“Chciałem tylko wybrać się na stopa po Europie”. Coraz więcej dzieci ginie bez śladu. Dlaczego?
- Wielu młodych ludzi, kiedy wraca i opowiada o swoich historiach, mówi, że bali się wrócić. Obawiali się reakcji czy złości rodziców - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Justyna Żukowska-Gołębiewska, psycholożka, psychotraumatolożka i członkini parlamentarnego zespołu ds. zaginięć. 25 maja obchodzimy Międzynarodowy Dzień Dziecka Zaginionego. Według statystyk rocznie ginie w Polsce ponad 2 tysiące dzieci.
Mateusz Kapera: W 2023 roku zaginęło 1666 dziewczynek i 908 chłopców. Łącznie jest to ponad 2,5 tys. zaginięć. Ta statystyka rośnie z roku na rok. Dlaczego dochodzi do tak wielu zaginięć dzieci?
Justyna Żukowska-Gołębiewska: - Kiedy mówimy o zaginięciu dziecka, to mamy na myśli, że nie wiemy, co się z nim stało. Nie wiemy, czy wyszedł z domu i po prostu poszedł w świat, czy może nie żyje. Powodów zaginięć jest wiele. Do tej pory wynik badań, które były prowadzone w zakresie zaginięć dzieci, mówiły o tym, że jest kilka czynników ryzyka sprawiających, że dzieci podejmują decyzję, wyjść z domu i do niego nie wracać.
Jednym z głównych jest środowisko rodzinne i to, co się w nim dzieje. Czy dziecko czuje się w nim zaopiekowane? Czy jest bezpieczne? Drugim czynnikiem ryzyka jest czynnik środowiskowy, czyli środowisko rówieśnicze i szkolne. Trzecim są cechy indywidualne dziecka, czyli przeżywane przez niego kryzysy, np. psychiczny, a także zaburzenia rozwojowe, czy innego rodzaju niezaopiekowane kryzysy. To wszystko może sprawić, że dziecko podejmie decyzję o zniknięciu z domu.
Obserwujemy, że czynnik środowiskowy i ten związany z indywidualnymi cechami zaczyna przeważać w powodach zaginięć dzieci. Do tej pory największy wpływ miało środowisko rodzinne, a teraz coraz częściej to, co się dzieje w innych środowiskach. Oczywiście środowisko rodzinne nadal jest ważnym czynnikiem ochronnym, czyli zapobiegającym zaginięciom dzieci. To znaczy, jeżeli mamy dobrą relację i komunikację z dzieckiem, zdrowe i bezpieczne granice w domu, to zwiększamy prawdopodobieństwo tego, że zawczasu zorientujemy się, że coś jest nie tak. Natomiast, okazuje się, że niestety nie w każdym przypadku.
Prawie dwa razy więcej ginie dziewczynek niż chłopców. Można to jakoś wytłumaczyć?
- Dane są różne w zależności od kraju i kultury. Dziewczynki padają również ofiarą handlu ludźmi. Są po prostu porywane. Najczęściej związane jest to z tym, że dziewczynki, których dotknęła przemoc, podejmują decyzję o wyjściu z tego środowiska. Szukają pomocy bądź szczęścia gdzie indziej. Mówimy o dzieciach, czyli o osobach niepełnoletnich, więc zawsze taka decyzja wskazuje, że coś niepokojącego dzieje się z nim lub w jego środowisku rodzinnym. Nie zawsze dlatego, że to środowisko jest niebezpieczne. Może uznać, że w danym momencie nie ma innego wyjścia. Czasami bywa tak, że dziewczynki, które być może z jakichś powodów mają niskie poczucie własnej wartości, uważają, że nie są w stanie spełniać pewnych norm społecznych - szczególnie tych, które wyznaczają social media. Mogą też opuścić dom rodzinny pod wpływem nowo poznanych osób dorosłych lub starszych kolegów i koleżanek.
Wcześniej wspomniała pani, że dzieci uciekają również z domów, gdzie zapewnia się im dobre warunki życia, utrzymuje się dobre relacje. Co powoduje, że dziecko ucieka z “dobrego domu”?
Dziś mamy pandemię osamotnienia, niezależnie od tego, co było kiedyś. Kiedyś badaliśmy czynniki ochronne i widzieliśmy, że dobry, wspierający i ciepły dom jest gwarancją tego, że szybciej zorientujemy się, że coś nie działa.
Okazuje się, że ten czynnik ochronny nie wystarczy, jeśli nie mamy środowiska wokół domu, które również będzie umiało zauważyć alarmujące sytuacje. Zbyt często przerzucaliśmy odpowiedzialność tylko i wyłącznie na środowisko rodzinne. W związku z tym bardzo ważnym momentem jest etap rozwojowy nastolatków, w którym akceptacja społeczna i rówieśnicza jest dla nich szalenie ważna. Dziecko oddala się w naturalny sposób od swoich rodziców. Przestają być jego autorytetami, co sprawia, że dziecko wówczas zaczyna kierować się sugestiami, czy też tym, co mówią rówieśnicy. Może starać się spełniać pewne standardy środowisk rówieśniczych. Wchodzić w ryzykowne środowiska.
Czasami jest to wynik tego, że pojawiły się substancje psychoaktywne, które uzależniają. Dziecko może też trafić w środowisko, które wciągnie go tak bardzo, że zaczyna nie wracać do domu. Najpierw wraca późnymi wieczorami, aż pewnego dnia po prostu nie przychodzi w ogóle.
Dziecko bardzo często kamufluje swoje trudności. W domu wydaje się być zdrowe, spokojne, radosne, ale kiedy wychodzi na zewnątrz, to zdejmuje tę maskę. Wówczas dzieci, szczególnie nastolatki, podejmują bardzo impulsywne decyzje. Na przykład, żeby zakończyć własne życie.
Jak rodzice mogą temu przeciwdziałać?
Musimy zrozumieć, że dziecko nie żyje w odizolowanym środowisku. Nie jest sam, otacza go pewien system, kontekst i ludzie. Jako rodzice jesteśmy częścią tego systemu. Tak samo nauczyciele, czy inni dorośli, np. dalsza rodzina.
Nie możemy iść w kierunku rozwoju indywidualizmu, w którym cały czas, mimo wszystko, od wielu lat podążamy. Mówimy, że będziemy rozwijać naszego młodego człowieka poprzez milion zajęć dodatkowych, kształtując jego kompetencje twarde, np. logiczne myślenie. Zapominamy, że nasze dziecko nie będzie nam całe życie posłuszne. Nie zawsze będzie robiło to, co my chcemy.
Od zawsze było tak, że dzieci wychowywane były w szerszych kontekstach. Nie tylko w rodzinie nuklearnej, czyli mama i tata, ale też w wioskach. Odpowiedzialność za wychowanie dzieci spoczywała nie tylko na rodzinach nuklearnych, ale również wielopokoleniowych, czy też sąsiadach. Gdy pojawiał się kryzys, np. jeden z członków rodziny zachorował, albo stracił pracę, to cała uwaga rodziców w tym momencie w naturalny sposób była poświęcana tej kwestii. Natomiast młodym człowiekiem zawsze ktoś mógł się zaopiekować.
Dzisiaj w związku z indywidualnym rozwojem, pojawia się kłopot, że rodziny są bardzo osamotnione, wręcz odizolowane od systemowego wsparcia innych osób.
Rozwiązaniem jest powrót do korzeni?
Gdybym miała wskazać kierunek dla rodzin, to byłoby to poszerzanie wiosek wsparcia i tych kontekstów społecznych, w których dziecko się wychowuje. Musimy mieć cały czas nieustający kontakt z innymi dorosłymi, którzy również mają kontakt z naszymi dziećmi. Spójrzmy, co się dzieje. Jesteśmy coraz bardziej spolaryzowani w społeczeństwie. Jesteśmy zazwyczaj w opozycji do nauczyciela, który zauważa, że coś się dzieje z dzieckiem w szkole. Rodzic odpowiada wtedy: “ale w domu jest wszystko w porządku”.
W drugą stronę, kiedy rodzic alarmuje szkołę, że zauważa, że z jego dzieckiem dzieje się coś nie tak, że jest wykluczany przez rówieśników, że być może doświadcza przemocy rówieśniczej, to nie zawsze szkoła jest w stanie podołać wyzwaniu i zabezpieczyć dziecko w odpowiedni sposób. Czasami nawet nauczyciele lub dyrektor mogą wypierać, że takie zjawisko jak przemoc, czy bullying (znęcanie się - przyp. red.) może istnieć w szkole.
Podobnie jest w innych środowiskach, np. kulturalnych czy sportowych, w których dzieci spełniają się poza szkołą. Nie zawsze są to środowiskami bezpieczne. Raport opublikowany przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę pokazuje, że ponad 80 proc. dzieci, które biorą udział w zajęciach sportowych, doświadczyło nadużyć.
Mamy taką fantazję, że jak wyślemy gdzieś dziecko, to zakładamy, że będzie tam na pewno bezpieczne. Tak jakbyśmy pozbywali się sami odpowiedzialności, żeby monitorować i być uważnym na wszystko, co może się w tych środowiskach dziać. Nie chodzi o to, że mamy być jak Strażnik Teksasu, ale musimy przyjąć, że nasza relacja z dzieckiem też się będzie zmieniała. Dziecko dorasta, staje się coraz starsze i w naturalny sposób chce się od nas odsuwać. Kiedy będziemy rozumieć, co się z naszym dzieckiem dzieje, to wówczas szybko będziemy w stanie podnieść alarm i skorzystać z pomocy specjalisty.
Rozmawia pani z dziećmi, które uciekły z domu i na szczęście do niego wróciły. Jak tłumaczą swoje zachowanie?
Często słyszę od nastolatków: “nie sądziłem, że będą tego takie konsekwencje. Chciałem tylko spróbować życia na zewnątrz, pojeździć trochę po Polsce, wybrać się na stopa po Europie i wrócić”.
Czyli nie zawsze są to ciężkie historie, np. z przemocą domową w tle?
Mózg nastolatka, szczególnie tego, który jest poddany tak wielu wyzwaniom obecnego świata, czyli postępu cyfryzacji i rozwoju mediów społecznościowych, bombardowany jest czynnikami, których jeszcze tak naprawdę nie znamy. Dlatego nie wiemy, jak ten młody człowiek na nie zareaguje.
Wielokrotnie mamy oczekiwania, że młody człowiek potrafi już odróżniać, co jest dobre, a co złe, co sprawi rodzicom przykrość, albo jakie będą konsekwencje. Okazuje się, że za to odpowiada kora czołowa. W momencie wzrastania młodego człowieka w tej strukturze dzieje się największy remanent. On działa wtedy impulsywnie. Ma jakąś fantazję. Wystarczy, że ktoś w mediach społecznościowych powie: “skrzykujemy się, będziemy jechać tu, tu i tu. Nie martwcie się. Rodzice, jak was kochają, to wam wybaczą”. I ten młody człowiek myśli: “ kurczę, raz się żyje. Nazbieram parę złotych i lecę z nimi”.
Tylko nie wie, co to jest za środowisko i czy ono chce, żeby ten młody człowiek później wrócił do domu. Potem może się okazać, że zostanie okradziony na dworcu. Nagle nie ma paszportu i pieniędzy. Raptem staje się bezdomny.
To jest duża część opowieści młodych ludzi, którzy znikają i nie wracają w ciągu kilku dni lub tygodni. Ten pierwszy tydzień jest najważniejszy. Najczęściej wtedy dzieci wracają do domu. Natomiast te, które nie wracają wtedy, to są najczęściej dzieci, które stają się bezdomne lub których nie ma już między nami.
Wielu młodych ludzi, kiedy wraca i opowiada o swoich historiach, mówi, że bali się wrócić. Obawiali się reakcji czy złości rodziców. Tego, co spotka ich w domu po powrocie. Nie mają pewności, że rodzic po prostu ucieszy się, przytuli i powie: “dobrze, że jesteś”. Mają głębokie przekonanie, że to już jest taki hardkor, że nic gorszego już ich nie spotka. Nie mają odwagi, żeby się z tym mierzyć. Dlatego nie podejmują często decyzji o powrocie.
To, co jest najważniejsze, jeżeli chodzi o społeczeństwo, to żebyśmy nigdy w życiu nie oceniali rodziców. Nawet jeżeli wiedzieliśmy, że w rodzinie być może nie wszystko było okej. Nigdy jednak nie wiemy, co tak naprawdę się wydarzyło i jaki był powód zniknięcia dziecka. Są przecież domy, w których nie zawsze wszystko jest w porządku, a mimo to dzieci stamtąd nie znikają.
Justyna Żukowska-Gołębiewska - psycholożka, psychotraumatolożoka, absolwentka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie na kierunku psychologia kliniczna. Absolwentka studiów podyplomowych min. z psychotraumatologii. Mediatorka w sprawach rodzinnych, terapeutka rodzin i dzieci. Członkini parlamentarnego zespołu ds. zaginięć.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET