`

Ta armia może stanowić klucz do pokoju w Ukrainie. "Zmuszą Kreml do większej kalkulacji"

5 min. czytania
12.03.2025 13:49
Obserwuj nas na Google

Czy żołnierze z Turcji, drugiej armii NATO, będą stacjonować w Ukrainie? - Z punktu widzenia Ukrainy najważniejsze może być, że Turcy są jednym z niewielu partnerów, którzy potrafią rozmawiać nie tylko z sojusznikami z NATO, ale też negocjować z Putinem – mówi w rozmowie z RadioZET.pl Adam Michalski, starszy specjalista ds. Turcji w Ośrodku Studiów Wschodnich. Dodaje, że również dla Ankary obecność przy negocjacyjnym stole w trakcie rozmów pokojowych jest bardzo ważna.

Turcja weźmie udział w misji pokojowej w Ukrainie?
fot. HANDOUT/AFP/East News
  • Premier Donald Tusk udał się z wizytą do Ankary
  • Wcześniej Turcja wyraziła gotowość do wzięcia udział w ew. misji pokojowej w Ukrainie
  • Turcja to druga armia NATO, a jej udział w misji byłby bardzo cenny

Turcja weźmie udział w misji pokojowej w Ukrainie?

Kiedy europejscy przywódcy, zaniepokojeni działaniem administracji Donalda Trumpa, zaczęli snuć wizję większego wsparcia dla Ukrainy, pojawiły się pomysły obecności żołnierzy ze Starego Kontynentu za naszą wschodnią granicą. Dość szybko zaczęto także spoglądać w stronę Turcji, która dysponuje drugą armią w NATO. Rząd w Ankarze, który do tej pory pełnił w pewien sposób funkcję łącznika, między państwami zachodnimi a Rosją, wstępnie zasugerował możliwość wysłania swoich żołnierzy w ramach misji pokojowej. Co wpłynęło na decyzję Turków?

- Administracja Trumpa, przynajmniej z perspektywy Ankary, dokonuje rewizjonizmu, jeśli chodzi o układ bezpieczeństwa i format, w jakim NATO przez dłuższy czas funkcjonowało. Według niej teraz to Europa będzie musiała wziąć na siebie większą odpowiedzialność, jeśli chodzi o obronę Ukrainy i zagwarantowanie pokoju w dłuższej perspektywie. Wiadomo już, że Waszyngton nie będzie chciał być głównym sponsorem porozumienia i zabezpieczenia bezpieczeństwa dla Ukrainy, a to oznacza, że Europa musi zacząć mocniej współpracować w swoim gronie i polegać na sobie bardziej niż na USA – mówi w rozmowie z RadioZET.pl Adam Michalski z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW).

- Problem polega na tym, że Turcja w tej sytuacji musi zmienić sposób swojego funkcjonowania. Teraz jest zmuszona koordynować swoje działania z takimi stolicami jak Paryż, Londyn czy Warszawa, na co wskazuje wizyta Donalda Tuska w Ankarze. Turcja musi się w tym odnaleźć. Z jej perspektywy problem polega na tym, że zawsze chciała odgrywać pierwsze skrzypce jeśli chodzi o mediacje w tym konflikcie. To było możliwe, dopóki mieliśmy wyraźny podział na dwa bloki Zachód – Rosja, a Turcja to było takie państwo środka. Teraz jednak, kiedy Amerykanie przychylają się do oferty rosyjskiej ws. sposobu zakończenia wojny, coraz rzadziej patrzy się w kierunku Turcji, jako tego potencjalnego mediatora. Ankara widzi, że zdecydowanie więcej dzieje się, ws. rozmów pokojowych, na salonach w Paryżu czy w innych krajach UE - zauważa Michalski.

- I jeśli Turcja chce być częścią jakiegokolwiek procesu pokojowego, nie może już czekać, aż ktoś przyjedzie do Ankary z prośbą o mediację, bo tak się prawdopodobnie nie stanie, tylko sama wychodzić z jakimiś inicjatywami. Stąd wzięła się propozycja turecka, aby na Ukrainę, w ramach misji pokojowej, wysłać swoje wojsko. Turcy sygnalizują, że chcą zrobić więcej niż dotychczas, aby nie zostać wykluczonym z rozmów pokojowych, bo to byłoby bolesne dla Ankary, choćby dlatego, że Turcja ma swoje własne interesy, jeśli chodzi o zakończenie wojny w Ukrainie – dodaje ekspert.

