Tajny aneks do raportu WSI. Były oficer jednostki: "To by się zakończyło gigantyczną aferą"
Likwidacja Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI) w 2006 roku, przeprowadzona przez Antoniego Macierewicza, do dziś budzi wątpliwości i powraca w debacie publicznej. W rozmowie z Radiem ZET były oficer formacji, “Kafir”, mówi wprost, że skutki tamtej decyzji są widoczne do dziś i wraca do sporów wokół tajnego aneksu, którego ujawnienia od lat unikali kolejni prezydenci. Ocenił również ostatnie akty dywersji na kolei i to, czy Polska jest przygotowana na działania hybrydowe ze strony Rosji.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie były powody likwidacji WSI według Antoniego Macierewicza.
- Co niosła za sobą decyzja o likwidacji WSI i jak wpłynęła na system bezpieczeństwa państwa.
- Dlaczego tajny aneks WSI pozostaje nieujawniony i jakie są plany dotyczące jego odtajnienia.
- Jakie są potencjalne zagrożenia i wyzwania dla Polski w kontekście działań hybrydowych Rosji.
Likwidacja WSI. Decyzja Antoniego Macierewicza i jej konsekwencje
30 września 2006 roku Antoni Macierewicz ogłosił likwidację Wojskowych Służb Informacyjnych (WSI). Decyzję przedstawiono jako konieczność oczyszczenia państwa z "patologii" wojskowych służb: postpeerelowskich układów, wpływów służb sowieckich, powiązań z mafią paliwową i działań, które - jak twierdził - zagrażały bezpieczeństwu państwa. Reforma została przeprowadzona błyskawicznie, na oczach opinii publicznej, a nowo tworzone służby SKW i SWW musiały zaczynać praktycznie od zera. Ten moment doskonale pamięta były oficer WSI znany pod pseudonimem “Kafir”.
- Ten moment i słowa Macierewicza o bandytach z WSI przyjąłem z niedowierzeniem. Nie sądziłem, że polityk może takie rzeczy opowiadać. Człowiek reprezentujący partię polityczną bez dowodów i sądów określa kogoś mianem bandyty. To się nie mieściło w głowie - przyznaje po latach “Kafir”.
Skutki likwidacji WSI. "Do służb powołano nauczycielkę geografii i leśniczego"
W kolejnych latach wielu ekspertów podkreślało, że sposób likwidacji WSI doprowadził do poważnych luk w systemie bezpieczeństwa: utraty doświadczonej kadry, rozproszenia kompetencji, braku ciągłości operacyjnej i wieloletniego chaosu organizacyjnego. Pojawiały się opinie, że Polska z dnia na dzień stała się państwem wywiadowczo "ślepym", odsłoniętym na zagrożenia zewnętrzne i operacje hybrydowe.
- Zupełnie popieram tę opinię. Pojawiło się pytanie, co takiego zrobiło WSI, że należało tę służbę rozwiązać. Moim zdaniem było trzech - może czterech - oficerów, którzy działając na własną rękę popełnili przestępstwa, i to niekoniecznie związane z bezpieczeństwem państwa. Tymczasem na ich podstawie zlikwidowano całą służbę. Określanie wszystkich jako bandytów jest więc zwyczajnie krzywdzące.
Idąc tą logiką, należałoby rozwiązać każdą instytucję w Polsce, bo w każdej od czasu do czasu trafiają się osoby łamiące prawo. Na miejsce WSI powołano SKW i SWW, w których - w mojej subiektywnej ocenie - żołnierze do dziś stanowią mniejszość. W książce "WSI – żołnierze przeklęci" (mojego autorstwa i „Wolfa”) opisaliśmy, kto trafiał do pracy w SKW za czasów, gdy kierował nią Macierewicz. Byli to między innymi ludzie kompletnie niezwiązani z wojskiem czy służbami: nauczycielka geografii, leśniczy i inne przypadkowe osoby. To oni mieli oceniać pracę operacyjną i sami wykonywać działania operacyjne po… dwutygodniowym kursie. Tak, po dwutygodniowym.
Cały raport Macierewicza został napisany pod z góry założoną, polityczną tezę – po to, by zabłysnąć na scenie politycznej. Tych ludzi nie interesowało realne bezpieczeństwo państwa - podkreślił były oficer WSI.
Co naprawdę może być w tajnym aneksie WSI?
Poza samym raportem z likwidacji WSI, który w 2007 roku przygotowała komisja kierowana przez Antoniego Macierewicza, powstał również poufny aneks. Jego treść do dziś pozostaje utajniona, a kolejni prezydenci konsekwentnie odmawiali jego ujawnienia: Lech Kaczyński mówił, że “fakty zastąpiono w nim interpretacjami”, Bronisław Komorowski podkreślał, że “nie należy publikować pomówień”, a Andrzej Duda tłumaczył, że “nie zdecydował się na odtajnienie, bo miał ku temu powody”.
Aktualnie sytuacja się zmienia. Szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Sławomir Cenckiewicz, potwierdził w rozmowie z Bogdanem Rymanowskim w Radiu ZET, że prezydent Karol Nawrocki podjął decyzję o odtajnieniu aneksu. Cenckiewicz ocenił, że “polska prawica uczyniła z tego aneksu Świętego Graala i trzeba to zakończyć”.
- Mówią o tym raporcie wszyscy, ale niewielu naprawdę wie, co znajduje się w środku. Sam go nie czytałem i nie wiem, co dokładnie zawiera, ale mogę się domyślać. Gdybym miał zgadywać, podzieliłbym aneks na dwie części: w jednej znajdują się insynuacje i tezy dotyczące polityków prawicy, w drugiej - polityków z przeciwnej strony sceny politycznej.
Myślę, że dużo jest tam na temat samej prawicy i Macierewicz celowo umieścił pewne hipotezy o swoich kolegach partyjnych w tym raporcie, bo to miało być gwarancją, że nikt w jego partii nie odważy się mu zaszkodzić. Dlatego te informacje nigdy nie ujrzą światła dziennego. Obecnie - jak mówi Cenckiewicz - trwają prace nad tym, co można, a czego nie można ujawnić. Prowadzą je osoby, które współtworzyły ten raport: Cenckiewicz i generał Kowalski. To parodia.
Oni nie mogą opublikować aneksu w całości, bo uderzyłoby to również w polityków dzisiejszej opozycji. Nikt nie zgodzi się na ujawnienie dokumentów sugerujących, że Jarosław Kaczyński robił "takie i inne, mało chlubne rzeczy”. A takie materiały WSI mogło posiadać choćby z racji rozmów służbowych, nie tylko operacyjnych. Ponadto oficerowie zdobywali informacje od różnych źródeł - zarówno od agentury, jak i od zwykłych żołnierzy - i wszystko skrupulatnie zapisywano, niezależnie od wiarygodności informacji.
Każda wzmianka dotycząca jakiejkolwiek żołnierza musiała trafić do dokumentacji. Takie były reguły. Jeśli więc żołnierz spotkał polityka, a potem przekazał oficerowi WSI, że ten polityk interesował się nim lub jego służbą w wojsku, obowiązkiem oficera WSI było sporządzenie notatki z tej informacji, bo nie można było wykluczyć iż zainteresowanie polityka jest nieprzypadkowe. I taka notatka - choćby miała zerową wartość operacyjną - trafiała do akt.
Według mnie publikacja pełnej treści aneksu zakończyłaby się gigantyczną aferą, nie tyle na poziomie informacji tajnych, ile obyczajowych - podkreślił nasz rozmówca.
Dywersja na kolei. "Kafir" o ładunkach, siatkach agenturalnych i pracy służb
Słowa byłego oficera WSI rodzą kolejne pytanie: czy państwo polskie jest dziś przygotowane na działania hybrydowe Rosji - od sabotażu po infiltrację?
- Wrócę do tematu dywersji na torach. Jeżeli rzeczywiście planowano dziesięć zamachów, a dziewięć z nich służby udaremniły, to jest to realny sukces operacyjny. Służby przecież nie będą publicznie chwalić się tym, że w innych miejscach ładunki również założono, ale udało się je w porę wykryć i zneutralizować. Oczywiście - takie informacje mogłyby uspokoić opinię publiczną, pokazać, że system działa. Jednak są sytuacje, w których ważniejsza jest cisza operacyjna niż polityczny PR.
Ujawnienie szczegółów o wykrytych ładunkach mogłoby spalić trwające rozpracowywanie siatki agenturalnej. Efekt byłby odwrotny od zamierzonego: być może udałoby się zatrzymać dziesięciu dywersantów, ale stu pozostałoby na wolności, wiedząc, że są na celowniku. Powtarzam — teoretyzuję — ale tak działa logika służb. Jeśli jednak rzeczywistość wygląda tak, że był tylko jeden ładunek - ten, który wybuchł - to sytuacja jest już znacznie bardziej niepokojąca. My znamy jedynie szczątkowe informacje o działaniach służb. Na tej podstawie nie da się uczciwie stwierdzić, czy sytuacja jest dobra, czy zła.
Wiem natomiast tyle, że za czasów PiS-u, czyli jeszcze dwa–trzy lata temu, SKW nie miała żadnego realnego planu mobilizacyjnego. Wojsko w czasie wojny się rozrasta: powołuje się rezerwistów, ściąga sprzęt z magazynów, z trzystutysięcznej armii robi się potencjalnie formację liczącą nawet milion. Tymczasem SKW - w odróżnieniu od armii - nie ma analogicznego mechanizmu. Z całym szacunkiem, ale gdy wybije godzina "W” i trzeba będzie postawić wojsko na nogi, SKW będzie zwyczajnie niewydolne, by to wszystko osłonić, zwłaszcza przy wzroście działań hybrydowych wymierzonych w armię.
Rosja, wojna hybrydowa i pytanie o pobór. "Przekroczono kolejną granicę"
Rosja prowadzi dziś działania hybrydowe na wielu frontach - od sabotażu infrastruktury, przez presję migracyjną, po operacje dezinformacyjne i ataki hakerskie. Z tego względu w debacie publicznej coraz częściej pojawia się pytanie nie tylko o odporność państwa, ale o scenariusze skrajne: czy Rosja mogłaby zdecydować się na bezpośredni atak na Polskę - i czy w takim zagrożeniu powrót do powszechnego poboru staje się koniecznością?
– Nie chcę wypowiadać się kategorycznie na temat ewentualnej wojny. Nie wiem, czy wybuchnie i myślę, że nawet na Kremlu, poza samym Putinem, nikt tego naprawdę nie wie. Warto jednak zauważyć, że przekroczono kolejną granicę. Doszło do eksplozji ładunku wybuchowego na torach kolejowych na odcinku Warszawa–Lublin, w miejscowości Mika. To sprawa niezwykle poważna, bo takie zdarzenie nie bierze się znikąd. Ktoś musiał wydać rozkaz dywersji na pełną skalę.
Dwa lata temu, kiedy mówiłem publicznie, że do takich ataków może dojść, wyzywano mnie od idiotów i katastrofistów. Dziś mamy już realne działania grup dywersyjnych w Polsce. Skoro udało im się wysadzić tory — to jakie mamy gwarancje, że jutro nie wysadzą Złotych Tarasów? Albo że w pociągu Berlin–Warszawa, o godzinie 15:00, nie eksploduje ładunek ukryty w niepozornej walizce?
Państwo stara się reagować, ale prawda jest taka, że te nocne patrole SOK-u czy helikoptery nad liniami kolejowymi to przede wszystkim działania medialne. Gaszenie pożaru, a nie zapobieganie mu. Spodziewam się, że nikt drugi raz w tym samym miejscu torów nie wysadzi - ale to nie oznacza, że gdzie indziej nie spróbują czegoś większego.
Co do powszechnego poboru - uważam, że absolutnie tak, również dla kobiet. Dzięki temu mimowolnie zaczynamy budować obronę cywilną i tworzyć rezerwy, które będą potrafiły działać na zapleczu i podejmować racjonalne decyzje w sytuacji kryzysu. Bez poboru ludzie po prostu nie wiedzą, co robić. Tymczasem nawet w cztery miesiące można w wojsku nauczyć się podstaw, które ratują życie i pozwalają funkcjonować w warunkach zagrożenia.
Jesteśmy obywatelami tego kraju. Mamy nie tylko prawa, ale również obowiązki - zakończył Kafir.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET