„Adwokat diabłów”: Media nazywają moich klientów potworami, dla mnie nie ma to znaczenia
- Jeśli fundamentem wymiaru sprawiedliwości jest domniemanie niewinności, to w wielu przypadkach został on naruszony, jeśli nie całkowicie zburzony. Z mojego doświadczenia wynika, że problem jest ogromny - mówi w rozmowie z RadioZET.pl mecenas Paweł Matyja.
“Wampir z Bytowa”, czyli Leszek Pękalski, Ryszard Bogucki, skazany za zabójstwo domniemanego szefa gangu pruszkowskiego “Pershinga” czy kanibal Robert Majcher - to klienci mecenasa Pawła Matyji, znanego jako „adwokat diabłów”. Prawnik utrzymuje, że skazani za ciężkie przestępstwa mężczyźni są niewinni i niesłusznie trafili do więzienia.
6 maja będzie miała premiera książki Matyji „Adwokat diabłów. Opowieści z samego dna piekła”. Autor opisuje w niej sprawy, w których - według niego - wymiar sprawiedliwości popełnił rażące i tragiczne w swoich konsekwencjach błędy. W rozmowie z nami adwokat zdradza kontrowersje dotyczące m.in. sprawy „Wampira z Bytowa”.
Mateusz Kapera: - Reprezentuje pan jako adwokat m.in. brutalnych morderców, mafiozów czy inne osoby skazane za ciężkie przestępstwa. Takich ludzi też ktoś musi bronić w sądzie, bo tak stanowi prawo. Jednak niewielu adwokatów chwali się reprezentowaniem takich klientów. Pan natomiast napisał o tym książkę pt. „Adwokat diabłów”. Dlaczego?
Mecenas Paweł Matyja: - Nie postrzegam tych wspomnianych ludzi w ten sposób. To, że społeczeństwo czy media nazywają ich diabłami albo potworami, nie ma dla mnie znaczenia. W wielu przypadkach są to osoby, które zostały przez wymiar sprawiedliwości potraktowane niewłaściwie.
Książka „Adwokat diabłów” opisuje kilkanaście historii. W większości przypadków stawiam tezę o niesłusznych skazaniach. Zadaję pytanie, czy w najpoważniejszych sprawach kryminalnych w Polsce, m.in. dotyczących Leszka Pękalskiego, Ryszarda Boguckiego czy tzw. kanibali spod Choszczna, nie doszło do pomyłek. Staram się nawet przekonać czytelnika, że tak właśnie było.
Są też historie, w których sama wina nie jest sporna. Skazania były co do zasady słuszne, ale niedopuszczalna była droga, jaką przebył wymiar sprawiedliwości, aby do nich doprowadzić. Wymierzając sprawiedliwość, trzeba trzymać się określonych reguł. Organy ścigania i sądy nie mogą chodzić na skróty, bo wtedy niewiele różnią się od tych, których chcą karać.
Chciałbym, aby czytelnicy po lekturze zadali sobie pytanie: kto tu naprawdę jest „diabłem”? Oskarżeni, autor książki, który ich broni, czy może sam wymiar sprawiedliwości, który z powodu swoich dysfunkcji przestał nim być? A powinien być miejscem, gdzie sprawiedliwość opiera się wyłącznie na faktach, a nie na przeczuciach, intuicji czy spekulacjach.
W każdej z tych spraw, gdy skupimy się na tym, co było pewne, okaże się, że niewiele tego było. W przeciwieństwie do wątpliwości. Jeśli fundamentem wymiaru sprawiedliwości jest domniemanie niewinności, to w wielu przypadkach został on naruszony, jeśli nie całkowicie zburzony.
Staje pan w obronie tzw. wampira z Bytowa, czyli Leszka Pękalskiego. Został on skazany za zabójstwo i gwałty, choć śledczy przypisywali mu ponad 70 zbrodni. Skąd u pana przekonanie, że taka osoba może być niewinna?
- Rozdział o Pękalskim nosi tytuł „Jak tworzy się diabła?”. Pokazuje, jak z człowieka, który być może nie popełnił żadnej zbrodni, stworzono medialnego potwora. Jeśli sięgniemy do samego wyroku, zobaczymy, że obala on mit „wampira z Bytowa”. Sąd wskazał, że wizja sprawcy podróżującego po całym kraju i dokonującego dziesiątek różnorodnych zbrodni jest niewiarygodna. Nie było żadnego wspólnego schematu działania ani motywu.
Gdyby Pękalski miał popełnić wszystkie przypisywane mu czyny, musiałby być jednocześnie w kilku miejscach. Niemal posiadać dar bilokacji. Tymczasem mówimy o osobie ubogiej, zdaniem biegłych, z ograniczeniami intelektualnymi. Trudno uznać kogoś takiego za geniusza zbrodni, który nigdy nie pozostawia śladów.
Sąd uznał jego winę tylko w jednym przypadku, a uniewinnił w wielu innych. Jednocześnie wskazał, że Pękalski jest osobą skrajnie podatną na sugestie i mógł przyznawać się do czynów, których nie popełnił.
Pękalski jako brutalny morderca został wykreowany przez media i organy ścigania. Przekonano go, że jako osoba chora nie trafi do więzienia, więc może przyznawać się do wszystkiego. Zapytano Leszka Pękalskiego, w których miastach był kiedykolwiek w życiu. Gdy wskazał je na mapie, to zaczęto sprawdzać, czy są tam jakieś niewykryte zbrodnie dotyczące zabójstw. Następnie wszystkie hurtowo przypisywano Pękalskiemu, tworząc mapę jego zbrodni.
Policjant, który zgłosił się do Fundacji Dowód Niewinności, którą współtworzę, wskazał, że Pękalski może być osobą niewinną. Dlaczego? Ponieważ w sprawie trzech zbrodni, o które oskarżany był Pękalski i ostatecznie uniewinniony, później prowadzone były odrębne działania. Przeprowadzone w nich badania DNA pozwoliły potwierdzić, że Pękalski był oskarżany niesłusznie.
Twierdzę, że także skazanie za zabójstwo Sylwii R. było błędem, bo brakowało jakichkolwiek twardych dowodów - żadnych śladów, DNA czy biologicznych należących do Pękalskiego. O jego skazaniu zdecydowały tak naprawdę zeznania jednego świadka - 17-letniej dziewczyny, która zmieniała je po wielokroć.
Jak to możliwe, że w tak głośnej sprawie ani sąd, ani dziennikarze relacjonujący proces nie byli w stanie dostrzec tego, co pan zauważył po wielu latach?
- Błoto czasem stwarza pozory głębi. Z pewnością nie jesteśmy jedynym społeczeństwem, w którym istnieje potrzeba posiadania historii tak medialnej, że aż niewyobrażalnej. Z punktu widzenia dziennikarzy to oczywiście coś, co świetnie się sprzedaje i przyciąga uwagę. Dla funkcjonariuszy również to sprawa bez precedensu, ogromnego kalibru, potencjalna trampolina do sukcesu. Rozwiązanie sprawy największego seryjnego zabójcy w historii Europy, a może i świata, to ogromna pokusa. Łatwo więc stworzyć takiego „diabła”.
Gdy prześledzimy akta, dochodzimy do porażającego wniosku. Pękalski niejako „spada z nieba”, przyznaje się do winy, a wszystkie wcześniejsze, bardzo obiecujące tropy dotyczące zabójstwa Sylwii R. zostają zarzucone. Przypomnijmy, że postępowanie to zostało pierwotnie umorzone. Śledczy przyznali, że nie wiedzą, kto zabił tę dziewczynę. Pękalski w ogóle nie był wtedy brany pod uwagę.
Istniały natomiast dwa inne tropy. Pierwszy dotyczył mężczyzny, który przyznawał się do zabójstwa Sylwii R. w obecności innych osób. Na jego kurtce znaleziono krew, której pochodzenia nie potrafił wyjaśnić. Była to krew tej samej grupy, co Sylwii R., choć, co istotne, taką samą grupę miał również właściciel kurtki. W tamtym czasie nie dało się jednoznacznie ustalić, czy była to jego krew, czy ofiary. Dziś byłoby to możliwe. Był to bardzo obiecujący trop.
Drugi był jeszcze bardziej interesujący. Istniało procesowe podejrzenie, że Sylwia R. pozostawała w bliskiej, intymnej relacji z żonatym mężczyzną. Informacje te pochodziły od jej ciotek, które były przesłuchiwane w tej sprawie. Sprawdzano nawet, czy dziewczyna nie była w ciąży. Okazało się, że nie. Wiadomo jednak, że istniał mężczyzna, który się z nią spotykał. Widziano ich razem, m.in. w samochodzie, gdy ją podwoził.
Mężczyzna ten został przesłuchany i zaprzeczył znajomości z Sylwią R., mimo że wielu świadków twierdziło, iż widywali ich razem. Co więcej, w czasie zaginięcia dziewczyny jego samochód był widziany w miejscu, gdzie widziano ją po raz ostatni i to w zbliżonym czasie.
Mamy więc potencjalny motyw, np. obawę, że Sylwia R. ujawni ich relację jego żonie. Mamy też sposobność, czyli obecność w miejscu i czasie zaginięcia. Do tego dochodzi fakt, że mężczyzna kłamał. Zaprzeczał zarówno znajomości z Sylwią R., jak i swojej obecności w tym miejscu. Śledczy opierając się na zeznaniach świadków, doszli do wniosku, że kłamie. I jednocześnie uznali, że poza tym nic na niego nie mają.
Wtedy pojawia się Pękalski i mówi: „to ja”. I wszystkie inne wątki zostają porzucone. W efekcie postępowanie nigdy nie zostało w pełni rzetelnie przeprowadzone ani dogłębnie zweryfikowane. Od momentu gdy Pękalski pojawił się w śledztwie, żadna inna hipoteza nie doczekała się poważnej analizy
W jaki sposób?
- To był przypadek. Pękalski był wcześniej karany za zgwałcenie starszej kobiety, choć temu zaprzeczał. Sekretarka sądu zasugerowała, że może mieć związek ze sprawą Sylwii R. Mimo że obie sprawy drastycznie się różniły. Sylwia miała 17 lat i została pozbawiona życia. Nie została zgwałcona. Z kolei Bernadetta przeżyła i jest starszą kobietą. Miała zostać zgwałcona przez Pękalskiego. Są ewidentne różnice między tymi sprawami.
Pękalski w sprawie Sylwii przyznał się do zabójstwa po „długotrwałym indagowaniu”. Tak nazywa to sąd. Ja nazywam to torturami. Przesłuchiwano go do późnych godzin nocnych, wywierając presję psychiczną. W końcu uległ i się przyznał. Nie powinno się żadnego człowieka w ten sposób przesłuchiwać.
Jak to możliwe, że mimo tego sąd uznał go winnym?
- Sąd uznał dowód z przesłuchania Pękalskiego za wiarygodny w tym zakresie. Natomiast doszedł do równoczesnego wniosku, że Pękalski w przeważającej mierze jest osobą skrajnie niewiarygodną, gdy mówi o swoich rzekomych winach. Sąd nie był w stanie rozstrzygnąć, które elementy jego wypowiedzi wynikają z własnej wiedzy, a które zostały mu zasugerowane przez śledczych. Pękalski miał bowiem wyraźną tendencję do dostosowywania się do oczekiwań rozmówców i był w tym wszystkim naiwny. Pod koniec procesu twierdził już, że jest niewinny i domagał się uniewinnienia. Wtedy pojawili się u niego dziennikarze „Super Expressu”. I on się przyznał dziennikarzom do rzekomych zbrodni, gdyż jak twierdził, tego oczekiwali, a ci opublikowali artykuł. Później przed sądem mówił, że dziennikarze „zrobili go w balona”, a on powiedział to, czego chcieli.
W rozmowie m.in. z Edwardem Miszczakiem z TVN opisywał zabójstwo Sylwii R., podając szczegóły, które w rzeczywistości nie miały miejsca. Na przykład twierdził, że ją zaczepił i zgwałcił, choć gwałtu nigdy nie stwierdzono. Co więcej, według głównego świadka tj. koleżanki Sylwii R. miała ona być z nim umówiona, więc nie musiałby jej zaczepiać przypadkowo. Widać więc, że ponownie dostosowywał swoją relację do oczekiwań odbiorców.
Podobna sytuacja miała miejsce w celi, gdzie inny osadzony wmówił mu, że jest prawnikiem i pomoże mu po wyjściu na wolność. Pękalski opowiadał mu różne historie, a ten człowiek po wyjściu z więzienia opublikował „Pamiętniki wampira”.
Pękalski w tak dużym stopniu dostosowywał się do innych, że w zasadzie powtarzał to, czego od niego oczekiwano. Sąd uznał więc, że nie da się ustalić, które z jego wyjaśnień były autentyczne, a które zostały mu zasugerowane. Takich mechanizmów dowodzą też nagrania z wizji lokalnych. Powstała też wątpliwość, czy jego wypowiedzi nie były dopasowywane do z góry przyjętej hipotezy o jego winie.
To odwrócenie właściwego porządku. Najpierw powinno się analizować dowody i na ich podstawie szukać sprawcy. W tej sprawie było odwrotnie. Przyjęto, że sprawcą jest Pękalski, a następnie dostrajano to, co on ma powiedzieć do wersji wydarzeń, tak aby pasowało, że to on jest sprawcą zbrodni.
W głośnej sprawie oskórowania krakowskiej studentki sąd uniewinnił Roberta J. W uzasadnieniu wyroku podkreślił, że uniewinnienie wynika z braku dowodów pozwalających przypisać mu winę, co nie oznacza jednak, że sąd uznał, iż tego nie zrobił. Czy w przypadku Leszka Pękalskiego, tzw. kanibali z Choszczna, którzy mieli zabić i zjeść człowieka, lub innych historii opisanych w książce, jest pan pewien, że ci ludzie tego nie zrobili, czy raczej że powinni zostać uniewinnieni?
- Nie mam kryształowej kuli. Nie wiem, co dokładnie się wydarzyło w przeszłości, ani co wydarzy się w przyszłości. Mogę jedynie odtwarzać przebieg zdarzeń na podstawie akt. Jeżeli jednak nawet najbardziej rygorystyczna, logiczna analiza prowadzi do wniosku, że w sprawie jest więcej znaków zapytania niż odpowiedzi, a zamiast pewników mamy wyłącznie niewiadome, to na jakiej podstawie można kategorycznie stwierdzić, że mamy sprawcę i należy go surowo ukarać? Jeśli nie ma dowodów, to nie można spekulować o czyjejś winie. Jest to po prostu nieuczciwe.
W sprawie tzw. kanibali spod Choszczna sytuacja wygląda podobnie. Sąd nigdy nie odnalazł szczątków rzekomej ofiary w jeziorze, do którego - według ustaleń śledczych - miały zostać wrzucone. Mimo to przyjął, że ich brak nie oznacza, iż ich tam nie ma. Tymczasem prowadzono poszukiwania z użyciem płetwonurków i sonarów, ale nie znaleziono nic. Jeśli państwo ma odwagę skazać człowieka na 25 lat więzienia, to dlaczego nie prowadzi poszukiwań do skutku, aż znajdzie dowód w postaci tych szczątków? Jak można twierdzić, że „być może” tam są?
To jest klasyczne odwrócenie zasady domniemania niewinności. Jeśli czegoś nie ma, należy przyjąć, że tego nie ma, a nie spekulować, że „może istnieje”. Takie rozumowanie nie ma nic wspólnego z rzetelnym procesem karnym opartym na weryfikowalnych dowodach.
Z kolei sprawa Roberta J. pokazuje, jak bardzo polski wymiar sprawiedliwości jest chory. Nie może być tak - i to w żadnym kraju - że na podstawie tych samych dowodów dochodzimy za pierwszym razem do wniosku: bandyta, dożywocie, do lochu z nim, a za drugim razem: niewinny człowiek, ofiara wymiaru sprawiedliwości, przyznajmy mu miliony zadośćuczynienia. Nie można patrzeć na to samo zjawisko i widzieć, że raz jest ono czarne, a raz białe. Tak bardzo rozjechać się nie da. Sprawa Rafała Pacyny (skazany na dożywcie za zabójstwo dwóch osób), który jako sprawca de facto został wytypowany przez jasnowidza, to jest dokładnie ten sam case. To był człowiek, którego najpierw skazano na dożywocie, potem go uniewinniono, a potem znów skazano na dożywocie.
Wygląda to na systemowy problem: błędy śledczych oraz niespójność sędziów w ocenianiu materiału dowodowego. Jak zatem naprawić ten system?
- To bardzo dobre pytanie. W krajach anglosaskich funkcjonują specjalne jednostki zajmujące się weryfikacją prawomocnych wyroków pod kątem ich rzetelności. W Polsce czegoś takiego nie ma, a być może powinna istnieć instytucja, która badałaby, czy wymiar sprawiedliwości się nie pomylił, a jeżeli tak, to dążyłaby do naprawy takich błędów. Nie powinno to być zadanie wyłącznie dla organizacji pozarządowych, takich jak nasza (Fundacja Dowód Niewinności - red.).
Problem jest jednak głębszy. Jeśli wymiar sprawiedliwości nie zmieni podejścia do osób, które stają przed sądem, jeśli nie przestanie stosować zasady domniemania winy, działać na skróty i korzystać z opinii osób nie posiadających żadnej wiedzy naukowej, to trudno mówić o realnej poprawie. W takiej sytuacji nawet powołanie specjalnych wydziałów niewiele by dało, bo byłyby one niewydolne i zmuszone do ciągłego weryfikowania ogromnej liczby spraw. System wciąż popełniałby te same błędy, proces naprawy nigdy nie mógłby się więc zatrzymać.
Z mojego doświadczenia wynika, że problem jest ogromny. Co miesiąc otrzymuję co najmniej kilkadziesiąt listów od osób osadzonych, a w skali roku są to nawet tysiące. Część z tych osób jest niewinna. W wielu przypadkach znajduję potwierdzenie ich zarzutów wobec sposobu działania wymiaru sprawiedliwości i otwarcie o tym mówię.
Dlatego kluczowe jest usunięcie przyczyn, a nie tylko skutków. Niestety, polski wymiar sprawiedliwości nie słynie z odważnych decyzji. Przykładem jest choćby kwestia tzw. neosędziów, z którą od lat nie potrafią poradzić sobie rządzący. Ta sytuacja wprawia w konsternację obywateli, którzy nie wiedzą, czy idą do sądu, czy może to już nie jest sąd. Albo nie są pewni, czy ich wyrok obowiązuje, czy może nie. Jeden wielki bałagan. To jest kompletna prawna dostojewszczyzna. Z punktu widzenia obywatela nie do zrozumienia.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET