`

Sławomir Broniarz: "Jeżeli ktoś przyjdzie i powie, że wracają gimnazja, to odpowiemy nie"

6 min. czytania
24.10.2023 07:30
Obserwuj nas na Google

- Chciałbym jak najszybciej zapomnieć o tym, że istniało te osiem lat ministerstwa. Ministra Czarnka zapamiętamy z jak najgorszej strony - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Sławomir Broniarz, prezes ZNP. Podwyżki dla nauczycieli, odchudzenie podstawy programowej i powrót do oddzielnych resortów odpowiadających za edukację i naukę. To według niego zadania dla nowego rządu. Co jeszcze?

Szkoła
fot. Grzegorz Bukala/REPORTER

Aleksandra Pucułek: - Co należy zmienić w edukacji w pierwszej kolejności po zmianie władzy?

Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego: - Tematem numer jeden jest dramatyczna sytuacja materialna nauczycieli. Ona wpływa na to, co dzieje się dzisiaj, ale również na przyszłość. W tym kontekście ważne jest to, co powiedział Andrzej Domański (nowo wybrany poseł KO - przyp. red.), który zasugerował, że nauczyciele muszą więcej pracować. Jest to stwierdzenie mało roztropne. Jeżeli ktoś więcej pracuje, to powinien dostać wyższe wynagrodzenie, dlatego że więcej pracuje. A my mówimy o konieczności zwiększenia wynagrodzenia, które dzisiaj nauczyciele otrzymują za pracę.

Poseł elekt zapowiedział, że „w pakiecie” z podwyżkami miałaby iść likwidacja prac domowych. „Jeżeli dajemy nauczycielom 30 proc. podwyżek, to chcemy, żeby też szkoła wzięła na siebie cały ciężar edukacji” - powiedział na antenie Radia ZET. Można to odbierać jako konieczność większego zaangażowania się w pracę niż większą liczbę godzin. Przynajmniej tak niektórzy nauczyciele to interpretowali.

- Praca domowa czasami służy utrwaleniu materiału czy też nauce samodzielnego zdobywania wiedzy przez ucznia. Ale obecnie nauczyciele mając tak kolosalnie rozbudowaną podstawę programową, muszą niektóre zajęcia przerzucać na dziecko i zadawać do domu. Inaczej, cokolwiek by robili, nie zdążą wszystkiego zrobić na lekcji. Odchudźmy więc podstawę, zmodyfikujmy tak, by odpowiadała otaczającej nas rzeczywistości, uwzględniała fakt, że istnieje Internet, który pozwala uczniowi samodzielnie zdobywać wiedzę. Wtedy nie będzie trzeba przenosić zajęć szkolnych do domu.

Czyli z priorytetów podwyżki i odchudzenie podstawy programowej?

- Podwyżka to kwestia na tu i teraz. Odchudzenie podstawy programowej to czynność rozciągnięta w czasie. Tego się nie da załatwić ad hoc.

Myśli pan, że podwyżki zatrzymają odejścia z zawodu?

- Jeżeli będzie sygnał, że rząd uznaje edukację za najważniejszą i zainwestuje w nią, to edukacja temu rządowi, ale przede wszystkim społeczeństwu, się zrewanżuje. Jeżeli nie podniesiemy pensji, a edukację będziemy traktować jako wydatek, to we wrześniu znajdziemy się w dramatycznej sytuacji.

Płaca minimalna od lipca wyniesie 4,3 tys. zł brutto. Nawet jeżeli podniesiemy pensje nauczycieli o 30 proc., to nauczyciel mianowany będzie zarabiał 5057 złotych brutto, czyli 700 złotych więcej od płacy minimalnej. To naprawdę nie jest różnica, która wskazywałaby na to, że państwo inwestuje w nauczyciela. Stąd też nasz projekt ustawy, który zresztą wciąż leży w Sejmie, by powiązać zarobki nauczycieli z przeciętnym wynagrodzeniem w kraju.

Podwyżki zachęcą młode osoby do pracy w szkole? Bo mam wrażenie, że tak wbiło nam się w społeczną świadomość to, że nauczyciel mało zarabia, że mimo podwyżek trudno to przekonanie będzie zmienić wśród młodych osób.

- Nie zachęci się człowieka misją, posłannictwem. To jest naprawdę super zawód, bo obserwuje się, jak zmienia się los społeczeństwa, ale też dziecka, które od pierwszej klasy w rękach nauczyciela dojrzewa. To jest ogromna frajda i satysfakcja. Chodzi o to, żeby ten entuzjazm, prestiż rozciągnąć na cały okres pracy zawodowej nauczyciela i pobytu dziecka w szkole.

Młodego człowieka tym się jednak nie przekona. Bo jak powiedzieć absolwentowi uczelni: idź do pracy w szkole za 2,7 tys. na rękę, bo tyle na początku dostaje nauczyciel, gdy wynajęcie kawalerki w Warszawie kosztuje ok. 2,5 tys.? Nie ma póki co, w tak skomercjalizowanej rzeczywistości jak nasza, lepszego mechanizmu zatrudniania ludzi niż płace.

Redakcja poleca

Co do zmiany podstawy programowej, KO zapowiadała wycofanie HiT-u. Możliwe, dobre? Skoro już mamy program, książki? Od nowa to wszystko zmieniać?

- To można niemal z godziny na godzinę uporządkować. Usunięcie z HiT-u elementu wskazującego na próbę indoktrynacji młodego pokolenia – coś co nigdy nie powinno zaistnieć - jest dla mnie tak naturalne jak to, że po poniedziałku jest wtorek. Wycofanie podręcznika, o którym było tyle dyskusji, to jest jedna decyzja ministra. Ale tu chodzi o to, żeby patrzeć na całość, bo często widzimy drzewa, ale nie widzimy lasu. Musimy zastanowić się nad tym, jak ułożyć liczbę godzin historii wraz z historią współczesną od czwartej klasy szkoły podstawowej po czwartą klasę liceum.

A jeśli chodzi o wycofanie religii ze szkół, to jest możliwe?

- Ja osobiście podzielam pogląd ks. prof. Andrzeja Kobylińskiego z UKSW, który niedawno w jednym z wywiadów mówił, że katecheza powinna wrócić do salek katechetycznych.

Kolejne zadania dla nowego rządu w sferze edukacji?

- Rozdzielenie resortów odpowiadających za edukację i naukę.

Czyli powrót do ministerstwa edukacji odpowiadającego za kwestie szkolnictwa i ministerstwa nauki zajmującego się uczelniami i badaniami?

- Moim zdaniem jest niezaprzeczalna potrzeba rozdzielenia tych dwóch resortów. Czas rządzenia ministra Czarnka pokazał, że nie da się tego połączyć. Coś było kosztem czegoś. Widać było wyraźnie, co mu było bliższe. Ewidentnie więcej czasu poświęcał na sprawy uczelni.

Czy jakiś projekt dotychczasowego ministerstwa powinien być kontynuowany?

- Nie, ja chciałbym jak najszybciej zapomnieć o tym, że istniało te osiem lat ministerstwa. Anna Zalewska zrobiła rewolucję w edukacji na podstawie sondaży politycznych, a nie twardych badań edukacyjnych.

I usunęła się w cień.

- O tym, że był minister Piontkowski, niewielu dzisiaj pamięta, a co dopiero za 15 lat. Ale ministra Czarnka wszyscy zapamiętamy z jak najgorszej strony. Nie wniósł żadnej wartości dodanej do edukacji, więc nie widzę tutaj elementów, które warto byłoby kontynuować.

Laboratoria Przyszłości, laptopy dla uczniów, nauczycieli?

- Laboratoria przyszłości owszem, ale to taki kwiatek do kożucha. Niedawno rozmawiałem z nauczycielem z Małopolski, który stwierdził: super, mamy Laboratorium Przyszłości. Tylko że nie mamy sieci.

Komisja Europejska przeznaczyła ponad 20 miliardów, które w pierwszej kolejności miały być przeznaczone na sprzęt, na budowę infrastruktury, np. wydajnej sieci szerokopasmowej. A u nas z tego zrobiono politykę. Prostą rzeczą jest dać uczniom czwartych klas laptopy. Pytanie co dalej. Te kroki powinny być przemyślane, spójne, nie na zasadzie „temu dam komputer, temu laboratorium”. W tym nie ma wizji, bo za tym nie idzie tańsza infrastruktura, oprzyrządowanie.

W tym tygodniu prowadzimy webinarium na temat sztucznej inteligencji. Nauczyciele, którzy biorą udział w zajęciach, mówią: chcemy się tego nauczyć, ale nie do końca mamy możliwości technologiczne, żeby to wykorzystywać u siebie w szkole. Czasami jest tak, że jesteśmy wojskiem bez armat. Od nowego ministra oczekujemy więc pewnej wizji, koncepcji ulokowania edukacji w naszej rzeczywistości.

A propos ministra edukacji. Kto by mógł nim zostać, żeby rzeczywiście pochylił się nad sprawami szkół i współpracował m.in. z państwem?

- Związek ma obowiązek współpracować z każdym, bo ten dialog jest jedną z składowych budowy lepszej w edukacji.

Ale jak minister wie, o czym mówi i wie, na czym polega szkoła to lepiej dla edukacji.

- Zdecydowanie tak. Przede mną leży książka „Singapur. Azjatycki tygrys edukacyjnych reform”. Singapur ma jedną z lepszych edukacji w świecie, chociaż trudno powiedzieć, że to kraj demokratyczny. Ale tam mimo wszystko edukację widziano przez dialog ze wszystkimi interesariuszami i jako podstawowy element rozwoju społeczeństwa. Odpowiadając więc na pytanie kto - ten, kto będzie miał wizję, koncepcje i pomysły edukacyjne, które chociaż będą ocierały się o pewien realizm. Bo jeżeli ktoś przyjdzie i powie, że wracają gimnazja, to powiemy nie.

Nie rewolucja, a ewolucja.

- Tak. I nie zapominajmy o NGO-sach, bo po co samemu coś robić, skoro ktoś inny może zrobić to lepiej? Korzystajmy z bogactwa organizacji pozarządowych, tego ogromnego entuzjazmu, który udało nam się wzbudzić w społeczeństwie po strajku w 2019 roku i w ostatnich latach. Walka z Lex Czarnek pokazała, że jest mnóstwo organizacji, które chcą współdziałać dla dobra edukacji.

Poprawić to, co nie działa, czy wymyślić edukację na nowo? Bo i taki i takie głosy się pojawiają

- Wymyślanie edukacji na nowo to jest rewolucja. Udoskonalajmy to, co jest teraz złe, np. przeładowana podstawa programowa, przeciążeni pracą nauczyciele. Jeżeli chcemy wymagać od nauczycieli, to powiedzmy: będziesz zarabiał kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy, ale będziesz miał kwalifikacje do tego, żeby uczyć dwóch lub trzech przedmiotów. Damy ci bardzo dobre wykształcenie. Będziesz osobą, która rzeczywiście będzie miała ogromny wpływ na rozwój społeczny. Chcemy w ciebie zainwestować po to, żebyś to wszystko, co osiągniesz podczas studiów, mógł temu dziecku oddać w przyszłości.

A my póki co mówimy: nie ma nauczycieli, to damy tym, którzy są, godziny ponadwymiarowe, 3,6 tys. zł brutto dla rozpoczynającego pracę, 30-osobową klasę i stanowisko pracy, które trzeba samemu sobie sfinansować, bo za 2,5 tys. dobrego laptopa się nie kupi.

Nie przegap

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET