Dawniej mówiły, że receptę zjadł im pies. Teraz „benzobabcie” wyłudzają leki inaczej

9 min. czytania
08.04.2025 06:24
Obserwuj nas na Google

„Statystyki są mocno niepokojące. Po wczytaniu się w liczby do głowy przychodzi jedno stwierdzenie: jesteśmy narodem lekomanów” – twierdzi Arkadiusz Lorenc w książce „Polska na prochach”. – Nie korzystamy z wiedzy lekarzy i farmaceutów, tylko sami staramy się dobierać odpowiednie leki, często na podstawie tego, co powie nam sąsiadka lub „doktor Google” – dodaje autor w rozmowie z RadiemZET.pl.

leki na dłoni staruszki
fot. shutterstock

Monika Kurowska, Radio ZET.pl: Zaczynasz książkę od wymienienia pięciu grzechów głównych polskich pacjentów. A gdybyś z wielkiej piątki miał wybrać jedno przewinienie, które najbardziej wpływa na poziom lekomanii w Polsce, który byłby to grzech?

Arkadiusz Lorenc, autor książki „Polska na prochach”: Chyba kwestia nieodpowiedzialnego i nierozsądnego samoleczenia. Wciąż chcemy być najmądrzejsi i samowystarczalni. Chcemy leczyć się na własną rękę, ale często nie mamy odpowiedniej wiedzy, by to robić. Warto zaznaczyć, że samoleczenie jako takie jest w porządku, tak zresztą, jak leki w ogóle. Farmaceutyki pomagają nam skutecznie walczyć z wieloma chorobami. Antybiotyki spowodowały, że zapalenie płuc i wiele innych chorób przestało być śmiertelne. Dzięki środkom przeciwdepresyjnym potrafimy wyleczyć wiele przypadków depresji, a ta, jak wiadomo, jest chorobą śmiertelną. Przykłady można mnożyć. Problem pojawia się wtedy, gdy nie korzystamy z wiedzy lekarzy i farmaceutów, tylko sami staramy się dobierać odpowiednie leki czy nawet suplementy diety, często na podstawie tego, co powie sąsiadka albo „doktor Google”.

W rezultacie najczęściej idziemy do apteki po konkretny preparat, a nie po wiedzę. A przecież w aptece mamy kontakt z farmaceutami i technikami farmacji i możemy poprosić ich o poradę. Zawsze na dyżurze jest też magister farmacji. To specjaliści, którzy mają olbrzymią wiedzę i ogromne doświadczenie.

Czy Polakom nie brakuje świadomości w tej kwestii? Jak myślisz, jaki procent osób wie, że na dyżurze w aptece zawsze jest magister farmacji, którego można poprosić o radę?

W Polsce farmaceuci sprowadzani są do roli podawaczy leków, sprzedawców. To duży problem. Jednocześnie w mojej książce „Polska na prochach” powołuję się na raport, zgodnie z którym ponad 90 proc. naszego społeczeństwa ufa farmaceutom. Myślę, że wdrażanie pewnej wiedzy medycznej już na wczesnym etapie edukacji szkolnej, znacznie poprawiłoby świadomość, o której mówisz. Profesor Uniwersytetu Warszawskiego Tomasz Sobierajski zdradził mi, że zdarzają się studenci kierunku lekarskiego, którzy nie wiedzą, że antybiotyki nie leczą infekcji wirusowych, tylko bakteryjne. To jest wiedza, którą wszyscy powinniśmy wynieść ze szkoły podstawowej.

Powinniśmy także uczyć się odróżniania źródeł. Bardzo duży odsetek populacji posiada wykształcenie wyższe. Jednak krytyczne myślenie nadal nie jest na wysokim poziomie. Gdybyśmy od wczesnych lat uczyli się tego, jak analizować źródła, rozpoznawać tzw. fejk newsy, odróżniać artykuły pseudonaukowe od tych rzetelnych i wiarygodnych, bylibyśmy społeczeństwem po prostu mądrzejszym. I jest szansa, że i w zakresie stosowania leków, znalazłoby to swoje odbicie.

Swoją drogą, wróciłem właśnie z Malezji. Podczas kilkudniowego pobytu na Borneo spotkałem Brytyjczyków, Roberta i Penny. Kobiecie dokuczał silny ból kolana. Niestety, nie mogła kupić bez recepty silnych leków przeciwbólowych i przeciwzapalnych, które w Wielkiej Brytanii dostępne są, jak zapewniała, bez konieczności konsultacji z lekarzem. Była sfrustrowana, uważała, że malezyjski rząd traktuje ludzi jak dzieci, którzy nie potrafią sami decydować o tym, jakie środki stosować w razie potrzeby. A ja pomyślałem sobie, że być może w takim podejściu zawiera się przemyślane podejście do farmakoterapii - to znaczy: być może naprawdę powinniśmy wychodzić z założenia, że wiedza społeczeństwa w zakresie samoleczenia jest po prostu niska lub bardzo niska.

Będę adwokatem diabła: mówimy o grzechach pacjentów, ale czy twoim zdaniem pacjent nie jest na końcu łańcucha pokarmowego? Czy „statystyczny Kowalski” nie jest po prostu ofiarą manipulacji: koncernów farmaceutycznych, reklam i wciąż zajętych lekarzy?

Jeżeli spojrzymy na system, jak na łańcuch, to można tak powiedzieć. Natomiast nie chciałbym odbierać pacjentom sprawczości. Myślę, że to niewłaściwe patrzeć na społeczeństwo wyłącznie jako na zbiór marionetek, którymi bardzo łatwo sterować. Wydaje mi się, że – jako pacjenci – jesteśmy sprawczy. Ostatecznie to my podejmujemy decyzję zakupową, nikt nie wrzuca nam leków do koszyka. Ale gdy spojrzymy, na przykład, na słupki sprzedaży leków OTC, a więc farmaceutyków dostępnych bez recepty czy suplementów, to zauważymy, że one ciągle rosną, bo wśród pacjentów przewodzi podejście: wszystko jesteśmy w stanie załatwić tabletką.

To najszybszy sposób...

No właśnie, świat coraz bardziej się spieszy. Jeden z moich rozmówców uzależnił się od tabletek nasennych „typu Z”, dostępnych tylko na receptę, bo chciał zasypiać błyskawicznie. Stwierdził, że musi je brać, bo wykonuje pracę dla firmy, która ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych i jego grafik dopasowany jest do tamtejszej strefy czasowej. Zapytałem go, czy nie myślał o zmianie pracy, bo problemy z zasypianiem w jego przypadku ewidentnie nie były spowodowane bezsennością, tylko stylem życia, który do niej prowadził. Trudno przecież oczekiwać, że po ośmiu godzinach spędzonych przed ekranem położymy się do łóżka i natychmiast zaśniemy. Odpowiedział, że przeszło mu to przez myśl, ale nie podjął żadnego działania.

Coraz rzadziej szukamy źródeł problemów. Uprzedmiotowiamy ciało, patrzymy na nie jak na maszynę, która służy nam do wykonywania poszczególnych zadań. Jeżeli organizm się buntuje i nie chce wykonać naszego polecenia, na przykład zasnąć o konkretnej godzinie, zażywamy tabletkę, by nas posłuchał.

Pamiętam historię bohatera, którą przywołałaś. Mnie najbardziej zapadły w pamięć historie dorosłych kobiety, które podczas kontaktu z lekarzami, by wyłudzić konkretny lek, posługiwały się dziecięcymi wymówkami: „pies zjadł mi receptę”. To przykre...

Te wymówki stale się zmieniają. Dla przykładu: gdy wprowadzono system elektroniczny, to pacjentki i pacjenci nie mogli już zasłaniać się psem, bo lekarz szybko orientował się, że recepta została zrealizowana w konkretnej aptece. Pojawiły się więc historie o tym, że recepta nie działała, albo że leki po wykupieniu zaginęły. Lekarze opowiadali mi o pacjentach, którzy przychodzili na wizyty i błagali na kolanach o wypisanie recept na konkretne leki. Zdarzały się sceny płaczu i szantaż emocjonalny. Nic dziwnego. Mówimy przecież o osobach uzależnionych na przykład od leków benzodiazepinowych, których odstawienie poza zamkniętym ośrodkiem jest bardzo trudne, a często niemożliwe.

Redakcja poleca

Spodziewałeś się, że doświadczenia lekarzy będą tak drastyczne?

Przypuszczałem, że jednostkowe historie będą przerażające, dlatego że tematowi farmaceutyków przyglądam się od lat i wiem, jak trudno jest odstawić na przykład leki benzodiazepinowe, czy nasenne „typu Z”. Natomiast nie spodziewałem się skali zjawiska, tego, że ludzi uzależnionych od leków w Polsce jest tak dużo.

Która z opisanych historii najbardziej zapadła ci w pamięć?

Moim zdaniem najmocniejsza jest historia młodej kobiety, której uzależnienie zaczęło się bardzo wcześnie, bo już w wieku nastoletnim. Dziewczyna pierwszą tabletkę dostała od mamy – również uzależnionej. Ta bohaterka zmagała się z silnym kryzysem psychicznym, mierzyła się z zaburzeniami lękowo-depresyjnymi. Nigdy nie przestała brać leków. W różnym natężeniu bierze je do dziś.

Pamiętam, że ta bohaterka nie otrzymała właściwej pomocy lekarskiej. To poniekąd działania lekarzy wywołały w niej uzależnienie.

Z jej opowieści wynika, że tak.

To dobre odniesienie: powiedz, jaki twoim zdaniem jest największy grzech polskich lekarzy?

Lekarze ulegają pacjentom. Zawsze staram się do moich rozmówców podchodzić z dużą empatią i zrozumieniem, ale gdy w czasie zbierania materiału do książki, słyszałem, że kolejny lekarz ugiął się i wypisał niepotrzebną receptę, bo czuł zmęczenie, miałem mieszane uczucia. Tak po ludzku rozumiem, że można być zmęczonym. Jednak lekarze wypisujący recepty poza wskazaniami, tylko dlatego, że przyjęli już dziś trzydziestu pacjentów i są zmęczeni, pogłębiają problem.

Lekarze nie poświęcają pacjentom wystarczająco dużo czasu?

To kolejny grzech, tym razem wynikający z systemu. Kiedy pacjent przychodzi do psychiatry, po bardzo długim oczekiwaniu na wizytę, mówi: panie doktorze czekałem pół roku, proszę dać mi leki, które zadziałają natychmiast, bo nie mogę spać i muszę pracować.

W ten sposób często lekarze wypisują pierwsze opakowania leków benzodiazepinowych – jako leczenie pomostowe na przykład przy terapii lekami z grupy SSRI, w przypadku których pierwsze efekty pojawiają się po ok. trzech tygodniach, a na początku stosowania może wystąpić pogorszenie. Leki benzodiazepinowe nadają się do krótkoterminowego leczenia. Pacjent, któremu lekarz nie wytłumaczy, jakiego rodzaju preparaty przyjmuje i z czym może wiązać się ich długotrwałe stosowanie, najczęściej nie ma jednak świadomości tego, co zażywa. Efekt leków benzodiazepinowych jest błyskawiczny, więc pacjenci chcą kolejne opakowania. Z rozmów, jakie odbyłem z ekspertami wynika, że lekarze często nie sprawdzają, czy ich pacjenci odstawili leki w odpowiednim czasie. Czasami nowe recepty wypisuje ten sam specjalista, a czasami pacjenci zdobywają je już u innego lekarza, na przykład u lekarza rodzinnego. Wpędzają się w ten sposób w bardzo poważny problem.

Tak powstają między innymi „benzobabcie”?

Określenie „benzobabcie” powstało już wiele lat temu. To jest oczywiście żartobliwa nazwa, jednak lekarze w rozmowach między sobą często ją stosują. To są kobiety, najczęściej emerytki, seniorki, które wiele lat temu, z różnych powodów, na przykład z powodu bezsenności, dostały lek z grupy benzodiazepinowych. Te panie przyjmowały preparat latami. Nie mogą już odstawić go tak po prostu, bo zderzyłyby się z objawami odstawiennymi. W takiej sytuacji lekarze często decydują się kontynuować terapię i wypisują kolejną receptę, jednocześnie nie zwiększając dawki. To czasami trwa przez dekady.

A co z innymi formami wsparcia w przypadku takich osób? Na przykład z psychoterapią?

Na psychoterapię nie jest łatwo się dostać, poza tym spójrzmy prawdzie w oczy: w niektórych środowiskach to wciąż temat tabu. W wielkomiejskiej bańce psychoterapia jest modna. I to dobrze. To znaczy dobrze, jeśli ktoś trafi do gabinetu psychoterapeuty i będzie mógł popracować nad swoim problemem pod wpływem popularności psychoterapii na przykład wśród jego znajomych. Każda motywacja jest dobra. Ale ta forma pomocy nie jest popularna we wszystkich kręgach. Wystarczy odjechać 50 kilometrów od Warszawy, Gdańska, Wrocławia, czy innego dużego miasta. Tam świat wygląda już zupełnie inaczej, a regularne wizyty u psychoterapeuty wiążą się pewnym rodzajem stygmatyzacji.

Często ludzie nawet przed sobą nie potrafią się przyznać, że powinni korzystać z tej formy wsparcia. W mojej poprzedniej książce „Lękowi. Osobiste historie zaburzeń” przyglądam się dostępności usług psychoterapeutycznych w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. W mniejszych miejscowościach paradoksalnie można szybciej dostać się do psychoterapeuty. Moim zdaniem wynika to właśnie z tego, że w większych miastach ludzie są bardziej otwarci na tę formę wsparcia i częściej z niej korzystają, wydłużając kolejki.

Poza tym psychoterapia to długa droga – czasami trwa miesiącami, a czasami latami. Więc niektórzy wolą po prostu sięgnąć po tabletkę, a lekarze ulegają…

Redakcja poleca

Nie masz wrażenia, że zawód lekarza traci swój autorytet w społeczeństwie?

Myślę, że to zawód, który dawno stracił autorytet. Trochę mnie to nie dziwi, biorąc pod uwagę, jak bardzo spada jakość kształcenia. Poziom wyników maturalnych, który trzeba uzyskać, by dostać się na medycynę, jest coraz niższy. Medycyna już nie jest kierunkiem elitarnym. Kształcimy coraz więcej lekarzy, ale na te studia niekoniecznie wybierają się najlepsi uczniowie z prestiżowych liceów. Oni nie są już zainteresowani pracą lekarza, bo wiedzą, że to jest trudny i odpowiedzialny zawód, a żeby godnie zarobić, trzeba często pracować na kilku etatach. Studenci medycyny, którzy muszą wybrać, czy iść na specjalizację, czy sobie odpuścić, często dochodzą do wniosku, że korzystniej jest zostać w POZ i pracować bez specjalizacji. To mniej stresująca praca, bez dodatkowych, długich dyżurów. Osoby, które wybierają specjalizację, często uczą się równolegle języka niemieckiego, bo planują wyjechać za granicę tuż po stażu i tam pracować. Nie wiem, ilu niemieckich lekarzy wpadło na pomysł, by po studiach przyjechać praktykować do Polski… Myślę, że to pokazuje, jaki jest nasz system.

To błędne koło? Lekarze w Polsce są przepracowani, zmęczeni. Pacjenci nie otrzymują odpowiedniego wsparcia, a osoby, które zdobywają uprawnienia, wyjeżdżają za granicę...

Chciałbym, żebyśmy nie pomijali w tej dyskusji farmaceutów. To mój postulat. Podczas zbierania materiału do książki zorientowałem się, że w pierwszej kolejności kontaktowałem się właśnie z lekarzami. To było dla mnie naturalne. Pomyślałam: skoro rozmawiam o lekach, powinienem rozmawiać z lekarzami. Pominąłem farmaceutów, ale szybko zrozumiałem swój błąd.

Mamy w Polsce do dyspozycji bardzo dużą grupę wykwalifikowanych ludzi. Farmaceuci kształcą się, kończą trudne i skomplikowane studia. To osoby, które mają odpowiednią wiedzę i doświadczenie. Farmaceuci mogliby odciążyć lekarzy w wielu przypadkach. Mogliby pracować w większym wymiarze godzin, działać w szpitalach i być na przykład konsultantami do spraw farmakoterapii. Prowadzić przeglądy lekowe w przypadku seniorów – czasami robią to obecnie lekarze POZ, a to zdecydowanie jest praca dla farmaceutów. Jest wiele rzeczy, które farmaceuci mogą robić na takim samym poziomie jak lekarze, a nawet lepiej. Tymczasem społeczeństwo widzi w nich tylko sprzedawców.

Arkadiusz Lorenc – reporter, absolwent Uniwersytetu Łódzkiego, gdzie studiował języki niemiecki i hiszpański, oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Publikował między innymi w „Dużym Formacie” – magazynie reporterów „Gazety Wyborczej”, „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym”. W miesięczniku „National Geographic Traveler” pisał o podróżach. Autor pierwszego na polskim rynku multiformatu reporterskiego „Morderca z pikiety” i książek „Lękowi. Osobiste historie zaburzeń” (2024) oraz „Ukryci. Głosy z kryjówek przed Zagładą”(2025). Finalista siódmej edycji Konkursu Stypendialnego im. Ryszarda Kapuścińskiego.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET