Ostra rozgrywka o ceny paliw. Ekspert o propozycji prezydenta: „To niebezpieczne”
Ceny paliw od miesięcy są jednym z najważniejszych tematów gospodarczych. Rząd chce sfinansować kolejny program obniżek podatkiem od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych, ale prezydent przedstawił własny projekt i zapowiada, że jest gotów przyjąć go w godzinę. Problem w tym, że prezydencka propozycja nie jest bez wad. Zdaniem eksperta prof. Jacka Tomkiewicza z Rady Fiskalnej przewidziane w niej mechanizmy mogą być niebezpieczne.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Co ekspert Rady Fiskalnej proponuje zamiast kolejnych dopłat do paliw.
- Dlaczego ograniczenie marż koncernów może wpłynąć na dostępność diesla.
- Jak zmiany cen hurtowych Orlenu mogą przełożyć się na ceny na stacjach.
- Na czym polega spór rządu i prezydenta o sposób obniżenia cen paliw.
NA CPN nie ma miejsca, trzeba działać inaczej
Dla milionów kierowców rachunek przy dystrybutorze jest dziś jednym z najbardziej odczuwalnych kosztów codziennego życia. Po zakończeniu programu „Ceny Paliwa Niżej” ceny na stacjach ponownie wzrosły, a pod koniec września średnia cena Pb95 oscyluje wokół 7,9 zł za litr, a oleju napędowego – blisko 8,8 zł. Rząd ponownie przyjął projekt podatku od nadzwyczajnych zysków firm zajmujących się produkcją i sprzedażą paliw, tzw. windfall tax, z którego chce finansować działania osłonowe. Sejm ponownie uchwalił ustawę, a teraz zajmuje się nią Senat.
Prezydent wcześniej nie podpisał podobnych przepisów, a obecnie przedstawił własny projekt pod nazwą „Paliwo Kosztuje Normalnie”. Zakłada on m.in. czasowe zwolnienie sprzedaży detalicznej paliw z podatku od sprzedaży detalicznej, możliwość elastycznego obniżania akcyzy oraz ustawowe ograniczenie marż rafineryjnych, importowych i hurtowych.
W rozmowie z portalem Money.pl ekspert Rady Fiskalnej, prof. Jacek Tomkiewicz przekonuje, że utrzymywanie kolejnych programów obniżających ceny paliw może być dla państwa kosztowne, bo zaplanowany budżet jest już mocno napięty i uwzględnia w dochodach nawet zmiany podatkowe, które jeszcze nie weszły w życie. Zdaniem Tomkiewicza Polska powinna iść w zupełnie inną stronę. – Nie stać nas na takie propozycje jak kolejna odsłona programu "CPN" – ocenia ekspert. A co w zamian? Oszczędzanie paliwa.
– Brakuje mi dyskusji wprost o tym, jak ograniczać wykorzystanie paliw. W niektórych państwach azjatyckich są już takie zalecenia, by np. częściej pracować z domu. Jest szereg takich działań, które można podjąć. Nie twierdzę, że musimy z dnia na dzień sięgać po wszystkie tego typu rozwiązania, ale brakuje mi rozmowy na ten temat – mówi portalowi Money.pl prof. Tomkiewicz.
Ekspert wskazuje także na inne aspekty, które pokazują, że korzyści z programów dopłat do paliw są ograniczone. Z jednej strony koszt jest wysoki, a z drugiej: jego efekt redystrybucyjny pozostaje dyskusyjny. Jak tłumaczy, największą korzyść z obniżek cen paliw odnoszą kierowcy, którzy najwięcej jeżdżą, a więc także najwięcej tankują. Jednocześnie osoby korzystające z komunikacji miejskiej nie otrzymują w ramach takiego rozwiązania analogicznego wsparcia. Zdaniem rozmówcy money.pl w przyszłości mogą się one dodatkowo mierzyć z wyższymi cenami biletów.
Ani rządowy projekt, ani prezydencki
Prof. Jacek Tomkiewicz nie jest przekonany zarówno do rządowego projektu, jak i propozycji prezydenta. Jak wskazuje, oba niosą za sobą koszty, które będą długotrwałe. Z obu też może być trudno się wycofać. Ekonomista zwraca uwagę, że rozwiązania przewidziane w prezydenckim projekcie mogą wywołać mocno nieprzewidywalne efekty. Chodzi o ustawowe ograniczenie marż, które może wpłynąć na zyski koncernów paliwowych, a w konsekwencji – także na wpływy z CIT. Jeszcze większe znaczenie ma jednak reakcja samego rynku.
– Osobną sprawą pozostaje to, jak na takie zmiany zareaguje rynek i czy urzędowe ograniczenie marż nie doprowadzi do ograniczenia podaży paliw. Takie „ręczne sterowanie” branżą jest niebezpieczne, bo jeśli cena produktu spadnie poniżej poziomu opłacalności, to taki produkt będzie po prostu trudniej dostępny – mówi członek Rady Fiskalnej – mówił prof. Tomkiewicz w rozmowie z Money.pl.
To ryzyko wskazuje również sam Orlen. Koncern argumentuje, że Polska część zapotrzebowania na paliwa pokrywa importem, a sztuczne obniżenie ceny poniżej poziomu rynkowego mogłoby sprawić, że sprowadzanie diesla przestanie być opłacalne. W takim scenariuszu niższa cena nie musiałaby oznaczać większej dostępności paliwa.
Ropa tanieje, Orlen obniża ceny w hurcie. Co dalej z cenami na stacjach?
Na sytuację kierowców wpływa jednak nie tylko krajowy spór o podatki i marże. Rynek paliw pozostaje pod presją wydarzeń na świecie, w tym problemów z dostawami ropy z Bliskiego Wschodu. Orlen informował o zakupie dodatkowych ładunków ropy z innych kierunków, aby zabezpieczyć pracę swoich rafinerii po zakłóceniach dostaw z Arabii Saudyjskiej.
W ostatnich dniach pojawił się jednak sygnał w drugą stronę. 23 września Orlen obniżył hurtową cenę Pb95 o 4,6 gr za litr, a Ekodiesla o 9,3 gr. Według danych e-petrol cena hurtowa Pb95 wynosi obecnie 6237 zł za tysiąc litrów, a oleju napędowego 7347 zł. Niestety nie należy jednak spodziewać się szybkich obniżek. O tym, że koncerny przy wzrostach szybko podnoszą ceny, nawet kilkukrotnie w trakcie jednego dnia, a kiedy powinni obniżać – obniżki są wstrzymywane, mówił w lipcu Miłosz Motyka. Szef resortu energii podkreślał, że być może w tym zakresie konieczne będą nowe regulacje.
Miłosz Motyka o prezydenckiej blokadzie
Spór o sposób obniżenia cen paliw na razie się nie kończy. Strona prezydencka już wcześniej sygnalizowała, że kolejna wersja rządowej ustawy spotka się z takim samym sprzeciwem jak poprzednia. W ocenie Kancelarii Prezydenta w nowym projekcie nadal pozostają zasadnicze zastrzeżenia konstytucyjne, a sam projekt jest oparty na rozwiązaniu, które wcześniej zostało skierowane przez Karola Nawrockiego do Trybunału Konstytucyjnego.
Prezydent przekonuje jednocześnie, że tańsze paliwo można osiągnąć po prostu pochylając się nad jego propozycjami. W najnowszej wypowiedzi wprost z USA zadeklarował, że jeśli propozycja Pałacu Prezydenckiego zostanie zaakceptowana przez parlament, jest gotowy podpisać ją „w ciągu godziny”. Takie podejście ocenił już Miłosz Motyka, podkreślając, że brak podpisu prezydenta dla ustawy oznacza jego odpowiedzialność za wysokie ceny na stacjach.
– Jeżeli pan prezydent tej ustawy nie podpisze, to weźmie na siebie odpowiedzialność za wysokie ceny. Tu sprawa jest jednoznaczna. Albo będzie źródło finansowania i niższe ceny na stacjach, albo będziemy mieli dalej pewne uzależnienie od sytuacji międzynarodowej, które powoduje wysokie ceny – ocenił Motyka w wypowiedzi dla PAP. Minister podkreśla, że taka propozycja już była.
– To jest projekt o braku paliw. Po pierwsze propozycja pana prezydenta wychodzi politycznie naprzeciw propozycji rządowej, a nie merytorycznie. Po drugie, jest propozycją, która już w Polsce kiedyś była wdrażana strategicznie przez Orlen zarządzany przez Daniela Obajtka i skończyła się brakiem paliwa na stacjach przez tygodnie – powiedział Motyka.
Źródło: Radio ZET/Money.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET