`

Babcia ostrzegała Kingę przed kredytem frankowym. “Wydawała się niedzisiejsza. Miała jednak rację”

11 min. czytania
28.03.2026 08:32
Obserwuj nas na Google

- Czekam, jak bank odda mi wpłacone wcześniej franki. One są teraz droższe, więc jak je sprzedam, to jeszcze zarobię - zaznacza Tomasz. W 2007 roku wziął kredyt we frankach, ale nie żałuje tego w przeciwieństwie do innych frankowiczów. - Bardzo się bałam. Cieszę się, że jest to już za mną - mówi Kinga, która zdecydowała się zawrzeć ugodę z bankiem. W czwartek, 26 marca, Sejm powrócił do prac nad projektem ustawy frankowej.  

Konferencja prasowa Stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu
fot. Aleksandra Szmigiel/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • - Nasze ówczesne mieszkanie było za małe. Postanowiliśmy przeprowadzić się do czegoś większego - opowiada Rafał. To typowa historia frankowicza. 
  • Po wejściu Polski do Unii Europejskiej rozpaliły się nadzieje Polaków na lepsze życie. Sytuację wykorzystały banki oferujące tanie kredyty we frankach.
  • Na przełomie 2008 i 2009 roku kurs franka szwajcarskiego zaczął dynamicznie rosnąć. Wraz z nim raty kredytobiorców. -  Nie było mnie stać, żeby płacić prawie cztery tysiące złotych raty - wspomina Kinga.
  • W 2015 roku szwajcarski bank centralny zaprzestał interwencji walutowych. Kurs franka wyskoczył na poziom prawie 5 zł. Rozgoryczeni frankowicze zaczęli walczyć z bankami.
  • Walkę ułatwiły korzystne dla frankowiczów wyroki europejskich i polskich sądów. Sprawy toczą się jednak bardzo wolno. - Nasza sprawa trwa już trzy lata i nie widać końca procesu - żali się Rafał.

Nowe przepisy mają przyśpieszyć sprawy frankowiczów przeciwko bankom i odciążyć sądy. Polski wymiar sprawiedliwości został zawalony dziesiątkami tysięcy postępowań. To efekt wyroków Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej i orzeczeń Sądu Najwyższego na korzyść frankowiczów w sporach z bankami. Przez lata kredytobiorcy żyli jednak w niepewności o swój los przez dynamicznie rosnący kurs franka szwajcarskiego.

Redakcja poleca

Pierwsze kredyty udzielane we franku szwajcarskim pojawiły się w Polsce po upadku komunizmu, ale nie były popularne. Na rynku zagranicznych walut dominował wówczas dolar. Sytuacja zmieniła się po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Nadzieje Polaków na lepsze życie zaczęły rosnąć równie szybko, co bankowe oferty kredytów we franku szwajcarskim. Niskie oprocentowanie i stabilność waluty spowodowały, że ponad połowa kredytów hipotecznych w Polsce udzielana była w szwajcarskiej walucie. Wśród tych kredytobiorców był Rafał, któremu powiększyła się wówczas rodzina.

- Nasze ówczesne mieszkanie było za małe. Postanowiliśmy przeprowadzić się do czegoś większego - opowiada Rafał.

Był rok 2005, gdy niespełna 30-letni mężczyzna wraz żoną podjęli decyzję o zakupie nowego mieszkania na kredyt. Głównym powodem było dobro dzieci. Dorastająca córka dzieliła pokój z młodszym bratem, co w przyszłości generowałoby duże problemy.

Kredyt? Tylko we frankach

Rafał pracował w warszawskim oddziale CitiBanku, ale nie mógł wziąć w nim kredytu, bo ten ich jeszcze nie oferował. Pracodawca zaproponował swojemu pracownikowi ofertę innego banku. - To była oferta podobna do pracowniczej. Nie robiliśmy dużej analizy ofert na rynku. Skorzystaliśmy po prostu z polecenia - tłumaczy Rafał.

Bank zaproponował Rafałowi kredyt we frankach szwajcarskich. Mężczyzna nie otrzymał innej oferty, np. kredytu w złotówkach. - Od początku bank przekonywał, że kredyt w złotówkach jest tak drogi, że się go kompletnie nie opłaca brać. Cała oferta banku była skonstruowana pod franka szwajcarskiego – wspomina.

Rafał zdecydował się na kredyt we frankach. W przeliczeniu na złotówki otrzymał ok. 300 tysięcy złotych. - Franki to była lipa. Otrzymaliśmy od banku złotówki. Większość z nich trafiła od razu do dewelopera - opowiada.

Powodów do niepokoju nie było tym bardziej, że w 2008 roku odnotowano rekordowo niski kurs franka szwajcarskiego. Kosztował poniżej 2 zł. Wartość szwajcarskiej waluty uruchomiła falę kredytów udzielanych przez polskie banki. Konsumenci byli zapewniani o stabilności waluty i opłacalności kredytów niezłotówkowych.

Na pierwsze problemy nie trzeba było długo czekać. Już na początku 2009 roku frank kosztował ok. 3 zł. - To był pierwszy dosyć mocny cios, bo nagle raty za kredyt zaczęły mocno rosnąć - wspomina Rafał.

W kolejnych latach wartość franka powoli rosła, aż do 2012 roku, kiedy to dzięki interwencji banku centralnego kurs ugruntował się w przedziale 3,30 - 3,60 zł.

“Czarny czwartek”

Korzystna sytuacja dla frankowiczów trwała do 2015 roku. Wówczas szwajcarski bank centralny zaprzestał interwencji na rynku walutowym, co oznaczało drastyczny wzrost wartości franka. Media ogłosiły ten dzień “czarny czwartkiem”. Już na początku roku frank kosztował około 4,30 zł.

- Zrobiło się bardzo nerwowo. Obciążenie psychiczne było chyba największym problemem tego kredytu - mówi Rafał.

Krytyczna sytuacja na rynku walutowym doprowadziła do zmian w życiu Rafał i jego rodziny. Budżet domowy zaczął się nie spinać, a rodzina zmuszona była do kalkulacji kosztów życia. - Mieliśmy dwójkę dzieci na utrzymaniu. W takiej sytuacji nie można pozwolić sobie na nonszalancję. Wcześniej nie przejmowałem się, że żona nie pracuje. Po drugim tąpnięciu na rynku walutowym musiała pójść do pracy - opowiada Rafał.

W kolejnych latach frank ustabilizował się, ale dla dłużników kurs był niekorzystny - oscylował między 3,50 a 4,20 zł. Frankowicze powoli przyzwyczajali się do wysokich rat kredytów, ale kolejny potężny cios dostali po wybuchu wojny w Ukrainie. Momentami kurs franka dobijał do prawie 5 zł. Dziś (notowanie NBP z 25 marca) frank kosztuje 4,66 zł.

W “czarny czwartek”, gdy bank centralny uwolnił franka, rozpoczęły się olbrzymie problemy dłużników ze spłatą rat kredytowych. Ten dzień był też zapowiedzią konsekwencji dla banków, które masowo udzielały kredytów w szwajcarskiej walucie. Sprawą zaczęły interesować się media. Oburzeni frankowicze skarżyli się na nieuczciwe praktyki banków i obietnice bez pokrycia. Finansiści i prawnicy nieśmiało przyznawali im rację.

- Próbowałem wchodzić w spory prawne z bankiem, ale ostatecznie wszystko spaliło na panewce - przypomina sobie Rafał.

Unia wyciąga rękę do frankowiczów

3 października 2019 roku był dniem, na który czekali wszyscy frankowicze w Polsce. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w sprawie Justyny i Kamila Dziubaków przeciwko Raiffeisen Bank. Spór dotyczył kredytów we frankach. Umowa zawierała zapisy pozwalające bankowi na dowolne ustalanie kursów walut, co TSUE uznał za nieuczciwe. Wyrok oznaczał, że również inni kredytobiorcy mogą żądać unieważnienia umów z nieuczciwymi klauzulami. Ruszyła lawina pozwów.

Z ówczesnych danych Biura Informacji Kredytowej wynikało, że kredyty we frankach spłacało blisko 800 tys. osób. Agencja ratingowa Moody's wyliczyła, że niekorzystne dla banków orzeczenia mogły kosztować banki nawet 20 miliardów złotych.

Również polskie orzecznictwo jest na korzyść frankowiczów. Sąd Najwyższy potwierdza możliwość unieważniania umów z niedozwolonymi klauzulami. To otwiera furtkę dla frankowiczów w drodze po zwycięstwo w sporze sądowym z bankiem.

Rafał postanowił ponownie zawalczyć o siebie. Tym razem wybrał wsparcie od dużej kancelarii specjalizującej się w sporach frankowych. - Przy chwytach, które bank zaczął stosować, bez kancelarii nie miałbym żadnych szans w sporze z bankiem - zapewnia Rafał.

Banki po niekorzystnym dla nich wyroku TSUE próbowały straszyć klientów, gdy ci zmierzali do unieważnienia umów kredytów, m.in. żądaniem zapłaty wynagrodzenia za korzystanie z kapitału.

Rafał początkowo nie chciał się sądzić z bankiem. Obawiał się nieskuteczności i czasochłonności, które są wpisane w ryzyko walki sądowej. Ostatecznie zmienił zdanie pod wpływem informacji o zwycięstwach frankowiczów nad bankami. W 2023 roku 97 proc. spośród wszystkich 15 965 wyroków zapadło na korzyść kredytobiorców. Rafał chciał być częścią zwycięskiej statystyki. Na to musi jednak jeszcze trochę poczekać.

- Jesteśmy na początku drogi sądowej, choć nasza sprawa trwa już trzy lata i nie widać końca procesu w pierwszej instancji - żali się mężczyzna.

Rafałowi pozostał już tylko rok do spłaty kredytu. Do wyroku nie musi jednak spłacać rat, bo sąd wydał decyzję o ich zawieszeniu. - To jest olbrzymia ulga. Te pieniądze mogą zostać w domowym budżecie, a nie trafić do banku - mówi Rafał.

Tak się może jednak nie stać, gdy sprawę wygra bank. Wtedy Rafał będzie musiał oddać bankowi równowartość 12 rat. Mimo że porażka jest mało prawdopodobna, mężczyzna woli zawczasu przygotować rezerwę pieniędzy.

Kolejny kredyt? “Nie wzięłabym za żadne skarby”

Porażki w sądzie obawiała się Kinga, dlatego zdecydowała się na ugodę z bankiem. Do tego doszła trudna sytuacja rodzinna. Kinga była po rozwodzie, ale decyzję o ugodzie lub procesowaniu się z bankiem musiała podjąć wspólnie z byłym mężem.

Kinga też miała problemy mieszkaniowe, co Rafał, ale wzięła dużo większy kredyt. - Mieliśmy dwójkę małych dzieci. Chcieliśmy mieć większe mieszkanie. Sprzedaliśmy mniejsze, więc mieliśmy duży wkład własny. Wzięliśmy bardzo duży kredyt, jakieś 600 tysięcy złotych - wspomina Kinga.

Po latach przyznaje, że decyzja była nieprzemyślana. Wraz z mężem dobrze zarabiali, mimo że byli dosyć młodzi. -  Brzmi to banalnie, ale wszyscy brali we frankach, to dlaczego nie my? Teraz będąc starszą osobą, przypomina mi się moja babcia, która dopytywała mnie, czy kredyt w innej walucie niż zarabiam, to na pewno dobre rozwiązanie - mówi Kinga.

- Pamiętasz, co jej odpowiedziałaś? - dopytuję.

- “Babciu, wszystko będzie dobrze”. Wydawało mi się, że jest niedzisiejsza, że nie wie, jak teraz wygląda świata. Dziś już wiem, że to ona miała rację.
Gdy Kinga wraz z mężem zaczęła spłacać kredyt, frank był w okolicach 2 złotych. Wraz z rosnącym kursem szwajcarskiej waluty zmieniała się jej sytuacja rodzinna. Również na gorsze.

- Rozstałam się z mężem. On się wyprowadził, a ja zostałam z dwójką dzieci w 120 metrowym mieszkaniu. Nie było mnie stać, żeby płacić prawie cztery tysiące złotych raty za kredyt. Bardzo się bałam. Mimo że zarabiałam bardzo dobrze, to musieliśmy żyć oszczędnie - wspomina Kinga.

Redakcja poleca

Mężczyzna płacił alimenty w wysokości 500 zł, które niewiele pomagały. W 2018 roku doszło do rozwodu. Były mąż zrzekł się całego majątku na korzyść Kingi. Kobieta przeprowadziła się z dziećmi do mniejszego mieszkania po babci. 120-metrowe mieszkanie poszło na sprzedaż, a pieniądze z transakcji na spłatę kredytu. - Spłacaliśmy kredyt regularnie przez około 10 lat. Kiedy chciałam sprzedać mieszkanie, to okazało się, że mam do zapłacenia jakieś 700 tysięcy złotych więcej niż wzięłam w ramach kredytu. Sprzedałam mieszkanie i dosyć, że nic na nim nie zarobiłam, to jeszcze musiałam trochę dopłacić - żali się Kinga.

Dopiero po latach Kinga dowiedziała się od znajomych, że mimo spłaty kredytu może pozwać bank. - Dosyć długo uważałam, że jestem dorosła, że wiedziałam, co robię, więc nie przystoi mi pozywać bank - mówi.

Kinga wgłębiła się w temat kredytów frankowych, uświadomiła sobie, że banki stosowały nieuczciwe praktyki, co przekonało ją do zmiany decyzji w sprawie pozwu. W 2023 roku trafiła do dużej kancelarii zajmującej się sprawami frankowymi. Spotkało ją jednak spore rozczarowanie.

- Miałam poczucie kiepskiej obsługi. Nie miałam żadnego bezpośredniego kontaktu z pracownikami tej kancelarii.  Śmiałam się, że tak samo jak teraz mamy sprawy frankowe przeciwko bankom, to później wszyscy będziemy mieli sprawy przeciwko tym kancelariom - opowiada Kinga.

Ostatecznie Kindze z pomocą kancelarii udało się założyć sprawę w sądzie przeciwko bankowi. Na tym sukcesy się zakończyły. - Po dwóch latach nie miałam nawet wyznaczonej rozprawy - żali się Kinga.

Opieszałość sądów w sprawach frankowych to najpoważniejszy problem frankowiczów. W latach 2020-2021 średni czas oczekiwania na prawomocny wyrok wynosił 4-5 lat. Później mimo fali pozwów sądom udało się zmniejszyć ten czas. W 2025 roku wyroki prawomocne zapadały średnio po 2-3 latach od rozpoczęcia procesu. Proces frankowe trwają długo, bo pozwów jest bardzo dużo, w przeciwieństwie do liczby sędziów w wydziałach cywilnych. Do tego dochodzą różne sztuczki prawne stosowane przez pełnomocników banków.

Kilka dni temu Wirtualna Polska ujawniła, że bliski współpracownik Romana Giertycha Sebastian J. opóźniał postępowanie sądowe wytoczone przez frankowiczów Getin Noble Bankowi. W tym samym czasie kancelaria Giertycha zainkasowała 8,7 mln zł brutto za swoje usługi oraz szereg premii przyznawanych za przeciągające się procesy frankowiczów występujących przeciwko Getin Noble Bank.

Kinga składając pozew kilka lat temu, nie mogła jeszcze o tym wiedzieć, ale od znajomych słyszała, że procesy są przeciągane i trwają bardzo długo. - Dlatego poprosiłam kancelarię, żeby zapytała bank o możliwość zawarcia ugody - wspomina Kinga.

Bank chciał zwrócić 200 tysięcy złotych, ale Kinga domagała się cztery razy więcej. Ostatecznie otrzymała 600 tysięcy złotych w ramach ugody. Pozew został wycofany z sądu. - Gdybyśmy się procesowali z bankiem, to w razie wygranej moglibyśmy liczyć na prawie drugie tyle. Byłemu mężowi zależało jednak na szybkim rozstrzygnięciu sprawy - mówi Kinga.

Kobieta musiała jeszcze zapłacić 65 tysięcy złotych kancelarii za doprowadzenie do zawarcia ugody. Nie żałuje decyzji o porozumieniu się z bankiem. - Bałam się, że sprawa toczyłaby się latami albo trafiłaby do neosędziego i nawet gdybym wygrała, to bank mógłby z tego powodu podważać wyrok. Cieszę się, że już wszystko za mną - mówi Kinga.

- Po tej historii z kredytem we frankach brałaś jakieś pożyczki? - pytam

- Nie, tylko komputer na raty - odpowiada Kinga.

- A gdybyś potrzebowała wziąć większy kredyt?

- Nie wzięłabym za żadne skarby.

Kryzys frankowy? Tomasz: “Nie bałem się, bo ciągle wygrywałem”

Większość historii frankowiczów jest dramatyczna. Wysokie raty niszczyły rodziny, marzenia i plany zawodowe. Wśród tych historii są jednak wyjątki. Tomasz pierwszy kredyt we frankach wziął w 2005 roku. - Wówczas polski złoty pięknie się umacniał. Zaciągnąłem zobowiązanie na motocykl. Spłaciłem je po dwóch latach. Motocykl wyszedł mi w tej samej cenie co bez kredytu - wyjaśnia mężczyzna.

Zachęcony korzystnymi kredytami wziął kolejne zobowiązanie na zakup działek pod Warszawą. Wraz z żoną planował budowę domu. Kredyt we frankach wyniósł ok. 360 tysięcy złotych. Ostatecznie małżeństwo zmieniło plany i zamiast budować dom, kupiło mieszkanie z ogródkiem. Sfinansowało je ze sprzedaży dwóch innych mieszkań i niedużego kredytu w euro. - To jest paskudny kredyt w porównaniu do tego frankowego. Ten w euro ma bardzo wysoką prowizję. Kredyt frankowy miał jednoprocentową prowizję. Dodatkowo Szwajcaria walczyła o utrzymanie wartości franka, dzięki czemu stopy procentowe przez parę lat były ujemne. Płaciłem groszowe odsetki od kredytu we frankach – wspomina.

Tomasz zdaje sobie sprawę, że gwałtownie rosnący kurs franka dla wielu ludzi mógł oznaczać ogromne problemy. Dla niego ten kredyt był jedynie inwestycją. - Kurs franka  miał lepsze i gorsze czasy. Ostatecznie powodował, że inwestycja okazała się mniej trafiona niż wynikało to z pierwotnych kalkulacji - tłumaczy Tomasz.

W 2011 roku kredytobiorcy mogli sami kupować franki i spłacać kredyt bankowi. Wcześniej bank ściągał pieniądze z konta w złotówkach, co było niekorzystne dla kredytobiorców. - Dodatkowo w tamtym czasie banki miały potworną prowizję za przewalutowanie. Od tej pory sam sobie kupowałem franki - mówi Tomasz.

Dla niego kredyt frankowy nigdy nie był znaczącym obciążeniem. Przed kryzysem na rynku walutowym najniższa rata wynosiła go 1,5 tys. zł. Wraz z umacnianiem się franka raty rosły: najpierw płacił 1,8-1,9 tys. zł, aż do 2,4 tys. zł w ostatnich latach. - To nie były dramatyczne raty, ale dzięki temu, że kredyt frankowy miał bardzo niskie oprocentowanie, wychodziło mi poniżej procenta. Natomiast za kredyt w euro płacę 4 proc. prowizji – wylicza mężczyzna.

Tomasz wziął kredyt w euro w 2010 roku niedługo po tym, jak frank wystrzelił. Mężczyzna nie bał się jednak kolejnego zobowiązania w obcej walucie. - Nie bałem się, bo ciągle wygrywałem. Mimo wszystko płaciłem małą ratę. Jak wybuchła pandemia, to wzruszyłem ramionami, bo rata frankowa za wiele się nie zmieniła. Kolega, który wziął kredyt złotówkowy z WIBOR na dom pod Warszawą, zgrzytał zębami, bo jego rata wzrosła z 6-7 do 12-14 tysięcy złotych - mówi Tomasz.

Wysokość WIBOR zależy m.in. od wysokości referencyjnej stopy procentowej. W czasie pandemii była ona sukcesywnie podnoszona, aby zatrzymać inflację. W konsekwencji rosnący WIBOR doprowadził do drastycznego wzrostu rat kredytowych.

Tomasz tłumaczy, że nie ucierpiał w wyniku znaczącego wzrostu kursu franka, bo dokładnie przeanalizował swoją sytuację ekonomiczną przed wzięciem kredytu. W przypadku kredytów frankowych banki udzielały zobowiązań na granicy zdolności kredytowej klientów, nie uwzględniając ryzyka walutowego. Udzielaniu wyższych kredytów sprzyjało też niskie oprocentowanie. Ten sam klient mógł otrzymać zdecydowanie więcej pieniędzy, biorąc kredyt we frankach niż w złotówkach.

- Nigdy nie postrzegałem franka za jakieś zło. Może ludzie brali kredyt na żyletę tak, że po spłacie raty zostawało im na waciki. W sytuacji nagłych wzrostu kursu faktycznie mogli cierpieć - wyjaśnia Tomasz.

Mężczyzna nie stracił na kredycie we frankach, ale było takie ryzyko, gdyby nie korzystne wyroki TSUE dla frankowiczów. - Gdyby nie te wyroki,  to pod koniec spłaty tego kredytu zdałbym sobie sprawę, że mi się to po prostu nie opłaciło. Cena gruntu, który kupiłem pod kredyt frankowy, wzrosła, ale jest to porównywalne z inflacją. Za to frank podrożał dużo bardziej, więc dopłacilibyśmy do tej ziemi - mówi Tomasz.

Wyliczył, że spłacił połowę kredytu we frankach. Pozostała część zobowiązania wynosiłaby 450 tysięcy złotych, a na obie działki wziął 360. - Zdałem sobie sprawę, że działki kosztowałyby mnie gigantyczne pieniądze - opowiada.

“Albo oni mnie rąbną, albo ja ich”

Tomasz idąc ścieżką pozostałych frankowiczów, pozwał bank w 2021 roku. We wrześniu ubiegłego roku sąd zdecydował o unieważnieniu umowy kredytowej. Bank złożył apelację. Spłata rat została zawieszona. - Liczę, że wyrok w drugiej instancji będzie dla nas równie pomyślny. Czekam, jak bank odda mi wpłacone wcześniej franki. One są teraz droższe, więc jak je sprzedam, to jeszcze zarobię - zaznacza Tomasz.

W przeciwieństwie do Kingi nie miał wątpliwości, czy pozywać bank. -  Gdybym nie był w stanie spłacić tego kredytu, to bank zabrałby mi działki. Dlatego wiem, że albo oni mnie rąbną, albo ja ich. Oczywiście nie mówię tu o bezprawnych działaniach. Poruszamy się w granicach prawa - kończy Tomasz.

Z szacunków kancelarii specjalizujących się w sprawach frankowych wynika, że frankowicze wygrywają ponad 95 proc. spraw przeciwko bankom. Wciąż jednak prawie połowa kredytobiorców nie zdecydowała się walczyć w sądzie o unieważnienie umów.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET