`

„Uczyła dzieci rysować, postanowiła, że będzie leczyć”. Jak doktora Googla zastąpiły social media

12 min. czytania
20.03.2025 06:02
Obserwuj nas na Google

– Lekarz musi być niczym detektyw, by wyciągnąć z pacjenta prawdę – stwierdza ginekolog dr Katarzyna Skórzewska. A pacjenci namiętnie słuchając instagramowych pseudospecjalistów, potrafią faszerować się podejrzanymi mieszankami ziół, magicznymi suplementami, a nawet preparatami na odrobaczanie zwierząt. Modne stało się też używanie czosnku: na wszystko i wszędzie.

mężczyzna korzysta z telefonu, na stole znajdują się tabletki
fot. shutterstock

– Trafiła do mnie pacjentka, której internauta na forum poradził pewien lek. Powiedział, że to steryd stosowany do nebulizacji (wdychanie płynnych leków metodą inhalacji – przyp. red.). Wspomniał, że był podawany dziecku w przebiegu zapalenia oskrzeli. Mama stwierdziła, że skoro komuś ten specyfik pomógł, to jej dziecku po nim też się poprawi – wspomina Agnieszka Purol, lekarz pediatrii.

Kobieta pomyliła nazwy i podawała dziecku silny lek rozszerzający oskrzela, czyli zupełnie inny środek. W czasie wizyty lekarka chciała wyprowadzić ją z błędu. Tłumaczyła, że się pomyliła, ale pacjentka nie wierzyła.

Pediatra wyciągnęła więc z opakowania charakterystykę produktu leczniczego, czyli opis leku i wskazała skład, ale i to nie poskutkowało. Kobieta dalej upierała się, że „w internecie twierdzą inaczej”. – Dopiero gdy otworzyłam Wikipedię, pani raczyła mi uwierzyć – opowiada lekarka.

Badania „na szybko” i samodiagnozy

– Pacjenci często szukają informacji o tym, co im dolega w internecie. To naturalne, dla wielu osób internet jest pierwszym i podstawowym źródłem informacji – zauważa dr Kamil Karpowicz, onkolog z wieloletnim doświadczeniem, twórca profilu „Onkolog bez granic”.

Jego słowa potwierdzają wyniki badań przeprowadzonych w 2022 roku przez Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat. Zgodnie z nimi aż 63 proc. Polaków szuka w internecie sposobu leczenia, 56 proc. sprawdza swoje symptomy chorobowe, a 54,5 proc. – informacje o lekach. Statystyki wskazują, że internet stał się źródłem wiedzy medycznej dla niemal trzech piątych naszego społeczeństwa. Niektórzy ślepo wierząc w diagnozę, jaką błyskawicznie proponuje im wyszukiwarka, odkładają kontakt ze specjalistą na ostatnią chwilę.

Niestety, informacje, do których docierają pacjenci, nie zawsze zgadzają się z ich konkretnym przypadkiem. Poszczególne problemy zdrowotne, choroby często mają objawy niespecyficzne i bardzo do siebie podobne.

Dr Katarzyna Skórzewska, lekarz endokrynologii i ginekologii z 30-letnim doświadczeniem, nieraz przyjmowała pacjentów, którzy na pierwszą wizytę przychodzili z wynikami badań wykonanymi po wcześniejszym przeszukaniu internetu. – Często były to badania zrobione na szybko, bez wcześniejszego rozeznania, nie wtedy, kiedy powinny zostać wykonane i nie w takich warunkach, jakie są zalecane – tłumaczy. Badania najczęściej musiały więc zostać powtórzone.

Z kolei dr Karpowicz twierdzi, że chociaż medyczne zalecenia proponowane przez wyszukiwarki internetowe mogą komplikować proces leczenia, zdecydowanie bardziej szkodliwe potrafią być historie innych użytkowników internetu, do których pacjenci docierają, przeglądając fora internetowe albo grupy wsparcia w mediach społecznościowych. – Zdarza się, że pacjentki z rakiem piersi, które dopiero co dostały diagnozę, przychodzą do mojego gabinetu przerażone, bo właśnie przeczytały w internecie, co rzekomo je czeka – mówi i dodaje:

– Wyobrażenia pacjentek dotyczące tego, jak będzie przebiegało leczenie, często są mocno przerysowane. Wyobraźnia pracuje, a przerażające i niekoniecznie prawdziwe historie innych internautów nie pomagają.

 Kiedyś doktor Google, teraz pseudoeksperci z social mediów

Dr Karpowicz twierdzi, że pacjenci, którzy „googlują” swoje objawy przed wizytą, najczęściej nie mają na celu podważania kompetencji lekarza. – To chęć doczytania, upewnienia się, przygotowania – uważa.

Podobnego zadania jest Monika Działowska, lekarz pediatrii, autorka bloga „Pediatra na Zdrowie”. O doktorze Googlu, którego pacjenci używali głównie do diagnozy i interpretowania wyników badań, w czasie wizyt słyszy coraz rzadziej. – Teraz nastała moda na instagramowych pseudospecjalistów – mówi i zaznacza: – Takie osoby najczęściej w ogóle nie dotykają diagnozy, bo wiedzą, że to jest nielegalne. Udzielają za to konkretnych porad zdrowotnych. To jest zaskakujące, bo przecież jeżeli nie mamy postawionej diagnozy, to zalecanie jakiejkolwiek terapii jest zupełnie bezsensowne.

Lekarka w ostatnim czasie obserwuje wysyp przeróżnych pseudoekspertów: naturopatów i zielarzy zwłaszcza na Instagramie. To najczęściej osoby, które nie mają dokumentów potwierdzających wykształcenie w danym kierunku. – Czasami skończyły tylko krótkie, weekendowe kursy – wyjaśnia Działowska. – Słucham tych porad jako lekarz. Niektóre wskazówki są zupełnie sprzeczne z podstawową fizjologią człowieka. W mediach społecznościowych napotykam konta pseudomedyczne, które prowadzą osoby bez wykształcenia w tym kierunku, np. byli kierowcy, sprzedawcy, pedagodzy lub po prostu mamy – opowiada.

Jak to działa? – Pani wcześniej prowadziła profil o tym, jak uczyć dzieci czytania, rysowania i liczenia, ale te treści nie były poczytne, więc postanowiła, że będzie „leczyć” ludzi – tłumaczy Działowska. Dodaje, że na to nie ma żadnego paragrafu, więc takie osoby są bezkarne.

Redakcja poleca

Zdaniem dr Skórzewskiej internautów może przyciągać m.in. chwytliwy sposób prezentowana treści przez pseudospecjalistów. – Osoby, które głoszą w social mediach teorie dotyczące zdrowia, są często bardzo elokwentne, charyzmatyczne. Ich przekaz wydaje się po prostu ciekawy. W pewien sposób przypominają liderów sekt. Potrafią ludzi omamić i przekonać do swojej racji – zwraca uwagę i podaje przykład: – Kilkanaście lat temu przeżyłam szok, gdy jedna z moich pacjentek powiedziała mi, że używa tzw. kulek gejszy. Pomyślałam: co to w ogóle za pomysł? Jak można sobie coś takiego wkładać do pochwy? Okazało się, że nie jest to wyjątek. Co gorsze, kulki gejszy w mediach społecznościowych czasami są przedstawiane jako antidotum na torbiele, mięśniaki. To kompletny absurd, ale miałam w czasie swojej praktyki do czynienia z kobietami, które wierzyły w takie marketingowe slogany – wspomina ginekolog-endokrynolog.

Dr Karpowicz jest zdania, że pseudoekspertami z mediów społecznościowych rzadko kierują dobre intencje. – Osoby spoza środowiska medycznego wykorzystują najróżniejsze marketingowe chwyty, by się wzbogacić. Dla przykładu: pacjentami, którzy otrzymują diagnozę nowotworu, targają najczęściej skrajne emocje. Takie osoby szukają różnych rozwiązań, w związku z tym są bardziej podatne na manipulację – tłumaczy onkolog.

Zauważa także, że szarlatani nierzadko posuwają się dalej i podsuwają pacjentom rzekome dowody na to, że osoby należące do świata medycznego coś przed nimi ukrywają, nie są z nimi szczere. – Te same hasła powtarzają się non-stop. Takie osoby mówią, że lekarz nie chce wyleczyć pacjenta, bo jest finansowany. Na tego typu narracji internetowi szarlatani budują swoją społeczność, a ostatecznie też sprzedaż. Cierpi na tym pacjent, czasami opóźniając podjęcie klasycznego leczenia – mówi dr Karpowicz.

Pacjent wolnym człowiekiem

Medycyna alternatywna, jak zaznacza onkolog, też podlega trendom. Jednym tchem wylicza: – Kiedyś popularnością cieszyły się zioła chińskie, vilcacora, pestki moreli, potem była woda wodorowa. Jeszcze 5-10 lat temu często słyszałem o wykorzystywaniu tego rodzaju alternatywnych metod. Teraz częściej przewija się fenbendazol. Cały świat go kupuje, czasami nawet na czarnym rynku – To weterynaryjny lek stosowany do zwalczania pasożytów u zwierząt. Stosowanie go miało rzekomo pomóc kilku pacjentom z Korei, którzy byli już mocno „przeleczeni” onkologicznie klasycznymi metodami.

Jak zaznacza, historie o cudownych wyzdrowieniach pomijają jednak to, że nie jest to lek przystosowany do leczenia nowotworów. – Nie zostały przeprowadzane solidne badania na dużych grupach pacjentów, które udowodniłyby jego skuteczność. Co więcej, badania kliniczne dają nam informacje o możliwych działaniach niepożądanych. Opisane przypadki mówią na przykład, że dwóch pacjentów skończyło samoterapię fenbendazolem z niewydolnością wątroby.

Dr Karpowicz, gdy spotyka się z pytaniami o fenbendazol, zawsze informuje pacjentów, jak wątłe podstawy naukowe stoją za krążącymi w sieci teoriami i zaznacza, że jeśli chcą go stosować, to robią to na własną rękę. On tego nie zaleca.

Mimo zdecydowanego stanowiska lekarza niektórzy pacjenci nie rezygnują z samoterapii specyfikiem służącym do odrobaczania zwierząt. – Zdarza się to dosyć często. Później przeważnie takie osoby po prostu nie wspominają już o przebiegu takiej samoterapii – tłumaczy onkolog i dodaje: – W takiej sytuacji wiem, że zrobiłem to, co w mojej mocy, żeby poinformować pacjentów, jak ta kwestia wygląda od strony naukowej. Ostatecznie każdy pacjent jest wolnym człowiekiem i wybiera, co zrobi z własnym zdrowiem i życiem.

Redakcja poleca

„Za takie zachowanie powinny grozić poważne kary”

Z porad internetowych pseudospecjalistów namiętnie korzystają także rodzice, eksperymentując przy tym na swoich dzieciach. – Czasami trafiają do mnie mali pacjenci, którzy mają problemy nerkowe po regularnym spożywaniu zbyt dużych stężeń witaminy D. Panuje teraz moda w social mediach, by zamiast tysiąca jednostek witaminy D przyjmować 10, a nawet 20 tysięcy jednostek. Rodzice podają dzieciom czasami nawet całe buteleczki preparatów z witaminą, bo pseudospecjaliści mówią im, że witaminy nie mogą zaszkodzić – tłumaczy pediatra Monika Działowska. Od razu wyjaśnia, że duże stężenie syntetycznej witaminy D może uszkodzić nerki, powodować biegunki i inne problemy jelitowe. – Miałam do czynienia z małymi pacjentami, którzy musieli być kierowani do szpitala właśnie po przedawkowaniu witaminy D – wspomina.

Rodzice, jak opowiada, chcą wspierać zdrowie swoich pociech, ale korzystając z medycyny alternatywnej. – Kiedyś mamy kupowały gazetki dotyczące ziołolecznictwa. Teraz młode kobiety czerpią podpowiedzi z internetu – zauważa. I chociaż wspieranie zdrowia w naturalny sposób nie musi być szkodliwe, brak rozsądku może prowadzić do katastrofy.

– Dzieci przyjmują dużo różnych ziół. Niebezpieczne są zwłaszcza mieszanki, bo jedno konkretne zioło działa na organizm inaczej niż mieszanka różnych ziół. Jeżeli przyjmuje się jednocześnie kilka preparatów – niezależnie od tego, czy to są leki, suplementy, czy zioła – zawsze przynajmniej dwa wejdą ze sobą w interakcję – zwraca uwagę Działowska i podaje przykład: – Dziecko jest ogólnie zdrowe, ale ma na przykład lekkie zatwardzenie ze względu na nieoptymalną dietę. Rodzice chcąc sobie z tym poradzić na własną rękę, zaczynają podawać dziecku duże ilości ziół, suplementów. Środki po połączeniu oddziałują na wątrobę i nerki. Tak rodzą się poważne problemy: podwyższone enzymy, bóle brzucha, problemy z oddawaniem moczu.

W takiej sytuacji rodzic powinien bezwzględnie zareagować: umówić się na konsultację lekarską, przyznać do ziołoterapii i ją przerwać. Niestety, nie zawsze opiekunowie postępują w taki sposób.

– Internetowi szarlatani często wmawiają pacjentom, że jeżeli po terapii pojawiają się działania niepożądane, to organizm zaczyna się oczyszczać z toksyn i każą nadal przyjmować preparaty, które szkodzą albo nawet zwiększyć dawkę – stwierdza z przerażeniem Monika Działowska. – Za takie zachowanie powinny grozić poważne kary. Mówienie ludziom, że witaminy im nie zaszkodzą, to jedna kwestia, ale szkodzenie ludziom, narażanie ich na utratę zdrowia, a czasami nawet życia, to już osobny temat – nie ma wątpliwości autorka bloga „Pediatra na Zdrowie” .

Lekarz niczym detektyw

– Czasami pytam rodzica, czy dziecko przyjmuje jakieś leki. Zanim rodzic odpowie, wtrąca się dziecko i mówi: „tak, trzy okrągłe tabletki co rano” – opowiada Działowska.

Zdaniem dr Skórzewskiej pacjenci wstydzą się tego, że czerpią wiedzę z internetu i mediów społecznościowych i dlatego w czasie wizyty nie przyznają się do tego od razu. Lekarze dowiadują się o stosowaniu alternatywnych metod leczenia przez pacjentów najczęściej, gdy te metody im zaszkodzą. – Lekarz musi być niczym detektyw, żeby wyciągnąć z pacjenta prawdę – stwierdza dr Skórzewska i wspomina:

– Miałam pacjentkę, która zmagała się z zaburzeniami hormonalnymi. Szukałam ich przyczyny, wykonałyśmy szereg badań, zlecałam kolejne i nic. Leczenie trwało już jakiś czas, ale rezultaty nie były wystarczające. W czasie jednej z wizyt zwróciłam uwagę na to, jak pięknie opalona jest pacjentka - opowiada. Miał być to komplement bez większego znaczenia. – Okazało się jednak wtedy, że stosuje podejrzany preparat, który przez melaninę wpływa na podwzgórze i przysadkę mózgową, a zatem również na hormony produkowane w centralnym układzie nerwowym.

Pacjentka w ogóle nie przypuszczała, że preparat, który przyjmuje, by mieć ciemniejszą skórę, może tak wpływać na funkcjonowanie jej układu hormonalnego.

Czosnek na wszystko

Lekarze przestrzegają także przed innymi niekonwencjonalnymi metodami, które promowane są przez internetowych pseudoekspertów, a czasami przekazywane tzw. pocztą pantoflową.

– Jakiś czas temu do mojego gabinetu trafiła kobieta z silnym podrażnieniem pochwy. Wtedy pierwszy raz usłyszałam o tym, że niektóre panie – również rzeczona pacjentka – wkładają do pochwy ząbki czosnku, by wyleczyć stan zapalny – wspomina dr Skórzewska.

Tłumacząc stosowanie takich metod, odwołują się do antybakteryjnych właściwości czosnku. – Ale czym innym jest zjedzenie od czasu do czasu profilaktycznie czosnku, a czym innym jest wkładanie go do pochwy – podkreśla lekarka, dodając: – Byłam zszokowana, zbulwersowana. W ten sposób kobiety mogą zrobić sobie krzywdę, zaostrzyć objawy zapalne, a nawet nabawić się bolesnych ran.

Od pacjentki usłyszała: „żadne leki nie pomagają tak jak czosnek”.

Monika Działowska w gabinecie często słyszy o magicznych warzywach. Miała do czynienia z rodzicami, którzy przy pomocy czosnku chcieli wyleczyć u swoich dzieci np. zapalenia ucha.

Dlatego pediatra apeluje do rodziców o zdrowy rozsądek. –  Modne jest używanie czosnku. Przypisuje się mu działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne, ale czosnek nie działa tak na organizm w absolutnie każdej postaci – tłumaczy. Podkreśla, że rodzice nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji, bo chociaż czosnek wydaje się niegroźny, użyty w nieodpowiedni sposób może doprowadzić do poważnych komplikacji.

– Dziecko może głębiej nosem wciągnąć czosnek tak, że ząbek się zablokuje. Wtedy konieczna jest interwencja chirurgiczna – tłumaczy lekarka. Podobnie jest z uchem – łatwo do niego coś włożyć, znacznie trudniej to wyjąć. – Jeśli czosnek zostanie przyciśnięty przewodem słuchowym do ścian, zaczyna je odparzać, a to powoduje okropny ból. Dzieci cierpią, a rodzice nie mogą wyciągnąć czosnku z ucha. Takie historie czasami kończą się u laryngologa – opowiada Działowska.

„Moja córka też to miała i minęło…”

– Obecnie nie ma już czasu na chorowanie. Bo szkoła, bo praca, bo zobowiązania i plany weekendowe. Oczekiwanie na magiczny specyfik, który naprawi lub zatrzyma rozwój choroby, z gabinetu lekarskiego, przenosi się do sieci. A tam wiele osób czuje się na tyle kompetentnych, by obiecywać magię w syropku lub innej formie suplementacji – tłumaczy z kolei Agnieszka Purol, która na YouTube prowadzi kanał edukacyjny. Zauważa istotną kwestię: – Pandemia przyzwyczaiła pacjentów do teleporad. Ludzie mają wrażenie, że skoro można porozmawiać z lekarzem przez telefon i dostać wytyczne, to równie dobrze można zadać to samo pytanie na forum internetowym.

Lekarka od dawna przygląda się temu, co dzieje się w grupach w mediach społecznościowych.  – Mamy nagminnie umieszczają tam zdjęcia różnych części ciała swoich dzieci i pytają zupełnie nieznajomych osób: „Co to za wysypka?” – opowiada.

Agnieszka Purol przyznaje, że gdy pierwszy raz zobaczyła, tego typu posty, była zniesmaczona. – Co prawda na zdjęciach przeważnie twarze dzieci są zamazane, ale to wciąż jest przerażające – mówi.

– Kiedyś poradziłam pewnej mamie, by udała się z dzieckiem do lekarza, bo sytuacja tego wymaga. Wylał się wtedy na mnie ogromny hejt. Inne internautki atakowały mnie, twierdząc, że na zdjęciu widać, że wysypka nie jest groźna. Przeważały odpowiedzi: „Moja córka też to miała i minęło” – wspomina.

– Hasło: “Bo dziecku koleżanki pomogło”, w medycynie nie jest uważane za statystycznie istotne. Nawet jeśli koleżanka miała dobre intencje, to stosowanie leczenia „kopiuj wklej” nie jest dobrym pomysłem.

Według Purol nawet osoba z wykształceniem i doświadczeniem medycznym nie powinna wystawiać diagnozy tylko na podstawie zdjęć, bo po pierwsze, zdjęcie nie zawsze jest wyraźne. Po drugie, aby postawić diagnozę, trzeba najpierw przeprowadzić wywiad, zbadać pacjenta i zobaczyć gdzie dokładnie wysypka się znajduje, bo układ wysypkowy często sugeruje konkretną chorobę.

Zdaniem lekarki najbardziej przerażające jest jednak to, że za internetowe porady internauci nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. – Są choroby, które objawiają się właśnie wysypką, a są groźne dla życia. Dla przykładu: po pojawieniu się wysypki meningokokowej ma się godzinę na to, żeby odpowiednio zareagować. Zaniedbanie lub opóźnienie działania w fazie inwazyjnej choroby meningokokowej często skutkuje ciężkim wstrząsem, niewydolnością wielonarządową i zagraża życiu dziecka – przestrzega pediatra, która na YouTube prowadzi kanał edukacyjny. 

Jedną z użytkowniczek internetowej grupy chciała nawet pociągnąć do odpowiedzialności. Kobieta radziła zatrwożonym mamom, co mają zrobić, stawiając się za autorytet. Jak się okazało, ukończyła liceum medyczne.

– Sugerowała, żeby dzieciom podawać wziewnie, a więc w postaci nebulizacji, płyn Lugola, czyli preparat, który podawany bez wskazań jest potencjalnie szkodliwy, może generować wole tarczycy i trwale zaszkodzić dziecku. Napisałam w tej sprawie do administratora grupy, ale dowiedziałam się, że administratorzy nie biorą odpowiedzialności za to, co piszą użytkownicy. Kontaktowałam się także z tą kobietą. Zablokowała mnie – wspomina Agnieszka Purol.

Pacjenci oczekują „czarodziejskiej różdżki”

Specjaliści twierdzą właściwie jednogłośnie, że kontakt z pacjentami, którzy przeszli „instagramowe pranie mózgu” przed rozpoczęciem właściwego leczenia jest o wiele trudniejszy. – Takie osoby podchodzą do lekarzy z dużą nieufnością, rezerwą. Nic dziwnego. Zostały wcześniej zindoktrynowane przez „instagramowych znachorów” często w agresywny sposób – zaznacza dr Kamil Karpowicz.

Podobnie do sprawy podchodzi Agnieszka Purol. – Obserwuję brak zrozumienia tego, że problemy medyczne najczęściej są złożone. To, że u jednego pacjenta konkretny lek zadziałał, nie oznacza, że u drugiego przebieg choroby i leczenia będzie dokładnie taki sam – zaznacza. Dr Karpowicz twierdzi, że pacjenci po „instagramowej indoktrynacji” oczekują „czarodziejskiej różdżki” i nagłego wyleczenia.

– Te osoby chcą takich samych efektów, jakie obiecała im instagramowa medycyna alternatywna. To jest przeważnie niemożliwe, ponieważ procesy medyczne, zwłaszcza w onkologii, są o wiele bardziej skomplikowane – podkreśla.

Lekarze muszą więc walczyć nie tylko z chorobami, ale także z fałszywymi informacjami, które docierają do pacjentów właściwie ze wszystkich stron niemal codziennie, bo współpraca pomiędzy specjalistą a pacjentem jest ważna dla skuteczności leczenia. Pacjent powinien czuć, że jest w dobrych rękach. Wówczas staje się o wiele bardziej spokojny.

– Najważniejsze jest to, by dać pacjentowi poczucie bezpieczeństwa. Zaznaczyć, że nawet jeżeli coś niepokojącego będzie się działo, to są metody, które temu zaradzą i są ludzie, którzy w takiej sytuacji pomogą – mówi onkolog. I to nie zawsze jest też łatwe.

– Wystarczy jeden niewłaściwy tekst czy oceniający komentarz, a zaufanie pacjenta do lekarza zostanie nadszarpnięte na długi czas. Trzeba być uważnym, by pacjent nie pomyślał sobie: „może ten człowiek, który tak fajnie i prosto w 90 sekund na instagramowej rolce wyjaśnił mi cały problem, streścił całą medycynę, ma rację” – stwierdza dr Karpowicz, twórca profilu „Onkolog bez granic”.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET