Dyrygentka Marzena Diakun: My nie mamy ani kija ani marchewki. To ciężki zawód
- Kiedy zaczynałam 20 lat temu, kobieta w tym zawodzie była niespotykana. W większości dyrygowałam orkiestrami, które pierwszy raz miały na podium kobietę. Teraz następuje odwrót, bo kobiet jest coraz więcej – mówi Gość Radia ZET Marzena Diakun, polska dyrygentka, która została właśnie dyrektorką artystyczną Orkiestry Symfonicznej Miasta Madryt.
Diakun tłumaczy w rozmowie z Beatą Lubecką, że konkurs na to stanowisko był kilkuetapowy, a finalnie były to rozmowy przed gremium, w którego skład wchodził m.in. tamtejszy minister kultury. - Koncertów nie będę mieć zbyt wiele, to orkiestra, która gra dużo projektów operowych, baletowych. Ja będę zarządzać muzyką stricte symfoniczną – zapowiada dyrygentka.
"To zarządzanie wielką firmą"
- Dyrygentura to dosyć ciężki zawód, który wiąże się z dużą odpowiedzialnością. To zarządzanie wielką firmą – mówi Marzena Diakun. - My nie mamy ani kija ani marchewki. To muzycy muszą dla nas zagrać i dać nam 100 proc. ze swojej dobrej woli. My musimy znaleźć sposób na wyciągnięcie od nich tego, co jest najlepsze – dodaje. Diakun śmieje się, że dobry dyrygent jest jak wino – im starszy tym lepszy.
Pytana przez Beatę Lubecką o to, skąd wzięła się miłość do batuty, odpowiada, że jej dom zawsze był pełen muzyki symfonicznej. - To mnie bardzo przyciągało, ten dźwięk muzyki granej przez całą orkiestrę. Moją pierwszą batutę wystrugał mój brat – mówi Marzena Diakun. Podkreśla, że jej marzeniem dzieciństwa było to, żeby zostać dyrygentką. - Trochę jak dziewczynki marzą, żeby być księżniczkami a chłopcy strażakami albo policjantami – dodaje Gość Radia ZET.
"Dzięki epidemii mogłam wziąć oddech"
- Nie powiem, że się bardzo cieszę, że wybuchał epidemia, ale 5 miesięcy to był dla mnie jeden z piękniejszych okresów w moim życiu, kiedy mogłam wziąć oddech – mówi dyrygentka Marzena Diakun w internetowej części programu „Gość Radia ZET”. - Żadnych lotów, lotnisk, przesiadek. Wcześniejsze lata były bez wakacji – dodaje. Dopytywana przez Beatę Lubecką o przetrwanie w dobie pandemii, dyrygentka odpowiada, że „ktoś, kto pracuje na umowach o dzieło, pozostaje zupełnie na lodzie, bez żadnej opieki”. - Inaczej jest to rozwiązane we Francji. Są zrzeszeni odgórnie w stowarzyszeniu muzyków, które pomaga – komentuje.
- Dyrygowanie to duży wysiłek fizyczny, ale też mentalny. Może chirurdzy podczas operacji muszą mieć ten sam rodzaj skupienia, kiedy na chwilę mogą odłożyć skalpel i wziąć oddech. My nie możemy – opowiada Diakun. - Nie mam słuchu absolutnego. Czasami żartujemy sobie, że słuch absolutny może przeszkadzać, jak jest się w gorszej orkiestrze – zdradza dyrygentka.
Diakun: Robię to 3 sekundy a wydaje mi się, że 20 minut
Gość Radia ZET opowiada, że jedną z podstawowych cech w zawodzie dyrygenta jest wyobraźnia muzyczna. - Musimy mieć pełnię wyobrażenia, jaki to rodzaj dźwięku, jeśli chodzi o barwę, kolor, rodzaj ataku dźwięku – mówi Marzena Diakun. Stres? - Żeby wejść na scenę, powiedzieć dzień dobry, popatrzeć prawie wszystkim w oczy, bardzo wolno zdjąć zegarek z ręki – to mnie uspokaja i daje zupełnie inne poczucie czasu. Mam wrażenie, że robię to 20 minut a to 3 sekundy – opisuje w rozmowie z Beatą Lubecką.
RADIOZET/MA
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET