programie drogę do ponownego członkostwa w UE czy choćby obietnicę przeprowadzenia powtórnego referendum. - Są pojedyncze osoby z Partii Pracy, które mówią, że brexit był błędem, ale na tym się zatrzymują. Nikt nie zapowiada wprost, że chciałby powrotu do UE. I na pewno nikt nie zbuduje na tym całej kampanii wyborczej za trzy lata [wybory parlamentarne powinny się odbyć najpóźniej. Może Zieloni czy Liberalni Demokraci byliby w stanie, ale raczej nie teraz – tłumaczy Ptaszyńska. 

Bruksela przyjmie Wlk. Brytanię z powrotem?

A jak to wygląda ze strony Brukseli? W końcu sytuacja z ewentualnej powrotem do „matki-Europy” byłaby bezprecedensowa, a specjalnego trybu dla państw, które wyszły z niej i chcą po latach ponownie stać się pełnoprawnym członkiem po prostu nie ma. - Mamy art. 49 Traktatu o Unii Europejskiej i tu nie ma żadnej taryfy ulgowej. Wielka Brytalnia w tym sensie traktowana byłaby jak inne państwa, które aplikują do UE, czyli np. Bośnia i Hercegowina, Albania czy Ukraina. Musiałaby najzwyczajniej w świecie rozpocząć negocjacje akcesyjne – przypomina politolożka z UW. Ale zaraz dodaje, że Wyspiarze i tak mieliby lepszą pozycję niż wymienione wyżej kraje. - Kilkadziesiąt lat, najpierw we wspólnotach gospodarczych, a potem w Unii Europejskiej, przekształciło porządek prawny i kulturę polityczną Zjednoczonego Królestwa na tyle, że jeśli chodzi o kryteria dotyczące np. rządów prawa, to raczej nic się przez ostatnie sześć lat w brytyjskim prawodawstwie nie zmieniło. Ich system prawny jest w dużej mierze dostosowany do wymogów unijnych. A jeśli jakieś przepisy zdawały egzamin, np. te odnoszące się do relacji handlowych, to Brytyjczycy nie zamierzali ich na siłę zmieniać. Jak się spojrzy na porozumienia o partnerstwie gospodarczym, które Londyn wynegocjował z Australią czy Japonią, to jest to tak naprawdę „kopiuj-wklej” umów, które z tymi krajami zawiera Unia – wyjaśnia. 

Są jednak pewne ograniczenia, które sprawiałyby, że Wielka Brytania nie miałaby podstaw liczyć na preferencyjne warunki, jakie miała w czasach, gdy należała do UE. Chodzi o tzw. opt-outy, czyli mechanizmy, pozwalające danemu państwu członkowskiemu na odstąpienie od udziału w konkretnych obszarach polityki lub integracji. - Lata temu udało im się np. zagwarantować sobie, razem z Danią, że nie będą musieli przyjmować euro, że nie przystąpią do wspólnej polityki fiskalnej, że nie przystąpią do strefy Schengen, że będą podlegali rozmaitymi klauzulom wyłączenia z poziomu realizacji polityki sprawiedliwości - wymienia Ptaszyńska, przypominając, że były to rozwiązania, które pozycjonowały Zjednoczone Królestwo jako „preferencyjnego członka, który jest na tyle dużą gospodarką i na tyle ważnym politycznym partnerem, że inne państwa szły na ustępstwa”. - Dziś nie udałoby im się już tego wynegocjować, zwłaszcza, że mówimy o czasach, gdy Unia miała jednak dużo mniej członków niż obecnie. Dziś już nikt by im nie szedł na rękę  – komentuje. To każe się więc zastanowić, czy Brytyjczycy rzeczywiście mają świadomość konsekwencji, z jakimi wiązałoby się ponowne wejście na ścieżkę akcesyjną. - Jak się nagle okaże, że musieliby płacić kilka miliardów funtów więcej do budżetu unijnego niż płacili przed brexitem, to może z ich perspektywy to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli Wielka Brytania ponownie wylądowałaby w UE, to byłaby traktowana jak inni, bez żadnych większych benefitów. To może ludzi odstraszać – dodaje. 

Bardziej prawdopodobnym staje się więc funkcjonowanie w bliskich relacjach z Brukselą, przynajmniej częściowy dostęp do jednolitego rynku oraz wspomniane już sektorowe porozumienia, nawet tak „błahe”, jak powrót do kontynentalnego programu wymiany studenckiej „Erasmus”. - To wszystko plus ewolucja nastrojów społecznych czy politycznych mogą zaowocować ponownym referendum, ale raczej w perspektywie 10-15 lat niż 2-3. Zresztą, nie zapominajmy, że na przyjęcie nowego członka zgodę muszą wyrazić wszystkie państwa UE. A niektóre – jak Francja czy Irlandia – mogą sobie zorganizować własne referendum w tej sprawie. Wystarczy jeden kraj blokujący, a nie wiemy, co się będzie działo za 5, 7 czy 10 lat – podsumowuje rozmówczyni RadioZET.pl. 

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET