Nauczyciel Roku 2023: "Nie jestem antysystemowcem. Wiem, kim jestem, co robię i dlaczego to robię"
- Jestem nauczycielem świadomym, który wie do czego ma prawo, z czego może skorzystać, co może. Mogę np. pracować bez podręcznika i nikt mi tego nie zabroni. Nie muszę pytać nikogo o to, w jaki sposób mam realizować podstawę programową. To wszystko wymaga znajomości prawa, kompetencji, poczucia wolności oraz sprawstwa. Ale też swobody finansowej - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Radosław Potrac, Nauczyciel Roku 2023.
Radosław Potrac, Nauczyciel Roku 2023*: - Przepraszam za opóźnienie, ale zmieniałem kran w mieszkaniu jednego z seniorów, powstańców warszawskich.
Aleksandra Pucułek: - Pogratulowali?
- Tak, już poszło w świat. Sąsiedzi z bloku, w którym mieszkam na warszawskim Bemowie, czekali na mnie po gali. Wyprzytulali mnie. Na Pradze uczę wiele lat, więc ludzie, z którymi się znamy, przychodzili, gratulowali. Nawet nieznajomi w autobusie mówią mi „dzień dobry”. To niesamowity i wyjątkowy moment w moim życiu. Sądzę, po rozmowach z poprzednimi laureatami Nauczyciela Roku, że dzięki temu tytułowi będzie można zrobić więcej dobrego dla szkoły, środowiska lokalnego, Pragi.
Jednak wciąż pracuję 35 godzin w szkole, plus pięć godzin w poradni. W dodatku prowadzę Stowarzyszenie Gwara Warszawska, zasiadam w zarządzie Towarzystwa Przyjaciół Warszawy, Radzie Muzeum Warszawy, działam społecznie w PTTK – Oddziale Stołecznym. Ta praca także się nie zmienia, a czas nie jest z gumy. Wiem, że to ważna chwila, ale wciąż jestem tym samym nauczycielem biegającym z plecakiem. Nie mogę w każdej chwili pojechać na konferencję czy nagranie. Jednak spróbuję to wszystko połączyć.
Gdy rozmawiam z nauczycielami nieraz pada hasło "zmęczenie", coraz częściej mówią też o wypaleniu. Skąd u pana tyle energii?
- Wiem, co robię i po co. Mam porządne przygotowanie harcerskie, więc zdaję sobie sprawę z tego, czym jest służba i traktuję ją poważnie. W tym zawodzie nie da się pracować bez pewnego poświęcenia. Jestem z tego pokolenia, któremu pokazano, ale też które widziało, że do pewnych rzeczy dochodzi się pracą. Osiągnąłem ten moment, bo przez tyle lat robiłem dobrze swoją robotę.
Co nie znaczy, że nie chciałbym, by solidna i rzetelna praca była właściwie doceniana. Edukacja jest podstawą. Dobrze byłoby, gdyby nauczycielski trud, nasza służba i misja były odpowiednio wynagradzane. Przecież każdy z nas rozumie, czym różni się 285 proc. w 2000 roku minimalnej krajowej dla nauczyciela dyplomowanego wobec 126 proc. w 2023 roku. Nie wiem, czy propozycje jakie padają, rozwiążą ten problem, który istnieje od lat. Właściwie od początku mojej pracy. Jednak wierzę, że do tego w końcu dojdzie. Trzeba wierzyć.
Ma pan 35 godzin ze względu na braki kadrowe?
- 21 godzin jako wychowawca i pedagog specjalny, a pozostałe godziny to zajęcia ponadwymiarowe i zastępstwa doraźne. Godziny z małymi grupami lub indywidualne z dziećmi potrzebującymi wsparcia. Jestem wychowawcą klasy integracyjnej, w której niemal połowa dzieci ma orzeczenia o niepełnosprawności.
Dlaczego akurat praca z dziećmi z niepełnosprawnością?
- Dla mnie to była w pewnym sensie norma i codzienność, bo pracowałem z takimi osobami w harcerstwie, będąc drużynowym. Z drugiej strony jestem niepokornym duchem. Potrzebuję wyzwań. Im większe wyzwanie, tym lepiej się pracuje, stąd praca w szkole z oddziałami integracyjnymi. Właśnie na Pradze Północ – dzielnicy z charakterem.
Jest pan bardziej nauczycielem historii, wychowania do życia w rodzinie, czy pedagogiem specjalnym?
- Wszystkim po trochu. Chociaż głównie zajmuję się pracą z dziećmi z niepełnosprawnością. Z moją klasą spędzam bardzo dużo czasu. I to jest taki czas, którego życzę każdemu wychowawcy. Mogę reagować na to, co się dzieje w klasie, bo znam te dzieci i one mi ufają. Mogę wykorzystać każdą chwilę na bieżącą pracę, wsparcie oraz uważność tak potrzebną dzisiaj.
A rodzice ufają?
- Kilka dni temu rozmawiałem z panią, która policzyła, że za dwa lata biorę czwartą klasę, więc zapowiedziała, że zapisze swoje dziecko do mnie. Spytałem, czy wie, na co się decyduje, bo rodzice u mnie też muszą pracować, uczyć się, dostają ciężką szkołę życia. Biorą udział w warsztatach wychowawczych. Szkoła bowiem jest miejscem, w którym się uczy. Nauczyć się muszą sami uczniowie, a bez pomocy i zaangażowania rodziców może być to niełatwe.
To wszystko w ramach Akademii Kumatego Rodzica, którą pan założył. Czyli?
- Na pierwszym spotkaniu wyciągamy herbatę, kawę. Ktoś coś upiecze i zaczynamy rozmawiać. Poznawać się, przedstawiać. Budować zaufanie. Nie ma czegoś takiego, że ja jestem profesorem, a po drugiej stronie są osoby nie znające się na edukacji. Na początku pokazuję trochę swojego życia, tego, czym się zajmuję. Potem rozmawiamy o tym, czego rodzice potrzebują na dany rok, czego chcieliby się dowiedzieć, co by im się przydało. Czasami jest to towarzyszenie dzieciom w grach, czasami umiejętność rozmowy z synem czy córką.
Zawsze też staram się pokazać zależność: przekazujecie państwo swoje dzieci, więc zaufajcie. Pozwólcie je poznać, dajcie chwilę na wspólne działania. Rodzice dzisiaj nie ufają swoim nauczycielom, czasem zapominają, że dialog jest podstawą. Potrafią z nadmiernej troski wchodzić w to, co się dzieje między dziećmi, albo od razu biec do wyższej instancji. Mają prawo się nie zgadzać, mieć inne zdanie, ale jeżeli cokolwiek się dzieje, to po prostu siadamy, gadamy. Tak buduje się zaufanie, tak pokazuje się, że po drugiej stronie jest partner.
Ufają?
- Na początku jest różnie, ale pracuję ponad 25 lat i wyrobiłem już sobie pewną pedagogiczną „markę”. Nowi, młodzi nauczyciele muszą walczyć o zaufanie i budować swój wizerunek, co bywa niełatwe. Zwłaszcza w czasie takiej dewaluacji wizerunku i znaczenia nauczycieli.
Pyta pan rodziców, czego potrzebują, a pan czego potrzebuje?
- Chyba muszę się skontaktować z Dorotą Szelągowską, bo od kilku lat nie jestem w stanie ze względu na różne obowiązki i działania wyremontować mieszkania i potrzebuję w tym wsparcia, choćby mentalnego. A tak poważnie, nieraz potrzebuję czasu dla siebie, wolnego weekendu, by zadbać o siebie i się nie wypalić.
Z jednej strony pracuje pan z dziećmi, z drugiej strony zajmuje się seniorami. I obie te grupy łączy pan, np. w ramach projektu, w którym dzieci dostają „opiekuna”, świadka historii, z którym odwiedzają znane i nieznane zakątki stolicy. Skąd u pana nacisk na międzypokoleniowe kontakty?
- Może nie nacisk, a dostrzeżenie możliwości, jakie płyną z tej formy współpracy. Jak rozmawiam z uczniami, spotykam się z dzieciakami na Pradze, widzę, że brakuje im czasu z drugim człowiekiem – mądrym dorosłym. Wspólnej kolacji, obiadu z rodzicami. Z drugiej strony od pięciu lat pracuję z powstańcami warszawskimi w Domu Powstańca. Współpracuję też z seniorami ZHP. To, co ci ludzie wnieśli do mojego życia i do życia dzieciaków, pokazało mi, jak ważna jest wielopokoleniowa wymiana doświadczeń.
To nie musi być coś niesamowitego. Czasami wspólnie pogramy w gry planszowe, czasem zwyczajnie ze sobą posiedzimy. W życiu nie widziałem tak zaangażowanych, radosnych dzieciaków i jednocześnie tyle energii u seniorów. Czas, który starsi mogą dać młodszym, uważność babci, dziadka, którzy nie korygują, tylko chwalą, to niesamowita wartość. Dzieciaki potrzebują zwyczajnie czasu.
To nie jest kwestia tylko tego, że rodzice są zapracowani. Nieraz wierząc w dobro dziecka, organizują im milion zajęć. Zapominają o tym, że nasz mózg każdego dnia dostaje tyle bodźców, ile mózg człowieka w średniowieczu przez całe życie. Dorzucanie kolejnych doznań powoduje, że dzieciaki nie mają czasu na dziecięctwo.
Pana najbardziej nietypowy pomysł w ramach pracy nauczyciela?
- Było ich mnóstwo, ale chyba lekcje na hamaku. Umawiamy się na konkretny dzień, idziemy np. do Parku Skaryszewskiego, rozwieszamy hamaki i dzielimy ten czas na odpoczynek, rozmowy, na matematykę, biologię. Szukamy, do jakich elementów podstawy programowej możemy przypisać to, co zrobiliśmy. Wszystko jest w trybie slow, nie spieszymy się. Jak potrzebujemy, to po prostu leżymy i gapimy się w niebo. Hamak daje możliwość bycia w grupie, ale jednocześnie bycia samemu, jeśli się tego potrzebuje.
I dyrekcja na to mówi „tak”.
- Tak, po latach różnych działań mam jej zaufanie, pozwolenie na realizację różnych działań w swobodny sposób. A to wpływa na efektywność pracy. Planując każdy rok w czasie wakacji, wiem, że dyrektor nie powie mi "nie", więc mogę decydować, w którym kierunku będę szedł.
W pracy nauczyciela najważniejsza jest wolność i możliwość wyboru. Podziwiamy model fiński. Dlaczego? Tam nauczyciel ma olbrzymią swobodę doboru treści do tego, co się dzieje wokół. Chociaż nauczyciele w Polsce potrafią robić coś z niczego i to na różne sposoby. Jesteśmy MacGyverami. Dzięki Laboratoriom Przyszłości udaje nam się coraz więcej, więc są rzeczy, które ministerstwo edukacji potrafiło zrobić. Szkoły dostały sprzęt i można go dobrze wykorzystać.
Ale to nie sprzęt decyduje o tym, co się dzieje, tylko to czy nauczyciel ma poczucie wolności w pracy i przestrzeń do wykorzystania tych dóbr. Jeśli do tego w relacjach między rodzicami, uczniami wszystko gra, to każdego dnia można wracać uskrzydlonym ze szkoły. W dzisiejszych czasach poczucie wspólnoty jest bardzo ważne.
Do tego można by dodać dyrekcję.
- We współczesnej szkole bardzo trudno być dyrektorem. Szacun dla nich, bo ta funkcja wymaga niesamowitego refleksu, tempa podejmowania decyzji, od której nieraz zależy przyszłość dzieci. Wymaga także siły, wielu umiejętności, bo organizacja pracy szkoły dzisiaj to menadżerstwo wyższego rzędu.
W pana pracy co jest najważniejsze?
- Autentyzm. Bycie sobą. Wykorzystanie w swojej pracy atutów i pasji. Uważność, serdeczność i cierpliwość.
Nazwałby się pan antysystemowym nauczycielem, nauczycielem buntownikiem, czy wykorzystuje pan po prostu luki w prawie?
- To nie jest kwestia wykorzystywania luk tylko znajomości prawa. Jestem nauczycielem świadomym, który wie, do czego ma prawo, z czego może skorzystać, co może, kiedy i gdzie. Mogę np. pracować bez podręcznika i nikt mi tego nie zabroni. Nie muszę pytać nikogo o to, w jaki sposób mam realizować podstawę programową. To wszystko wymaga znajomości prawa, kompetencji, poczucia wolności oraz sprawstwa. Ale też swobody finansowej, bo kiedy pracuję 18 godzin, mam więcej czasu na przygotowanie do zajęć, niż wtedy gdy mam 40 godzin. To się, niestety, wiąże.
Kiedy ma się półtora etatu i to w kilku szkołach łatwiej o zmęczenie i o błąd. Mnie też się ostatnio zdarzyło pomylić godziny zastępstw, do których byłem przypisany. Gdy prowadzi się 40 godzin, łatwiej też wtedy wziąć podręcznik, skleić z niego lekcję, zadać pracę domową z ćwiczeń. Włącza się wtedy automatyzm. Może gdyby nie trzeba było tak intensywnie pracować, by związać koniec z końcem, to byłoby łatwiej dbać także o siebie.
Nie jestem antysystemowcem. Mam świadomość tego, kim jestem, co robię i dlaczego to robię. I dla mnie ważne jest to, żebym to robił dobrze. Dobrze znaczy tak, żeby było to zgodne z oczekiwaniami, potrzebami dzieci, rodziców i tym, co ja jako specjalista uważam za słuszne. Nie po to skończyłem studia jedne, drugie i parę „podyplomówek”, żeby dzisiaj ktoś mi mówił, że tylko jedna linia jest słuszna i właściwa. Historia nauczyła mnie, że na każdym etapie i dorosły, i dziecko muszą poddawać źródła krytyce.
Tuż pod odebraniu nagrody Nauczyciela Roku podczas naszej krótkiej rozmowy życzył pan przed Dniem Edukacji Narodowej, przed wyborami szkoły otwartej i wolnej. Czyli jakiej?
- Takiej, w której nauczyciel nie boi się robić tego, co uważa za ważne, potrzebne, konieczne, bo nauczyciele wiedzą, co mają robić i jak mają to robić. Życzę nauczycielom, żeby byli i czuli się wolni i bezpieczni. Wolna i otwarta szkoła to taka, w której uczniowie, rodzice, grono pedagogiczne, każda z tych grup będzie wiedziała, że ma wpływ na to, co się tu dzieje.
Marzy mi się szkoła, która będzie szkołą otwartą także pod względem przestrzeni. W której chciałoby się być. Czyli taką ze strefą ciszy, kanapami, żeby można było bezpiecznie i zgodnie z potrzebami spędzić czas na przerwach. Każdy powinien znaleźć swoje miejsce w szkolnej przestrzeni i mieć swoje „królestwo”. Dzieci swoją klasę, nauczyciele swoje przestrzenie do pracy.
Marzy mi się szkoła, która będzie dostosowana do tego, co dzieje się na zewnątrz. Szkoła będąca lokalnym ośrodkiem kulturalno-wychowawczo-edukacyjnym dla dzielnicy, miasta. Przecież nie ma lepszego miejsca niż szkoła do tego, by NGO-sy, społecznicy mogli robić to, co jest ważne, wspierając w pracy nauczycieli, rodziców. Marzy mi się szkoła, w której każdy nauczyciel, pracownik zarobi tyle, by móc swoją pracę wykonywać najlepiej jak się da.
Na koniec muszę spytać, dlaczego odbierając tytuł Nauczyciela Roku 2023, odniósł się pan do Muminków, skąd sentyment do tej lektury?
- Jako dziecko często chorowałem na zapalenie uszu. Miesiąc w miesiąc przynajmniej przez tydzień nie chodziłem do szkoły. Pani bibliotekarka w moim rodzinnym Braniewie już wiedziała, że jak Radek przyjdzie, to na wszelki wypadek trzeba mu dać siedem książek - normalnie można było wypożyczyć trzy. Jedną z nich były Muminki. Zakochałem się w nich wtedy.
Potem jako terapeuta zaczęłam dostrzegać terapeutyczne walory tej książki. Tove Jansson potrafiła pokazać prawdziwe życie - jednocześnie przedstawiając je z perspektywy trolli - tak, że każdy znajdzie coś tam dla siebie. Jak mamy problem, to widzimy Bukę. Z Buką można walczyć, można ją oswoić. Tata Muminka jest trochę megalomanem, ale z drugiej strony facet zna swoją wartość i potrafi to przedstawić. Nagroda Nauczyciela Roku uczy właśnie, jak dbać o swoją wartość, mierzyć się z nagłym wzrostem zainteresowania i jednocześnie zostać sobą.
My ludzie wbrew pozorom jesteśmy uniwersalni. Z tymi samymi problemami, potrzebą miłości, ciepła, zrozumienia, zauważenia. Cały czas szukamy i potrzebujemy drugiego człowieka. I nie ważne, czy to jest Panna Migotka, która każe się uwielbiać, albo Pan Ryjek, który będzie się bał czegoś lub zabiegał o uwagę. Możemy być razem mimo tych różnic. To jest chyba dla mnie najważniejsze w Muminkach. Mimo tego, że każdy jest inny, to są rodziną. I jak się dzieje cokolwiek - powódź, zima - wszyscy się zbierają, bo tak można sobie pomóc i stworzyć dobrą przestrzeń do tworzenia i zmieniania świata na lepsze. To w nich lubię i to przekładam na codzienne życie i pracę.
*Radosław Potrac - nauczyciel historii, wychowania do życia w rodzinie, nauczyciel wspomagający w Szkole Podstawowej z Oddziałami Integracyjnymi nr 30 im. Powstańców 1863 r. w Warszawie. Powołał Akademię Kumatego Rodzica, założył koło turystyczne Dreptaki, prowadzi gazetkę szkolną „Śrubowkręt”. Wspólnie z uczniami opracował trasę wycieczkową Śladami Janusza Korczaka w Warszawie. Współpracuje z centrami Holokaustu i muzeami żydowskimi w Nowym Jorku, Melbourne i Johanesburgu. Zainicjował założenie Domu Powstańca, gdzie pracuje jako wolontariusz. Laureat nagrody Nauczyciel Roku 2023 organizowanej przez "Głos Nauczycielski".
- Ocenoza, egzaminoza, korepetycje. Pierwsze dni szkoły pokazały największe bolączki polskiej edukacji
- Horrendalne plany lekcji. Tak wyglądają zajęcia w nowym roku szkolnym
- Psychiatra dziecięca po pracy. „Zatrzymuję się w połowie drogi do domu i krzyczę”
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET