560 złotych za kurs w Warszawie. "Pasażerka nie wierzyła własnym oczom"
Oburzająca historia z Warszawy. Chciwy taksówkarz, a ściślej mówiąc: mężczyzna przewożący osoby, który nie był zatrudniony przez żadną korporację taksówkarską, za kurs z Dworca Centralnego do Hali Wola zażądał od Ukrainki 560 złotych, a patrząc na mapę to tylko 8,5 kilometra. Załamana kobieta zapłaciła, jednak sprawa trafiła na policję.
Ukrainka wsiadając do auta na Dworcu Centralnym w Warszawie nie spodziewała się, że kierowca zażąda od niej 560 złotych, czyli tyle, ile na Ukrainie niekiedy wynosi pensja za miesiąc pracy.
Astronomiczny rachunek za kurs
Pasażerka, nie kryjąc zaskoczenia, zapłaciła kierowcy 200 złotych i 50 dolarów (ok. 180 złotych). Wcześniej doszło do kłótni z kierowcą, bowiem kobieta była pewna, że taksówkarz chce ją zwyczajnie naciągnąć. Sprawą zajęli się policjanci.
Interweniowała policja
Okazało się jednak, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem. – Policjanci postanowili skontrolować kierowcę. Okazało się, że zarówno kierowca, jak i samochód spełniają wszystkie wymogi prawne dotyczące przewozu osób. Za przednią szybą znajdował się cennik, kierowca wystawił też paragon fiskalny – komentuje Tomasz Oleszczuk z Zespołu Prasowego Komendy Stołecznej Policji w rozmowie z portalem WarszawaWpigulce.pl.
Ostrzeżenie dla innych
Ta historia to kolejny argument dla zwolenników Ubera i ostrzeżenie, żeby w takich miejscach, jak dworce czy lotniska, zawsze patrzeć na cennik usług przewozowych.
Rusza w Polsce UberHelikopter. Loty nad miastem za jedyne 20 złotychRadioZET.plWarszawaWpigule.pl/strz
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET