Fatalne wyniki matury z polskiego. "To nieporozumienie. Jeden błąd dyskwalifikuje całą pracę"
- Matura z języka ojczystego na poziomie rozszerzonym powinna inspirować ludzi, zachęcać do interesowania się kulturą. Jak walnie się te osoby obuchem w głowę tak, że stracą przytomność, bo okaże się, że mogą otrzymać zero punktów za maturę, to będą trzymać się z daleka od kultury. Szkoła wykonuje tu krecią robotę. Zamiast tworzyć elity, niszczy je - komentuje wyniki matury 2024 z polskiego rozszerzonego Dariusz Chętkowski, polonista.
Aleksandra Pucułek: - 19 proc. osób uzyskało 0 punktów z matury rozszerzonej z polskiego. Średni wynik to 42 proc. Pod tym względem polski bije na głowę inne przedmioty, w tym matematykę. Coś jest nie tak. Co?
Dariusz Chętkowski, polonista w XXI LO w Łodzi, prowadzący BelferBlog: - Na pewno problemem jest to, że na egzaminie rozszerzonym jest tylko wypracowanie. Gdy była tworzona nowa formuła matury, przewidziano również test tak jak na poziomie podstawowym. Wtedy nawet gdyby ktoś nie napisał wypracowania, albo otrzymał z niego zero punktów, to zdałby maturę, ponieważ za test można dostać wymagane minimum, czyli 30 proc. Test na rozszerzeniu jednak odwlekano, przesuwano i ostatecznie go nie ma. Zostało samo wypracowanie, które można zdyskwalifikować z powodu błędu kardynalnego.
Hasło "błąd kardynalny" pojawia się co roku przy okazji matur. Wyjaśnijmy, o co z nim chodzi.
- Np. ktoś odwołując się do „Sklepów cynamonowych”, bo te pojawiły się w tym roku, popełni błąd rzeczowy, twierdząc, że dotyczą one Powstania Warszawskiego. Albo źle wyjaśni pojęcie synkretyzmu, którego dotyczył jeden z tematów. W ten sposób popełni błąd kardynalny.
To jest nieporozumienie. Tego nie ma na żadnym innym przedmiocie, że dyskwalifikuje się cały wysiłek maturzysty z powodu jednego błędu, który przy stresie może się zdarzyć. A taka wiedza to jest ułamek całej wiedzy humanistycznej. To tak jakby człowiek chodził do klasy biologiczno-chemicznej przez cztery lata, uczył się kolejnych zagadnień z chemii, a cały egzamin dotyczyłby tylko tlenu. Jeśli popełniłby jeden błąd w kwestiach związanych z tym jednym pierwiastkiem, to cała nauka na nic.
Egzaminatorzy mówią, że przecież maturzysta mógł wybrać drugi temat, jeśli pierwszego nie był pewny. Ale tak mówi człowiek, który potrafi od razu ocenić, który wybór jest lepszy. 18-latek czy 19-latek może nie zdawać sobie sprawy, że dokonał złego wyboru, więc brnie w temat, pisze tekst, a potem egzaminator znajduje w tym tekście zgniłe jajo. Cała praca zawiera 60 jajek, ale jedno jest zgniłe i praca dostaje zero punktów. To jedno zgniłe jajo to właśnie błąd kardynalny. Czyli mimo 59 pięknych, dobrych świeżych jaj z powodu tego jednego wadliwego egzaminator dyskwalifikuje cały koszyk.
I aż tyle osób popełniło błąd kardynalny?
- Egzaminator może zdyskwalifikować pracę z różnych powodów. Np. jeśli tekst jest nieargumentacyjny, czyli uczeń zamiast dowodzić, pisze esej, swobodne rozważania, co w humanistyce jest bardzo częste.
Młodzież w większości na maturze woli pisać jednak rozprawkę, bo ten schemat ma opanowany. Od esejów stroni.
- Ale zdarzają się też oczytani intelektualiści, którzy chcieliby napisać swoje przemyślenia w innym stylu. I za to można zdyskwalifikować. Tak samo jak za nieuwzględnienie materiału, który był wskazany w temacie wypracowania. Czyli jeśli w tym roku pojawiły się „Sklepy cynamonowe”, a maturzysta w ferworze pisania, przedstawiania kolejnych rozważań nie odwołał się do wybranego opowiadania, to znów ma zero punktów.
To tak jakbym poszedł do sklepu kupić bułkę tartą i wziąłbym chleb, masło, a o bułce zapomniał. I co teraz? Mam wszystkie te zakupy wyrzucić, czy jednak powinienem je wykorzystać? To są częściowo dobre zakupy, nie zerowe. Mogą się przydać. Czyli mamy tu błąd systemowy. Z powodu braku nawiązania do lektury egzaminator może zdyskwalifikować całą pracę.
Może, ale nie musi.
- Nie musi i tu jest pies pogrzebany. Egzaminator może znaleźć inne wartości takiej pracy i nie oceniać jej na zero. Tak zawsze się robiło. Natomiast z jakiegoś powodu w tym roku prawie 10 tysięcy maturzystów zdyskwalifikowano. Wydaje mi się, że musiał być jakiś nacisk CKE na egzaminatorów.
Procedura wygląda tak, że osoby, które sprawdzają prace, zanim dokonają dyskwalifikacji, pytają o to osoby nadzorującej. Ta ewentualnie pyta jeszcze swojego przełożonego. Przypomina to „Proces” Kafki. Pierwszy urzędnik nic nie może, drugi nic nie może, a potem jakiś anonimowy człowiek przysyła rozkaz, żeby dyskwalifikować.
Ludzie powinni dostawać rzeczową informację, jaki poziom reprezentują. A nikt nie reprezentuje poziomu zerowego. Zresztą nawet system oceniania nie przewiduje oceny zero. Pierwsza ocena, jaka jest najniższa, to jeden. To są jakieś zbójeckie metody, żeby ludziom dawać zero, zwłaszcza jeśli napisali wypracowanie.
Nie rozumiem, czemu ma to służyć, po co to.
- Każda instytucja lubi sprawować władzę. Jak pani pójdzie do urzędu, to urzędnik zamiast wstać, przywitać się, wyciągnąć rękę, czasem nawet nie oderwie wzroku od papierów.
Pokazuje w ten sposób, kto tu rządzi.
- Tak. Klient staje się przeszkodą w jego pracy. Tylko on nie rozumie, że dzięki tym klientom ma pracę. Centralna Komisja Egzaminacyjna i podległe jej oddziały okręgowych komisji prawdopodobnie zapomniały, że ich celem jest troska o uczniów, ułatwienie im tego egzaminu, a nie znajdowanie słów, o które młodzież się potknie. Polecenie tematu wypracowania powinno być proste jak podanie ręki, żeby maturzysta nie zastanawiał się, co rozumiał twórca tego polecenia, jak wstrzelić się w jego oczekiwania, ale żeby od razu zaczął pisać, wykazując się swoją wiedzą.
Nie ma gorzej skonstruowanego egzaminu niż poziom rozszerzony z polskiego. Tak kiedyś usłyszałam od polonistki. Zgadza się pan z tym?
- Tak, ten egzamin tym bardziej jest ułomny, że był pomyślany jako podwójny, czyli składający się z testu i wypracowania. Test amputowano, więc egzamin został kaleki.
Czyli przede wszystkim kuleje konstrukcja egzaminu, ale również kryteria oceniania.
- Tak. Przede wszystkim trzeba się zastanowić, co jest celem egzaminu. Matura z języka ojczystego na poziomie rozszerzonym powinna inspirować ludzi, zachęcać do interesowania się kulturą, żeby ci ludzie tworzyli elity, dawali przykład, że można czytać książki, czasopisma. Jak walnie się te osoby obuchem w głowę tak, że stracą przytomność, bo okaże się, że mogą otrzymać zero za maturę, to będą się trzymać z daleka od kultury. Będą zniechęceni do pisania. Zwłaszcza, że ci, którzy zdawali np. geografię czy chemię i mieli minimalną wiedzę, to jednak ileś procent dostali. Szkoła wykonuje tu krecią robotę. Zamiast tworzyć elity, niszczy je.
Ale jak tu mówić o elitach skoro pojęcie synkretyzmu i jedna z lektur obowiązkowych sprawiły problem?
- Synkretyzm może występować w teologii, w architekturze, w filozofii i w każdej z tych nauk ma nieco inne znaczenie. Jeśli na polskim maturzysta nie słyszał akurat o tym zagadnieniu, to wiedza z innych przedmiotów na niewiele mu się zdała, mimo że rozumiał to pojęcie. Uczeń, w przeciwieństwie do polonisty, chodzi na różne lekcje i mogło mu się też to zwyczajnie pomylić.
Jakie będą skutki takich wyników matury 2024? Coraz mniej osób będzie decydowało się na maturę rozszerzoną z polskiego?
- Ale skutki powinni odczuć sprawcy nie ofiary. Jak ktoś zostanie pobity na ulicy, to pozostali mieszkańcy mają tamtędy nie chodzić? Raczej należy zapewnić tam bezpieczeństwo, chodzić jak najczęściej i sprawdzać, gdzie są bandyci.
Centralna Komisja Egzaminacyjna powinna więc raz na zawsze skończyć z dyskwalifikacją całej pracy z powodu jakiegoś błędu. Cokolwiek uczeń napisał, należy to ocenić. Za błędne rzeczy trzeba przyznawać zero punktów, ale za te dobre - dawać punkt. Oczywiście można ucznia dyskwalifikować np. za wniesienie telefonu na salę. Tak jak sportowców za np. niedozwolone środki, doping. Ale nie dyskwalifikuje się ich za to, że np. źle wykonają rzut rożny. Za to nie ma czerwonej kartki. Po prostu przyznaje im się lepszą lub gorszą ocenę. Ale nie zerową.
Jak powinna więc wyglądać matura rozszerzona z polskiego?
- Na pewno nie może być tak, że to, co lubię, to wszyscy mają jeść. Należy uwzględnić wszystkie apetyty, a teraz przeważa teoria literatury. Trzeba przywrócić równowagę, zdrowy rozsądek, powołać gremium fachowców, które by określiło, czym jest wiedza humanistyczna, polonistyka i z czego można pytać.
I to powinno być grono fachowców, które ma duże doświadczenia w pracy z uczniami, bo niektórzy pracownicy OKE i CKE, owszem kiedyś byli zapewne świetnymi nauczycielami, ale dziś mają 20-letnią przerwę w pracy w szkole i wyobrażają sobie, że młodzież jest taka, jak 20 lat temu. Mamy internet, media społecznościowe, smartfony. Ludzie są zupełnie inni.
Źródło: Radio ZET
- Stos błędów, powtórzeń i anglicyzmów. Dzisiejsza młodzież nie potrafi mówić po polsku
- "Witamy w domu starców”. W ciągu roku ze szkół znikło 20 tys. najmłodszych nauczycieli
- „Gdyby nie to, w edukacji przeskoczylibyśmy Finlandię.” Co robi nam hałas w szkole?
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET