Stos błędów, powtórzeń i anglicyzmów. Dzisiejsza młodzież nie potrafi mówić po polsku
- Regres umiejętności mówienia jest porażający - to jeden z pierwszych wniosków po maturach ustnych, jaki przyszedł na myśl Oli Korczak, nauczycielce polskiego. I na egzaminach problem się nie kończy. - W przyszłości takie osoby nie będą walczyć o swoje prawa pracownicze, nie będą protestować, gdy stanie im się krzywda. Będą nieporadne społecznie - przewiduje polonistka.
Aleksandra Pucułek: - Niedawno rozmawiałam ze znajomym licealistą. Gdy spytałam go o szkołę, wszystko było „fajne”, albo „niefajne”. Trudno mu było skonstruować zdania złożone. Jeśli już to zrobił, to brzmiały tak, jakby uczył się dopiero polskiego. Mylił końcówki, stosował bezokoliczniki. Dłuższa wypowiedź ewidentnie sprawiała mu problem. Potem zobaczyłam pani wpis w mediach społecznościowych, zaczynający się od stwierdzenia: „Dzisiejsza młodzież nie potrafi mówić po polsku”.
Ola Korczak, nauczycielka języka polskiego, etyki i filozofii, wyróżniona w konkursie Nauczyciel Roku: - Nie potrafi, ale nie mówię tego, żeby ponarzekać na młodzież. Wiem, że wynika to z przyczyn systemowych i jest to powszechny problem. Nie dotyczy tylko tych kilkudziesięciu czy kilkuset osób, u których sprawdzałam umiejętności językowe na maturze. Ogromna większość dzisiejszych nastolatków nie jest w stanie skonstruować kilkuminutowej wypowiedzi bez stosu błędów, powtórzeń. Regres umiejętności mówienia jest porażający.
Jakie błędy najczęściej popełniają, co świadczy o tym, że nie potrafią mówić po polsku?
- Zestawiają ze sobą wyrazy w sposób niepoprawny, używają nieprawidłowej łączliwości. Jest to zresztą powszechnie występujący błąd, nie tylko wśród młodzież.
Czyli kontaminacje językowe.
- Tak. Najbardziej rozpowszechnionym przykładem tego rodzaju błędu jest „pełnić funkcje” i „odgrywać rolę”. Zamiast tego mówią „odgrywać funkcję” albo „pełnić rolę”. Czasem też stosują zły przypadek, złą odmianę. Niepokoją mnie jednak szczególnie anglicyzmy. Kalki z języka angielskiego są uderzające. Jednego dnia parokrotnie usłyszałam o „personalnym punkcie widzenia”. Domyślam się, że to sformułowanie powstało od angielskiego „personal point of view”, ale po polsku tak się nie mówi.
Dwa razy w ciągu jednego dnia zetknęłam się też ze zdaniem, że „jakiś problem ma koneksję do czegoś”. W ogóle nie rozumiałam, o co chodzi. Musiałam się dłużej zastanowić i dopiero wpadłam na to, że chodzi o angielskie „connection”, czyli „powiązanie z czymś”, które maturzyści spolszczyli do „koneksji”. Owszem, jest to ta sama rodzina wyrazów, ale w języku polskim ma zupełnie inne zastosowanie.
To trochę przerażające. Zwłaszcza że mówimy o młodzieży, która nie tylko na co dzień posługuje się językiem polskim, ale też ma taki przedmiot w szkole. Uczy się o języku, pisze wypracowania.
- Przez dwa ostatnie weekendy sprawdzałam matury pisemne i w wypracowaniach pojawiają się te same typy błędów.
Skąd one się biorą, jaki jest powód?
- Zła odmiana albo niepoprawna łączliwość słów wynikają z tego, że ktoś mało czyta, albo bardzo mało mówi po polsku. Ale warto też zwrócić uwagę na kwestie organizacyjne. W tej chwili w szkole średniej są tylko cztery lekcje języka polskiego tygodniowo. Uczniowie szkół średnich mają więc mniej polskiego niż mieli przed reformą, bo przed reformą było na podstawie sześć takich lekcji w tygodniu. Młodzież miała o wiele więcej styczności z samym zagadnieniem języka, intencjonalnym konstruowaniem wypowiedzi.
Poza tym lekcje polskiego odbywają się w pełnym składzie klasy. Zwykle to jest ponad 30 osób, w technikach nawet 40 osób, a lekcje języka angielskiego prowadzone są w 15-osobowych grupach. Nauczyciel ma wtedy o wiele większe możliwości zadbania o to, by każdy się wypowiedział. Jeżeli na lekcjach polskiego jest 30 osób, to może się zdarzyć, że przez cztery lata liceum ktoś nie odezwie ani razu.
Wypowiadanie się na forum klasy może być też stresujące dla wielu osób. Im większa liczba słuchaczy, tym większy stres. Na lekcjach angielskiego słucha już kilkanaście osób, a nie 30 czy 40.
Z drugiej strony język polski mają na co dzień. Nie uczą się go od podstaw w szkole, jak angielskiego, więc stres powinien być mniejszy.
- Tylko uczniowie zdają sobie sprawę z tego, że brzydko mówią po polsku i wstydzą się tego, więc wolą się nie odzywać.
To tym bardziej powinni to ćwiczyć.
- Ale jeżeli mam świadomość, że robię czegoś mało, w tym wypadku mało posługuję się językiem oficjalnym, w dodatku temat, o którym mam mówić, nie sprzyja moim zainteresowaniom i wiem, że będę narażona na duży potencjał robienia błędów, to nie chcę tego robić. Jeżeli np. miałabym jeździć konno, a nie robiłam tego, to tym bardziej się boję, że coś sobie zrobię.
Niestety, system oceniania zaproponowany przez Centralną Komisję Egzaminacyjną, szczególnie w przypadku wypracowań, nastawiony jest też na szukanie błędów. Zamiast zaznaczać, czy język jest wystarczający, żeby się komunikować, czy maturzysta posiada szeroki zasób leksykalny, czy jego mowa jest bogata, erudycyjna, to zliczamy błędy. W przypadku wypracowania jest to nieuczciwe, bo uczeń, który popełni 17 błędów w wypracowaniu na 400 słów i uczennica, która popełni tyle samo błędów w dwukrotnie dłuższym wypracowaniu, dostaną tyle samo punktów za język.
A na ten wstyd, strach i brak podejmowania prób, by coś wyćwiczyć, nie wpływa też obecne wychowanie? Dziecko musi być we wszystkim najlepsze, jeśli nie jest, to rodzic za nie coś zrobi, żeby jednak było najlepsze. Dzieci nie uczą się w ten sposób na swoich błędach, boją się je popełnić.
- Myślę, że to kwestia klasowa. Bardziej niż kiedykolwiek utrwala się podział na uczniów, których rodzice mają więcej czasu na rozmowy z nimi i uczniów, którzy wracają do domu i nikt ich nie pyta, jak było w szkole. Są osoby, które mają nawyk czytelniczy wyniesiony z domu, pewne zaplecze intelektualne, ale też ekonomiczne, więc mogą pozwolić sobie na dodatkowe zajęcia. I są osoby, których rozwojem intelektualnym nikt się w domu nie opiekuje.
Niestety, to wszystko jest ze sobą powiązane. Tak samo jak dziedziczy się pewien potencjał ekonomiczny, tak samo dziedziczy się nawyki intelektualne. Niby wszyscy wiemy o tym podziale, ale on jest teraz jak nigdy mocno widoczny.
Zamiast wyrównywać poziom, kopiemy – jak to ujęła kiedyś jedna z psycholożek – Rów Mariański między dziećmi.
- Tak. W ostatnich latach często słyszymy hasła, że polscy uczniowie są przepracowani, że spędzają za dużo czasu w szkole. Zgodnie ze średnią OECD wcale nie różnią się pod tym względem od rówieśników z innych krajów europejskich. Zastanawiający jest tylko rozkład zajęć.
Polskie dzieci w klasach 1-3 mają cztery, pięć godzin dziennie, czyli teoretycznie kończą lekcje o godz. 11, 12. W klasach 4-6 jest podobnie, a potem nagle w klasach 7-8 mają 35 lekcji tygodniowo. Tak samo jest w szkole średniej. Właśnie wtedy potrzebują czasu na samodzielne rozwijanie swoich zainteresowań.
Jednocześnie w tych najmłodszych klasach, gdy rozwój dziecka następuje bardzo dynamicznie, niektórzy uczniowie wracają do domu o 12 i będą albo oglądać telewizję, albo uzależniać się od gier internetowych. A niektórzy wyjdą ze szkoły i będą mieć lekcje gry na flecie, francuski, balet. I mamę, która czyta im na dobranoc. Są dzieci, którym w domu nikt nie przeczytał ani jednej książki. To wszystko rzutuje na potencjał wypowiadania się.
Do tego dołóżmy scrollowanie treści, nie czytanie, tylko przewijanie tytułów. O dłuższych treściach nie ma mowy, więc mózg dzieci, młodzieży się do nich nie przyzwyczaja.
- Jeśli czytają w internecie, to często po angielsku i to może potęgować problem, o którym mówimy.
Napisała pani, że oczekuje minimum komunikacyjnego w sytuacji oficjalnej. Czyli dokładnie czego?
- Gdy słucham uczennicy, która np. wylosowała temat o przemianie duchowej człowieka na przykładzie Kmicica z „Potopu”, jestem w stanie się domyślić, co chce powiedzieć, bo znam cały kontekst. Gdybym nie wiedziała, że chodzi o Kmicica, gdybym nie znała treści lektury, to nie zrozumiałabym, o czym uczennica mówi, bo jej mowa jest tak nieforemna, pomijająca kluczowe wyrazy dla szyku zdania. Zdarzają się uczniowie, którzy nie do końca potrafią powiedzieć, o co im chodzi, a my egzaminatorzy domyślamy się, co stoi za ich wypowiedzią, jaka tam jest teza.
Do czego to prowadzi?
- Poczucie stresu, lęku, wstydu, które towarzyszy tak nieforemnym wypowiedziom, sprawia, że młodzież będzie nieporadna społecznie. Będzie się krępowała podejść do nauczyciela, wychowawcy, załatwić jakieś sprawy w sekretariacie. A w przyszłości takie osoby nie będą walczyć o swoje prawa pracownicze, nie będą protestować, gdy stanie im się krzywda.
Być może to skrajne przypadki, ale uważam, że jeżeli postrzegamy szkołę jako część systemu, to jedną z jej funkcji jest przygotowanie ludzi do życia obywatelskiego. Co to za obywatel, który nie potrafi wyartykułować swoich potrzeb, praw. To nie jest wina uczniów, nauczycieli, tylko systemu, sposobu organizacji lekcji i obecnej formuły podstawy programowej. Niby są w niej zagadnienia o posługiwaniu się językiem, tylko, niestety, podstawa programowa musi być podporządkowana wymaganiom edukacyjnym.
Uczniów czeka matura, której się boją, więc w praktyce lekcje są przez nią zdeterminowane. I trudno temu stawiać opór, bo to są marzenia, obawy moich uczniów. Jeżeli więc potrzebują czuć się przygotowani do matury, to za tym podążam. Tylko w tej chwili przygotowanie do matury to przede wszystkim drobiazgowe utrwalanie treści lektur. Przez te powtórki z lektur, encyklopedyczne podejście do ich treści, nie ma już kiedy ćwiczyć języka.
Zaprzepaszczamy potencjał polskich nauczycieli, którzy z wykształcenia są nie tylko literaturoznawcami, ale też filologami. Potrafią więc poprawnie mówić i pisać po polsku, ale nie mają kiedy się tym podzielić. Zaprzepaszczamy też potencjał młodych Polaków i Polek, którzy są w stanie kształtować swoje umiejętności językowe, ale nie mają kiedy.
Nie usprawiedliwiamy w tym momencie trochę młodych ludzi, którzy przecież mogą czytać inne książki niż szkolne lektury, i rodziców, którzy zamiast dania telefonu czy laptopa mogliby jednak poczytać dzieciom?
- Należę do osób, które idealistycznie patrzą na szkołę i postrzegają jej rolę jako kluczową w kształtowaniu przyszłego pokolenia. Życzyłabym sobie, żeby wszyscy rodzice ambitnie i świadomie podchodzili do kształcenia swoich dzieci, ale nie mam na to wpływu. Jedyne co mogę, to naświetlać problemy polskiego szkolnictwa. Widzę szkołę jako miejsce, które powinno wyrównywać szanse, niwelować niesprawiedliwości społeczne. Niestety, szkoła tego nie robi.
Źródło: Radio ZET
- Epidemia dysleksji. Jedna czwarta maturzystów ma stwierdzone trudności w nauce
- Edukacja zdrowotna za rok w szkołach. "WDŻ mógłby być ciekawy, ale uczniowie przychodzą zniechęceni"
- Polonista o kanonie lektur: Może być obszerny, gdyby uczeń z niego wybierał jak z pudełka czekoladek
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET