`

Wyborców PiS żadne afery z udziałem Karola Nawrockiego nie obchodziły. Dlaczego?

5 min. czytania
02.06.2025 11:39
Obserwuj nas na Google

Zdziwieni porażką Rafała Trzaskowskiego mogą być tylko rządzący, część dziennikarzy i politycznych komentatorów. Tak kończy się prowadzenie polityki z perspektywy Warszawy i innych dużych miast. Gdy wszyscy (oczywiście słusznie) oburzali się aferami z udziałem Karola Nawrockiego, wyborcy prawicy sumiennie poszli na niego głosować.

Karol Nawrocki wygrał wybory prezydenckie
fot. ANDRZEJ IWANCZUK/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Dlaczego wyborcy PiS zignorowali afery z udziałem Karola Nawrockiego?
  • Co przyczyniło się do zwycięstwa kandydata PiS?
  • Jakie błędy w kampanii popełnił sztab Rafała Trzaskowskiego?

Takiej kampanii i takich wyborów prezydenckich jeszcze w Polsce nie było. Zamiast wymiany argumentów i spierania się o program, było wyciąganie brudów z przeszłości. Głównie w przypadku prezydenta-elekta Karola Nawrockiego. Powiązania z trójmiejskim półświatkiem, przejęcie kawalerki starszego mężczyzny, udział w kibolskich ustawkach, branie snusa (lub czegoś innego) podczas debaty i zarzuty o stręczycielstwo w sopockim Grand Hotelu to nie wszystko. Nawrocki wynajmował apartament deluxe w Muzeum II Wojny Światowej, mimo że mieszkał niedaleko, a jako prezes Instytutu Pamięci Narodowej odbył wiele podróży, często do egzotycznych krajów na koszt podatników. Efektów tych wizyt nie ma.

Tego wszystkiego wyborcy dowiadywali się z doniesień medialnych. Oburzali się politycy rządzącej koalicji, oburzali się komentatorzy i eksperci. Na Nawrockiego spadła ogromna fala krytyki, a dziennikarze (i znów słusznie) zauważali, że tłumaczenia kandydata wspieranego przez Prawo i Sprawiedliwość mają wiele luk. Niektóre okazały się po prostu kłamstwami.

Festiwal oburzenia trwał. Wyborcy PiS w nim nie uczestniczyli

Festiwal oburzenia trwał, ale nie brali w nim udziału wyborcy PiS. Pokazały to wyniki pierwszej tury wyborów. Przez pewien czas wydawało się, że Nawrocki wyciągnięty przez Jarosława Kaczyńskiego z kapelusza może nawet nie wejść do drugiej tury. Nie dość, że wszedł, to jeszcze z niewielką stratą do Rafała Trzaskowskiego. Kto myślał, że inny scenariusz jest realny, słabo zna politykę. Namaszczenie Nawrockiego (oficjalnie kandydata obywatelskiego) przez lidera PiS sprawiło, że elektorat potraktował go jak swojego człowieka.

Z wyniku Nawrockiego w pierwszej turze można było wyciągnąć co najmniej trzy wnioski. Pierwszy taki, że nie należy przywiązywać wielkiej wagi do sondaży. Wielu wyborców PiS ukrywa to, że głosuje na prawicową partię, która w wielu mediach jest przedstawiana jako synonim obciachu. Sondażownie myliły się w tej kampanii wielokrotnie. I to mocno.

Wniosek drugi. Na wyborców PiS żadne afery z udziałem kandydata wspieranego przez partię nie działają. Dlaczego? Podczas rozmów z nimi spotykałem się z dwiema głównymi postawami. Pierwsza to racjonalizowanie zarzutów. "Przecież tamci też kradli, polityka to bagno, a z dwojga złego lepszy kandydat PiS. Dzięki niemu nie zaleje nas fala nielegalnych migrantów, nie będzie Zielonego Ładu, a osoby homoseksualne nie będą miały większych praw." Że kibol, że gangster? "Lepiej z takim Nawrockim iść na ustawkę niż z Trzaskowskim na paradę" - napisał mi znajomy, powielając przekaz krążący po mediach społecznościowych. Druga postawa to uznawanie zarzutów za kłamstwa. Wypieranie ich ze świadomości. Z pewnością część wyborców wspierał w takiej postawie przekaz prawicowych mediów. Brylowała TV Republika, która budowała narrację, że afery Nawrockiego kreują służby specjalne, sterowane przez rząd Donalda Tuska.

Trzeci wniosek - rządząca koalicja zbagatelizowała wyniki pierwszej tury. Pokazały one, że Nawrocki, na którego z dużym prawdopodobieństwem zagłosują wyborcy Sławomira Mentzena i Grzegorza Brauna, ma ogromną szansę na zwycięstwo. Zamiast zakasać rękawy i spróbować ruszyć po głosy, chociaż części tych wyborców, sztab Trzaskowskiego nadal prowadził swoją spokojną kampanię. Głównie w dużych miastach, z tym samym przekazem. Błędem mogło być też włączenie się w ostatnich dniach kampanii Donalda Tuska. Jego rząd ma dziś coraz słabsze notowania. Zamiast więc pomóc, Tusk mógł utwierdzić przekonanie części wyborców, że Trzaskowski będzie wykonywał jego polecenia.

Redakcja poleca

Wyborcy Mentzena wybrali Nawrockiego

Znacznie ponad 80 proc. wyborców Sławomira Mentzena zagłosowało w drugiej turze na Karola Nawrockiego. To ponad 2,4 mln głosów. Tuż po rozmowie Mentzena z Trzaskowskim politycy i zwolennicy koalicji zachwycali się, jak to Radosław Sikorski rozegrał lidera Konfederacji, idąc na piwo do jego baru. I znów okazało się, że nic to nie dało.

Dlaczego? Bo wyborcy Mentzena są rozczarowani rządami KO, ale też PiS. Głosując na kandydata Konfederacji, oczekiwali nowej jakości w polityce. Gdy stanęli przez wyborem między Trzaskowskim a Nawrockim, mówili, że to wybór jak "między dżumą a cholerą". Ale zagłosowali gremialnie na tego drugiego. Dlaczego? Tłumaczyli, że półtoraroczne rządy koalicji 15 października nie przyniosły żadnych reform, że Trzaskowski będzie wykonawcą poleceń Tuska (to znów zresztą powielanie przekazu prawicowych mediów). Czy słusznie? Pewnie nie do końca, ale raczej nikt nie próbował ich przekonać, że będzie inaczej.

Afery Nawrockiego? Tutaj, podobnie jak w przypadku wyborców PiS. Jedni racjonalizują zarzuty. "Przecież w Warszawie była afera reprywatyzacyjna" - mówią. A inni tłumaczą, że w mediach pojawiają się fake newsy, że każdy popełnia błędy, że wielu wykorzystałoby okazję podobnie jak Nawrocki. Gdy dodamy do tego prawicowy program, który w wielu punktach pokrywa się z pomysłami Konfederacji, trudno się dziwić takiemu, a nie innemu wyborowi.

Po głosy wyborców Brauna Trzaskowski nie ruszył wcale. Byłbym w stanie to zrozumieć, gdyby kandydat KO od początku kampanii prowadził konsekwentną politykę. Natomiast na początku widać było jego ostry zwrot w prawo. Zapowiedź odebrania 800+ niepracującym Ukraińcom mogła spodobać się prawicowym wyborcom. Później jednak wybrano bardziej centrowy kierunek. To zbyt mało, żeby myśleć o wygraniu wyborów prezydenckich.

Bolesna lekcja dla koalicji

Powstaje jednak pytanie: czy sztab Rafała Trzaskowskiego mógł zrobić więcej? W mojej ocenie zdecydowanie tak. Ale o wyborach prezydenckich trzeba było myśleć znacznie wcześniej. Wielu wyborców ma żal do rządzącej koalicji, że reformy idą zbyt wolno, że nie realizuje swojego programu. Politycy odpierają te zarzuty, mówiąc, że Andrzej Duda je zawetuje. Problem w tym, że wiele ustaw, które urzędujący prezydent mógłby zablokować, nawet nie wyszło z Sejmu. Tak było z liberalizacją prawa aborcyjnego, reformami wymiaru sprawiedliwości, wprowadzeniem związków partnerskich.

Wiarygodności Rafałowi  Trzaskowskiemu nie dodały też zapowiedzi podniesienia kwoty wolnej od podatku, popieranie pomysłu budowy CPK, czy ostrzejszej walki z nielegalną migracją na wschodniej granicy. Przecież pierwsza kwestia to niespełniona obietnica rządu. A dwa kolejne pomysły politycy koalicji ostro krytykowali, gdy byli w opozycji.

Do tego trzeba dołożyć brak klarownego przekazu wobec Zielonego Ładu i paktu migracyjnego. Oprócz opowiadania o tym, że zostaną zablokowane, trzeba było przekonać do tego rolników, mieszkańców małych miejscowości. Do wykonania była tytaniczna praca w terenie, który gremialnie głosuje na PiS. Sztab i politycy KO tę pracę woleli wykonać w cieplarnianych warunkach w Warszawie i innych dużych miastach, które i tak głosują na KO.

Wolałbym zobaczyć Trzaskowskiego przekonującego wyborców w Godziszowie na Lubelszczyźnie, gdzie dostał zaledwie 5 proc. głosów niż na wiecu w Szczecinie. Bo to w dużej mierze wschodnia Polska, która jest bastionem PiS, zdecydowała o wyniku tych wyborów. Trzaskowski przegrał w zaledwie sześciu województwach - podlaskim, lubelskim, świętokrzyskim, podkarpackim, małopolskim i łódzkim. Ale przegrał w nich zdecydowanie. W zachodniej Polsce, gdzie wygrywał, przewaga nie była tak duża.

Można się obrażać, mówić, że wschód kraju to "ciemnogród" i odpuścić. A można pomyśleć nad sensowną strategią i próbą przekonania tych wyborców do siebie. Zadanie ekstremalnie trudne, ale nie niemożliwe. Może nie na jedną kampanię, a na kilka. Problem w tym, że KO wschodnią Polskę całkowicie odpuściła. Efekt widać. I jest on tym bardziej bolesny, że jeszcze pół roku temu niewiele osób wiedziało, kim jest Karol Nawrocki.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET