Jarosław umierał przed izbą przyjęć dużego szpitala. Nikt mu nie pomógł. „Przeżyłem cudem”
- Stał skulony, ledwo łapał powietrze, ale dzwonił tym dzwonkiem. I nic. Cisza. Nikt do nas nie wyszedł, nie otworzył drzwi - opowiada portalowi RadioZET.pl Anna Grabowska. Kilka dni temu z mężem przechodzącym poważny zawał serca dobijała się do izby przyjęć dużego szpitala w Lublinie. Nie otrzymali pomocy, mimo że w środku powinni być lekarz i dwie pielęgniarki. Do innej placóki zabrała go karetka. Co na to dyrekcja i NFZ?
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego Jarosław Brodziak nie otrzymał pomocy w szpitalu w Lublinie.
- Jakie mogły być konsekwencje nieudzielenia pomocy mężczyźnie.
- Ile trwała akcja przy ul. Herberta w Lublinie.
- Jakie kroki podjęła dyrekcja szpitala i NFZ w związku z sytuacją.
Na wspomnienie wydarzeń sprzed ponad tygodnia Annie nadal trudno opanować emocje. Z jednej strony cieszy się, że męża udało się uratować, bo sytuacja była bardzo poważna. Jarosław przeszedł operację w innym szpitalu. Kardiolodzy powiedzieli, że miał dużo szczęścia. Z drugiej, Anna nie może uwierzyć, że w lecznicy, gdzie szukali pomocy nikt nie zareagował. Mimo że cała akcja przed izbą przyjęć mogła trwać ponad pół godziny.
Zweryfikowaliśmy tę relację w kilku źródłach. Wszystkie potwierdzają wersję Jarosława i Anny. - Pracuję w służbie zdrowia grubo ponad 30 lat, ale takie sytuacje powodują, że krew się we mnie gotuje. Trzeba je nagłaśniać. Nie może być tak, że ktoś potrzebuje pomocy, jedzie do dużego szpitala w stolicy województwa i nie tylko jej nie otrzymuje, ale nawet nikt mu nie otwiera drzwi. To niewytłumaczalne - mówi doświadczony lekarz, któremu opisujemy sprawę.
Szpital zamknięty na głucho. Jarosław nie otrzymał pomocy
Było przed godz. 2 w nocy z soboty na niedzielę, z 15 na 16 sierpnia. 41-letniego Jarosława Brodziaka obudziły dreszcze i niepokój. Chwilę później pojawiły się biegunka i wymioty. Zaczęło go ściskać w klatce piersiowej. Myślał, że to zgaga, może zatrucie pokarmowe, bo wieczorem najadł się fast foodów. Żony nie chciał budzić.
Anna i tak wstała, bo usłyszała hałas. Zrobiła mężowi ciepłą herbatę. Miała pomóc na zarucie. Nie pomogła. Było coraz gorzej. Jarosław miał trudności z oddychaniem, ból w klatce piersiowej był coraz silniejszy. - To było dziwne uczucie, nigdy z czymś takim się spotkałem. Bolały mnie ręce, szczęka, nie mogłem złapać oddechu. Mieliśmy zadzwonić na 112, ale stwierdziliśmy, że zanim dojedzie karetka, to szybciej dotrzemy do szpitala sami - wspomina Jarosław Brodziak.
Postanowili, że pojadą do lecznicy na ul. Herberta w Lublinie. Z domu mają tam niespełna trzy kilometry. Maksymalnie pięć minut jazdy. W nocy, gdy nie ma ruchu, a światła są wyłączone nawet mniej.
Wyszli przed godz. 3. Po chwili byli przy izbie przyjęć szpitala. - Podeszliśmy pod drzwi, były zamknięte. Ale jest na nich duży napis: „Po 22 proszę dzwonić dzwonkiem”. Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się zaświeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić - dodaje Anna Grabowska.
Jarosław, będąc już prawie na kolanach, trzymał rękę na przycisku. Mimo tego na korytarzu szpitala panowała głucha cisza, drzwi nadal były zamknięte. Po około pięciu minutach bezskutecznego dobijania się Anna zadzwoniła po karetkę pogotowia. Ambulans podjechał w okolice szlabanu przed izbą przyjęć szpitala na ul. Herberta. Ratownicy medyczni zabrali Jarosława do pojazdu, wykonali EKG. - Jeden z nich, gdy zobaczył wynik chciał powtarzać badanie, ale drugi powiedział, że nie ma sensu. Trzeba szybko jechać na kardiologię. Po chwili na sygnale ruszyli do szpitala MSWiA na ul. Grenadierów - relacjonuje żona Jarosława.
Wejście do izby przyjęć szpitala przy ul. Herberta w Lublinie
Nikt ze szpitala nie pomógł. Jarosław cudem uniknął śmierci
Obie lecznice dzieli niespełna pięć kilometrów. Karetka pokonała je błyskawicznie. Dalej był SOR i decyzja o przewiezieniu na salę operacyjną. Rozpoznanie: Ostry zawał serca pełnościenny ściany prawej. To stan zagrożenia życia, do którego dochodzi w wyniku nagłego zablokowania przepływu krwi w tętnicy wieńcowej. Jarosław miał szczęście, że ratunek przyszedł na czas. Lekarze błyskawicznie przeprowadzili zabieg koronarografii. - Później powiedzieli mi, że to ten tzw. wdowi zawał. Że do rana bym nie dożył. Ale cudem żyję. Mam też całą siatkę leków na najbliższe cztery miesiące - mówi portalowi RadioZET.pl Jarosław. W szpitalu MSWiA spędził równo tydzień. Wyszedł o własnych siłach z długą listą zaleceń. Dieta, spacery, koniec z papierosami, leki i regularne kontrole.
Zarówno on, jak i jego żona Anna zgodzili się opowiedzieć tę historię, żeby przestrzec inne osoby. - Ja nie wiem, czy ten szpital funkcjonuje, czy nie funkcjonuje. Na co dzień mieszkamy i pracujemy za granicą, kilka razy w roku przyjeżdżamy do kraju. Uznaliśmy, że szpital to miejsce, gdzie powinniśmy otrzymać pomoc, ale może się pomyliliśmy, może czegoś nie wiedzieliśmy. Jeżeli ktoś w nocy będzie potrzebował pomocy to raczej na Herberta jej nie uzyska. Dla porównania powiem, że chwilę po interwencji karetki pojechałam na Grenadierów. Wystarczyło, że zadzwoniłam dzwonkiem i już doktor był przy drzwiach – porównuje Anna Grabowska.
Według niej całe zdarzenie, od przyjazdu na izbę przyjęć, przez próbę dostania się do szpitala, po wezwanie karetki, badanie Jarosława przez ratowników medycznych po decyzję o przewiezieni go do innej placówki, mogło trwać nawet pół godziny. Mimo że ambulans stał z włączonymi sygnałami świetlnymi nikt ze szpitala przy ul. Herberta nie wyszedł przed budynek i nie zainteresował się tym, co się dzieje.
Po rozmowie z Anną i Jarosławem w poniedziałek wieczorem wybraliśmy się do izby przyjęć. Jednego z pracowników przed budynkiem zapytaliśmy, czy w nocy ktoś tu dyżuruje i czy dzwonek działa. - Tak, zawsze ktoś tu jest – zapewnia mężczyzna w zielonym fartuchu. Gdy opowiadamy sytuację sprzed kilkunastu dni, kwituje krótko: - Niemożliwe.
Na dyżurze powinien być lekarz i dwie pielęgniarki
Jednak wersję Anny i Jarosława potwierdza Alicja Ciechan, zastępca dyrektora ds. lecznictwa Wojewódzkiego Pogotowia Ratunkowego w Lublinie. Jak mówi w rozmowie z portalem RadioZET.pl dyspozytor otrzymał zgłoszenie o godz. 3.19, a zespół pogotowia interweniował przy izbie przyjęć na ul. Herberta i zawiózł pacjenta do lecznicy na ul. Grenadierów w Lublinie.
Budynek przy ul. Herberta jest częścią Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie. To jedna z największych placówek na Lubelszczyźnie, rozmieszczona w kilku lokalizacjach na terenie miasta. Kilka lat temu wchłonęła dwa mniejsze szpitale. Podlega marszałkowi województwa Jarosławowi Stawiarskiemu z PiS.
Dyrektorem placówki jest Piotr Matej. W rozmowie z naszym portalem potwierdza, że do opisanej przez nas sytuacji doszło, a szpital podjął już działania mające na celu jej wyjaśnienie. „W czasie objętym zgłoszeniem w Izbie Przyjęć dyżur powinny pełnić zgodnie z obowiązującym harmonogramem pracy dwie pielęgniarki, z zabezpieczeniem lekarza dyżurnego. W lokalizacji Szpitala przy ul. Herberta w tym dniu obecny był lekarz dyżurny, który – zgodnie z przyjętą organizacją udzielania świadczeń zdrowotnych – powinien być niezwłocznie wezwany przez personel pielęgniarski Izby Przyjęć.” - przyznaje w odpowiedzi na nasze pytania Piotr Matej.
I dodaje: „Szpital stoi jednoznacznie na stanowisku, że każdy pacjent zgłaszający się do Izby Przyjęć powinien zostać odpowiednio przyjęty przez personel, a jego stan zdrowia powinien zostać oceniony w sposób umożliwiający podjęcie adekwatnych działań medycznych. Obowiązek ten ma szczególne znaczenie w porze nocnej, kiedy możliwość uzyskania pomocy medycznej w innych miejscach może być ograniczona.”
W odpowiedzi czytamy też, że według wstępnych ustaleń sposób postępowania personelu nie był właściwy. Dyrektor wezwał wspomniane osoby z personelu do złożenia wyjaśnień. Nie wyklucza konsekwencji dyscyplinarnych. Decyzje mają zapaść w ciągu kilku dni. Niezależnie od nich wydał już personelowi polecenia „przypominające i porządkujące” zasady postępowania z osobami zgłaszającymi się do izby przyjęć, szczególnie w nocy. Według Mateja wcześniej nie było skarg, ani zgłoszeń dotyczących nieprawidłowości przy ul. Herberta w godzinach nocnych.
NFZ: izba przyjęć powinna działać 24 godziny na dobę
Sprawą, po naszej interwencji zajmuje się już lubelski oddział Narodowego Funduszu Zdrowia. Według informacji przekazanej przez jego rzeczniczkę Małgorzatę Bartoszek izba przyjęć przy ul. Herberta jest objęta umową z lubelskim oddziałem NFZ i powinna funkcjonować 24 godziny na dobę.
„Zadaniem izby przyjęć jest m.in. udzielanie ambulatoryjnej pomocy doraźnej w trybie nagłym osobie znajdującej się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego.” - przyznaje rzeczniczka. Dodaje, że od stycznia tego roku do 26 sierpnia do Funduszu nie wpłynęły żadne skargi od pacjentów. Przerw w udzielaniu świadczeń nie zgłaszał także szpital.
„W celu wyjaśnienia sprawy zwróciliśmy się do dyrekcji szpitala o informacje w tej sprawie.” - informuje Małgorzata Bartoszek. Dodaje też, że pacjenci lub ich rodziny również mogą składać skargi na funkcjonowanie placówek służby zdrowia, które mają kontrakt z Funduszem.
Anna z Jarosławem na razie nie planują tego robić. - Po tym szkoda nam nerwów na szarpanie się ze szpitalem. Zwłaszcza, że mam się oszczędzać. Cieszę się, że żyję i staram się nie myśleć co by było, gdyby pomoc nadeszła zbyt późno. Mam tylko nadzieję, że ktoś naprawdę wyciągnie wnioski z tej sytuacji. Tak, żeby ktoś podobnej nocnej wizyty w szpitalu nie przypłacił życiem – podsumowuje Jarosław Brodziak.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET