Blizny, bolesne rany i pęcherze. Koszmar małej Julki trwał latami. Surowy wyrok dla matki
Monika B. przekonywała, że jej kilkuletnia córka jest bardzo chora. I zbierała pieniądze na jej leczenie. Prokuratura ustaliła, że okropne rany na twarzy kilkuletniej Julki to nie efekt choroby a działań matki. Kobieta miała polewać dziecko żrącą substancją. We wtorek, 24 marca, sąd skazał Monikę B. na 15 lat więzienia.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jaką karę wymierzył sąd Monice B., oskarżonej o znęcanie się nad córką.
- Dlaczego Monika B. została oskarżona o krzywdzenie córki.
- Jak poprawił się stan zdrowia Juli po osadzeniu matki w areszcie.
- Sąd wymierzył oskarżonej karę 15 lat pozbawienia wolności, zakaz kontaktowania się z pokrzywdzoną przez okres 10 lat, zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej na odległość mniejszą niż 50 metrów na okres 10 lat. Wyrok obejmuje także dożywotni zakaz zajmowania stanowisk związanych z wychowaniem i edukacją dzieci - mówi RadioZET.pl sędzia Agnieszka Karłowicz, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Siedlcach.
To nie wszystko. 46-letnia dziś Monika B. musi zapłacić 100 tys. zł nawiązki na rzecz swojej córki oraz pokryć koszty procesu. Te również są wysokie. Chodzi o kwotę 104 tys. zł. Monika B., która od ponad dwóch lat przebywa w tymczasowym areszcie, nie pojawiła się na sali rozpraw. Nie chciała być doprowadzona na ogłoszenie wyroku. Wyrok jest nieprawomocny.
Dramatyczne apele Moniki B.
O sprawie, w której właśnie zapadł wyrok, głośno zrobiło się w lutym 2024 roku. Wówczas policja zatrzymała 44-letnią Monikę B. w jednej z małych wsi pod Łukowem na Lubelszczyźnie. Kobiecie zarzucono znęcanie się nad swoją dziewięcioletnią wówczas córką Julią.
Dziewczynka urodziła się zdrowa, otrzymała 10 punktów w skali Apgar. Kiedy miała cztery miesiące, Monika B. zaczęła informować o pierwszych problemach zdrowotnych dziecka. Na początku mówiła o padaczce lekoopornej. Później doszły kolejne choroby: jednostronny niedosłuch, problemy ze wzrokiem i układem moczowym. Natomiast w 2017 roku, kiedy dziewczynka miała dwa lata, na jej twarzy zaczęły pojawiać się bolesne rany i pęcherze. Lekarze przez długi czas nie byli w stanie postawić diagnozy. Monika B. jeździła od szpitala do szpitala. Na początku specjaliści podejrzewali pęcherzowe oddzielanie się naskórka, bardzo bolesną chorobę genetyczną.
Monika B. zaczęła szukać pomocy i zakładać kolejne zbiórki. W portalach społecznościowych pisała: "Juleczka bardzo cierpi, piszczy, płacze, nie może złapać tchu". Zamieszczała też zdjęcia, na których twarz dziewczynki miała wiele blizn, ran oraz pęcherzy. "Nasze życie to niekończące wizyty w szpitalach, litry maści, kilometry opatrunków i coraz to nowi specjaliści. I mimo że tyle już przeszłyśmy, to wciąż jesteśmy na początku naszej drogi, na której końcu mamy nadzieję zobaczyć życie bez cierpienia. Tylko to się dla nas liczy. (...) Proszę, pomóż nam. Pomóż uwolnić się od piekielnego bólu" - apelowała Monika B.
Ludzie chcieli pomóc w dramacie, lekarze nabrali wątpliwości
Sprawą zainteresowały się media. Najpierw lokalne, później ogólnopolskie. Reportaż o problemach zdrowotnych Julki i walce matki nagrała „Uwaga” TVN. Po nim i założeniu kolejnych zbiórek na leczenie dziewczynki udało się zebrać kilkaset tysięcy złotych. Dla przykładu na portalu Siepomaga.pl było to ponad 200 tys. zł.
Mimo kolejnych zbiórek i dramatycznych apeli stan dziecka się nie poprawiał. A lekarze z Kliniki Dermatologii, Wenerologii i Dermatologii Dziecięcej Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 w Lublinie, gdzie między innymi była leczona dziewczynka, nabrali podejrzeń. Stwierdzili, że Julia nie cierpi na pęcherzowe oddzielanie się naskórka, a rany na twarzy mogą być skutkiem działania substancji chemicznych. O tych wątpliwościach pod koniec 2021 roku poinformowali policję. Ta prowadziła postępowanie pod nadzorem prokuratury. Do zatrzymania Moniki B., ze względu na delikatny charakter sprawy i konieczność potwierdzenia, czy matka rzeczywiści krzywdzi córkę, doszło wiele miesięcy później. W tym czasie zamawiano opinie u biegłych z różnych dziedzin medycyny z całego kraju. Rodzice wysyłani do kolejnych ośrodków nie domyślali się, że to efekt toczącego się śledztwa.
W chwili zatrzymania B. dziewięcioletnia Julka miała mnóstwo blizn, ran, uszkodzoną część ucha oraz poparzenia w jamie ustnej. W akcie oskarżenia prokuratura pisała o "rozległych zmianach skórnych w różnych fazach rozwoju od rumienia i stanów zapalnych poprzez blizny aż do nieodwracalnych ubytków tkanek w wyniku martwicy niezakaźnej". Dziecko straciło nawet fragment jednego ucha.
Bogata kartoteka Moniki B.
Sąd w Siedlcach nie miał wątpliwości, że Monika B. celowo krzywdziła córkę. Stąd surowy wyrok. Jego uzasadnienia jednak nie poznaliśmy, bo cały proces toczył się z wyłączeniem jawności, ze względu na dobro dziecka. To, że Monika B. krzywdziła córkę uprawdopodabnia też kilka innych wydarzeń. Monika B. była w przeszłości już kilkukrotnie karana za oszustwa. Od 2012 roku była notowana w policyjnych kartotekach m.in. za kradzieże, oszustwa, składanie fałszywych zeznań czy posługiwanie się fałszywym dokumentem.
W marcu 2024 roku, czyli już podczas pobytu w tymczasowym areszcie w związku ze sprawą znęcania się, Sąd Rejonowy w Łukowie skazał B. na półtora roku więzienia za wyłudzenie 41 tys. zł z Caritasu Diecezji Siedleckiej. Julka miała tam subkonto, na które można było wpłacać pieniądze. Miały być przeznaczone na leczenie we Francji, dojazd do zagranicznego ośrodka i pobyt matki na miejscu.
Monika B. podała nazwę kliniki, gdzie odbędzie się leczenie oraz przedstawiła też kosztorys. Caritas wypłacił 40 tys. zł zaliczki, choć zazwyczaj tego nie robi. Do wyjazdu nie doszło. Kobieta najpierw próbowała przekonać instytucję, że są problemy. Później przestała się odzywać.
Julka przestała cierpieć
Po zatrzymaniu i osadzeniu Moniki B. stan Julki znacznie się poprawił. Dziewczynka, która w czasie leczenia miała indywidualne nauczanie, wróciła do szkoły. Śledczy oraz sąsiedzi, z którymi rozmawialiśmy, mówili, że twarz dziewczynki wygląda znacznie lepiej, Julka bawi się z rówieśnikami i nadrabia zaległości.
Marian, mąż Moniki B., tuż po zatrzymaniu żony przekonywał, że nie miał pojęcia o tym, że może ona krzywdzić córkę. Później jednak kontakty z mediami odradziła rodzinie adwokatka B.
Wszystkie zbiórki zainicjowane przez Monikę B. zostały zamknięte. Serwis Siepomaga.pl, w którym zgromadzono ponad 200 tys. zł, w ubiegłym roku zapewniał, że pieniądze są zabezpieczone na potrzeby Julki, która będzie wymagała dalszego leczenia. Wyrok Sądu Okręgowego w Siedlcach jest nieprawomocny. Nie wiadomo, czy któraś ze stron się od niego odwoła.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET