Marokańczyk w areszcie. Miał zaatakować nożem kobietę, która skradła mu telefon. Są sprzeczne wersje wydarzeń

Mikołaj Pietraszewski
20.08.2018 18:30
Policja
fot. Policja

Trzy miesiące spędzi w areszcie Marokańczyk podejrzany o zadanie kilku ciosów nożem kobiecie, która ukradła mu telefon. Prokuratura potwierdza jednak, że istnieją dwie, sprzeczne ze sobą, wersje wydarzeń.

O sprawie pisze poznańska "Gazeta Wyborcza", do której zgłosił się pracodawca zatrzymanego.

Pracodawca broni Marokańczyka

Jak twierdzi, jego pracownik był sumienny, znał jeżyki obce i nie było wobec niego żadnych zastrzeżeń. Feralnego dnia spotkali się w czasie wolnym i spożywali alkohol. Marokańczyk miał wrócić do swojego mieszkania na ul. Dąbrowskiego - do przejścia miał kilkaset metrów. Ostatecznie jednak do niego nie dotarł.

Zobacz także

- Powiedzieli, że mój pracownik znalazł się w złym miejscu w złym czasie. Od policjantów dowiedziałem się też, że został napadnięty, zabrano mu telefon, ale się bronił. W czwartek odebrałem telefon z sądu z informacją, że mojego pracownika aresztowano - mówi w rozmowie z "GW".

Pracodawca Marokańczyka potwierdza, że jego podwładny zwykł nosić przy sobie nóż, a to dlatego, że w przeszłości dwukrotnie został zaatakowany z powodu swojego koloru skóry.

Co mówi prokuratura?

W rozmowie z "Wyborczą", Magdalena Machyńska z Prokuratury Rejonowej Poznań-Grunwald potwierdza, że doszło do zatrzymania oraz aresztowania Marokańczyka (oraz to, że był wówczas pod wpływem alkoholu). Z jej informacji wynika jednak, że nie padł on ofiarą napadu, co powoduje, że istnieją przynajmniej dwie, sprzeczne ze sobą, wersje wydarzeń.

Zobacz także

- Z naszych ustaleń wynika, że Marokańczyk poprosił stojącą na ulicy kobietę, by zadzwoniła z jego telefonu po taksówkę. Kobieta zabrała jednak telefon i zaczęła uciekać. Razem z nią był inny mężczyzna. Marokańczyk dogonił kobietę w pobliżu strzeżonego parkingu przy ul. Kraszewskiego. Kilka razy uderzył ją nożem w okolicę klatki piersiowej i nogę - mówi pani prokurator.

- To nie były rany cięte, które mogłyby powstać przy wymachiwaniu nożem. To były głębokie rany. Mężczyzna towarzyszący kobiecie nie odniósł żadnych obrażeń - dodaje.

Zarzuty mogą być poważniejsze

Mężczyzna usłyszał już zarzuty spowodowania obrażeń ciała i narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Zarzuty mogą być jednak poważniejsze, ale to wszystko zależy od stanu zdrowia kobiety oraz opinii ekspertów medycyny sądowej. Wiadomo, że wyszła ze szpitala na własną prośbę, ale potem do niego wróciła z powodu pogorszenia się jej stanu zdrowia.

Zobacz także

Machyńska potwierdza, że mężczyzna utrzymuje, iż był znieważany na tle rasowym ale zastrzega, że może to być jego linia obrony. Przekonuje też, że w przypadku kradzieży telefonu (wartego 300 zł, a więc kobieta będzie odpowiadać za wykroczenia) nie zachodzi uprawniona możliwość obrony koniecznej.

- Po co miałby wzywać taksówkę, skoro był kilkaset metrów od domu? Rozumiem też powody, dla których tak bronił tego telefonu. Ma w nim zdjęcia swojego małego synka, z którym od dawna miał utrudniony kontakt. Jego była żona kilka dni wcześniej zabrała dziecko i wyjechała z nim do Niemiec -komentuje w rozmowie z "GW" przełożony zatrzymanego.

RadioZET.pl/poznan.wyborcza.pl/MP