Redakcja poleca

Jakie to dokładnie interesy? Jak tłumaczy Adam Michalski, chodzi przede wszystkim o rosyjską obecność na Morzu Czarnym. Dopóki trwa wojna, art. 19 Konwencji z Montreux nie pozwala Rosjanom uzupełnić ubytków we Flocie Czarnomorskiej o okręty z innych flot. Pierwszy dzień pokoju będzie oznaczał, że Rosjanie zapewne będą mogli nie tylko uzupełnić, ale i zwiększyć swoją obecność na tym akwenie, co dla Turcji jest niebezpieczne, bo przechyliłoby to dotychczasowy układ sił na korzyść Moskwy. Dlatego, w czasie rozmów pokojowych, dla Ankary ważnym elementem będzie uregulowanie rosyjskiej obecności na Morzu Czarnym, tak, by ten akwen nie stał się kolejną areną rywalizacji Rosji z Zachodem. Stąd Turkom zależy, by aktywnie uczestniczyć przy negocjacyjnym stole i przedstawić swoje argumenty.

Ukraina skorzystałaby na obecności wojsk tureckich

Ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich jest jednak przekonany, że Ukraina skorzystałaby na tureckiej obecności. - Turcja jest przede wszystkim sojusznikiem Ukrainy – politycznym i militarnym. To dzięki wsparciu Turcji Ukraińcy mieli możliwość odparcia Rosjan w pierwszych dniach wojny, poprzez chociażby słynne już Bayraktary. Ta współpraca cały czas jest kontynuowana, dla Turcji Ukraina pozostaje ważnym partnerem gospodarczym i sojusznikiem na Morzu Czarnym – mówi Adam Michalski w rozmowie z RadioZET.pl.

- Moim zdaniem jednak z punktu widzenia Ukrainy najważniejsze jest, że Turcy są jednym z niewielu partnerów, którzy potrafią rozmawiać nie tylko z sojusznikami z NATO, ale też negocjować z Putinem. I warto mieć Turcję u siebie, czy to w ramach misji pokojowej, czy jakiejś innej formy współpracy, po to, by mieć państwo, z którym Rosja musi prowadzić zrównoważone relacje. Jeśli na granicy ukraińsko-rosyjskiej będą tureccy żołnierze, to Kreml będzie zmuszony do większej kalkulacji w momentach jakiegoś zaostrzenia konfliktu. Turecki "hard power” względem Rosji i ich relacje z Kremlem powodują, że żołnierze z tego kraju raczej nie byliby pierwszym celem ataku, aby nie psuć relacji turecko-rosyjskich. W mojej opinii Turcy nie do końca są też chętni, by brać udział w misjach pokojowych, ale zostali do tego poniekąd zmuszeni, ponieważ albo wystawią na stół jakąś ofertę, albo zostaną w tych rozmowach pokojowych zmarginalizowani. Należy jednak pamiętać, że to nie jest ruch antyrosyjski ani do końca proukraiński. Turcy po prostu muszą mieć możliwość przedstawienia swoich interesów, a to wymusza na nich wystosowanie dodatkowej oferty np. w postaci obecności militarnej w ramach misji pokojowej – dodaje.

- Turcy najlepiej chcieliby dostać mandat ONZ w tym celu, żeby pod żadnym pozorem nie wysyłać Rosji negatywnych komunikatów. Będą tam tylko w ramach misji pokojowej. Z drugiej strony dostrzegam też, że ze wszystkich graczy zachodnich, dla Rosji obecność Turków byłaby najlepsza, bo z nimi mają wypracowane kanały dialogu. I w sytuacjach kryzysowych Putin mógłby zadzwonić do Erdogana i deeskalować sytuację. Dzięki temu i Turcy mogliby odgrywać większą rolę mediacyjną w czasie pokoju, bo nie łudźmy się, konflikt w Ukrainie nie zniknie, on nadal będzie trwał. Dlatego rola Ankary, jako mediatora mającego z jednej strony dobry kontakt z państwami Zachodu, wspierającego Kijów, a z drugiej potrafiącego utrzymywać robocze relacje z Kremlem, to duży atut Turcji – podsumował Adam Michalski.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET