Po skandalu na izbie przyjęć w Lublinie. NFZ nakłada karę, dyrektor zwalnia dyscyplinarnie

5 min. czytania
09.09.2026 09:36
Obserwuj nas na Google

Kilkadziesiąt tysięcy złotych kary od Narodowego Funduszu Zdrowia oraz zwolnienia dyscyplinarne dwóch osób. To efekt ujawnionego przez RadioZET.pl skandalu na izbie przyjęć szpitala w Lublinie. Personel nie słyszał dobijającego się pacjenta z zawałem serca. Mężczyznę uratowano w ostatniej chwili w innym szpitalu.

Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie
fot. Piotr Kozłowski

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jaką karę NFZ nałożył za nieudzielenie pomocy pacjentowi z zawałem serca.
  • Jakie decyzje dyscyplinarne podjął dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie.
  • Co w najbliższym czasie planuje prokuratura w sprawie opisanej przez RadioZET.pl.

"Lubelski Oddział NFZ otrzymał wyjaśnienia z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Lublinie w przedmiotowej sprawie. Wynika z nich, że przyczyną zaistniałej sytuacji były zaniedbania dwóch pracowników personelu pielęgniarskiego, którzy nie dopełnili swoich obowiązków. Za nieudzielenie pacjentowi pomocy w Izbie Przyjęć przy ulicy Herberta w Lublinie Lubelski Oddział NFZ nałożył na szpital karę w wysokości 30 tys. zł." - informuje RadioZET.pl Małgorzata Bartoszek rzeczniczka lubelskiego oddziału NFZ.

To jednak nie koniec. Dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie Piotr Matej podjął decyzję o zwolnieniu dyscyplinarnym dwóch osób pełniących dyżur w lecznicy przy ul. Herberta. Są to pielęgniarz i pielęgniarka z długoletnim stażem. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Cały czas postępowanie prowadzi prokuratura. Na najbliższe dni zaplanowano kolejne czynności.

Jarosław umierał przed szpitalem. Nikt z personelu mu nie pomógł

Przypomnijmy. Chodzi o zdarzenie, do którego doszło w nocy z 15 na 16 sierpnia. Jarosława Brodziaka w nocy obudziły dreszcze i niepokój. Później pojawiły się biegunka i wymioty. Myślał, że to zatrucie pokarmowe. Ale sytuacja dość szybko się pogarszała. Mężczyzna zaczął odczuwać mocny ucisk w klatce piersiowej. Wspólnie z żoną zdecydowali, że pojadą do szpitala. Uznali, że kartki nie ma sensu wzywać, bo mieszkają blisko lecznicy przy ul. Herberta w Lublinie. Byli w niej po kilku minutach.

Tuż po godz. 3 w nocy byli już przy izbie przyjęć. - Podeszliśmy pod drzwi, były zamknięte. Ale jest na nich duży napis: „Po 22 proszę dzwonić dzwonkiem”. Jarek na wpół skulony dzwonił. Ja zaglądałam przez drzwi, próbowałam znaleźć kogoś z personelu. W holu był półmrok. Liczyliśmy na to, że zaraz światło się zaświeci i ktoś do nas wyjdzie. Pielęgniarka, lekarz, może portier czy ochroniarz. Ktokolwiek, kto nam powie, co mamy robić - opisywała Anna Grabowska, żona Jarosława Brodziaka.

Mimo wielu prób nikt nie otworzył. Po około pięciu minutach Anna wezwała karetkę   pogotowia. Zespół zjawił się w ciągu kilku minut. Ratownicy medyczni wykonali badnie EKG i od razu stwierdzili, że Jarosław przechodzi właśnie poważny zawał serca. Sprzed izby przyjęć przy ul. Herberta błyskawicznie zawieźli go do innej lubelskiej placówki - oddalonego o około pięć kilometrów szpitala   MSWiA. Tam mężczyzna od razu trafił na stół operacyjny. Przeszedł zabieg koronarografii. Od lekarzy miał usłyszeć, że przeżył cudem.

Z relacji Anny Grabowskiej wynika, że cała sytuacja, od chwili, gdy przyjechała z mężem do izby przyjęć, przez próbę dostania się do budynku szpitala, po przyjazd karetki i odwiezienie Jarosława do innego szpitala mogła trwać nawet pół godziny. Mimo tego nikt z izby przyjęć nie wyszedł na zewnątrz.  Tę dramatyczną historię opisaliśmy szczegółowo na RadioZET.pl w czwartek 27 sierpnia.

Redakcja poleca

NFZ oczekuje wyjaśnień, dyrektor zawiadamia prokuraturę

Po naszej publikacji dyrektor szpitala Piotr Matej przeprosił pacjenta, przyznał się do zaniedbań ze strony personelu i wszczął postępowanie dyscyplinarne. Wprowadził szereg zmian w lecznicy. Złożył też do prokuratury zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. W czwartek 10 września ma być przesłuchany w tej sprawie.

Natomiast w środę 9 września przekazał nam informacje dotyczące konsekwencji dyscyplinarnych wobec personelu. Tak jak wspominaliśmy pielęgniarz i pielęgniarka zostali zwolnieni z lecznicy. Z wcześniejszej odpowiedzi dyrektora wynikało jednak, że w szpitalu na dyżurze powinien być też lekarz. Dlaczego jego nie spotkały żadne konsekwencje? Jedna z osób, z którą rozmawialiśmy, zwraca uwagę na organizację pracy w szpitalu przy ul. Herberta. - Tam nie ma lekarza dyżurnego izby przyjęć. Kiedy zgłasza się pacjent pielęgniarki, w zależności od potreby, dzwonią po lekarza pełniącego dyżur na którymś z oddziałów. O tym już pan dyrektor nie powiedział - zauważa nasz rozmówca.

Dyrektor Matej przyznaje, że tak wygląda sytuacja. - Rzeczywiście lekarz dyżurny izby przyjęć to lekarz dyżurujący na innym oddziale. Nie ma sensu zatrudniać kolejnego lekarza na izbie, jeśli jest tam trzech-czterech pacjentów w ciągu nocy. To byłoby marnotrawienie środków publicznych. Pielęgniarki czy pielęgniarze pełniący dyżur mogą ocenić wstępnie stan pacjenta i zdecydować, czy trzeba wezwać lekarza z oddziału, przetransportować chorego, czy też same udzielą mu pierwszej pomocy - mówi Matej.

W tym konkretnym przypadku Jarosława i tak trzeba byłoby zawieść do innego szpitala. Przy ul. Herberta nie ma bowiem kardiologii inwazyjnej. - Jest oddział internistyczny z profilem kardiologicznym. Jednak w przypadku konieczności wykonania zabiegu koronarografii pacjenta trzeba byłoby przetransportować. Nie zmienia to faktu, że personel pielęgniarski, gdyby otworzył drzwi, mógłby wykonać EKG i wezwać naszą karetkę, która zawiozłaby pacjenta do budynku przy al. Kraśnickiej i tam otrzymałby szybko niezbędną pomoc - dodaje dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Lublinie.

Redakcja poleca

Dyrektor: Będę wnioskował o niższą karę od NFZ 

Dyrektor szpitala już zdecydował, że izba przyjęć będzie otwarta przez całą dobę. Przed budynkiem, ale i wewnątrz, przede wszystkim na korytarzach zostaną zamontowane kamery monitoringu. Chodzi o miejsca, gdzie nie są wykonywane czynności medyczne. Wprowadzona została też rotacja personelu, a ochrona będzie mogła wywoływać w dowolnym momencie konkretne osoby, żeby sprawdzić, czy nie zaniedbują obowiązków.

Rzeczniczka NFZ informuje nas, że postępowanie Funduszu zostało już zakończone, a placówka powinna uiścić karę w ciągu 14 dni. Dyrektor Matej mówi jednak, że nie zapłaci od razu. - Będę wnioskował o niższą karę. Te 30 tys. zł to jest duża kwota dla tak zadłużonego, jak nasz, szpitala - mówi. Wojewódzki Szpital Specjalistyczny w Lublinie to jedna z najbardziej zadłużonych placówek w kraju. Jej zobowiązania siegają ponad 741 mln zł.

Prokuratura Rejonowa cały czas prowadzi postępowanie sprawdzające w sprawie. - Oprócz planowanego przesłuchania dyrektora, zapadła decyzja o zabezpieczeniu dokumentacji medycznej pacjenta, nagrań monitoringu i uzyskania dodatkowych wyjaśnień, które mają dać odpowiedź na pytanie, czy należy wszcząć śledztwo. Dyrektor będzie musiał też przedstawić dokumentację z przeprowadzonych czynności wyjaśniających. Konieczne będzie także przesłuchanie pacjenta i jego żony - wylicza prokurator Marcin Kozak, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET