`

Tomek zmarł przyduszany podczas policyjnej interwencji. Jest wyrok sądu

7 min. czytania
16.05.2025 17:00
Obserwuj nas na Google

- Tomek nie musiał umrzeć, to byli doświadczeni policjanci. Dlatego powinni ponieść karę - mówiła ze łzami w oczach tuż po wyjściu z sali sądowej Anna Kramek-Khadka. W piątek, 16 maja, zapadł wyrok w sprawie śmierci jej brata, który zmarł podczas interwencji policjantów.

Anna Kramek-Khadka, siostra Tomasza Kramka, któy zmarł podczas interwencji policji
fot. Piotr Kozłowski/RadioZET.pl

Z tego artykułu dowiesz się:

  • O co oskarżeni byli policjanci, podczas których interwencji zmarł Tomasz Kramek.
  • Jak przebiegała feralna interwencja zakończona śmiercią chorego psychicznie mężczyzny.
  • Co orzekł sąd wobec byłych policjantów.

- Liczę na sprawiedliwy wyrok. Każda rozprawa to dla mnie rozdrapywanie ran. Wracają okropne wspomnienia, zwłaszcza że kilka razy oglądałam nagrania z interwencji. Ale nie wyobrażam sobie, żeby mnie nie było w sądzie. Jestem to winna Tomkowi – mówiła RadioZET.pl tuż przed wejściem na salę sądową Anna Kramek-Khadka.

Jej brat, Tomasz Kramek, blisko pięć lat temu zmarł podczas policyjnej interwencji w Lublinie. W piątek, 16 maja, Sąd Rejonowy Lublin-Wschód w Świdniku wydał wyrok w tej sprawie. Byłych już policjantów - Arkadiusza K. oraz Wojciecha K. - prokuratura oskarżyła o przekroczenie uprawnień i nieumyślne spowodowanie śmierci. Groziło im za to do pięciu lat więzienia.

Tomasz Kramek był jedną ze 111 osób, które w latach 2018-2023 zmarły podczas policyjnej interwencji. Tyloma sprawami zajmowało się biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Ale niewiele z nich miało finał w sądzie. Sprawa z Lublina jest jedną z nielicznych.

Jest wyrok w sprawie policyjnej interwencji zakończonej śmiercią

W piątek sąd uniewinnił obu policjantów. Sędzia Dorota Wiśniewska w ustnym uzasadnieniu mówiła, że niewątpliwie doszło do tragedii. - Zginął człowiek młody i chory przez co mający z całą pewnością ograniczone rozeznanie całej sytuacji i niebezpieczeństwa, jakie stwarza dla niego niepodporządkowanie się poleceniom funkcjonariuszy - tłumaczyła sędzia Wiśniewska.

Dodawała jednak, że całą interwencję policjantów należy rozpatrywać całościowo, a analizowanie dostępnego monitoringu "klatka po klatce" jest "niesprawiedliwe i nieuzasadnione". Wnioski wysnute przez biegłych z zakresu taktyki i techniki interwencji były bowiem kompletnie rozbieżne. Sąd wziął pod uwagę te korzystne z punktu widzenia obrony.

- Sąd analizując tę interwencję jako całość, uznał, że funkcjonariusze podjęli czynności, do których byli uprawnieni i wykonali je w sposób prawidłowy zgodnie z zasadami wynikającymi z tej ustawy, między innymi z zasadą minimalizacji szkód. Nawet uderzenie pokrzywdzonego łokciem było uzasadnione. Jakkolwiek ustawa stanowi, że w zasadzie nie powinno dojść do uderzenia, to wskazuje wyjątki i jest to między innymi przeciwdziałanie ucieczce - dodała sędzia Wiśniewska.

W uzasadnieniu tłumaczyła też, że mężczyzna był agresywny, co mogło wskazywać na problemy natury psychicznej lub poczytalność. Dodatkowo nie reagował na polecenia i mógł stanowić zagrożenie dla innych osób. W związku z tym zatrzymanie musiało być skuteczne. I takie było.

Natomiast policjanci, według sądu, nie mieli możliwości przewidzenia, że przyduszenie mężczyzny może wywołać mechanizm tzw. asfiksji restrykcyjnej (to niewydolność krążeniowo-oddechowa, która występuje nagle u osób w stanie pobudzenia przy jednoczesnym utrudnieniu oddychania, tak jak w przypadku przyduszenia podczas przymusowego unieruchomienia). Następuje on bardzo szybko, w zasadzie w sposób niechwytny, a "szybkość procesu umierania jest bardzo wysoka". Dlatego policjantów uniewinnił.

Fot.

Agresywny mężczyzna atakował ludzi

Do zdarzenia doszło 25 sierpnia 2020 roku. Policjanci otrzymali zgłoszenie o agresywnym mężczyźnie zaczepiającym przypadkowych ludzi na ul. Droga Męczenników Majdanka w Lublinie. Miał krzyczeć i być pobudzonym. Na miejsce wysłano patrol w nieoznakowanym radiowozie. W hondzie civic jechali doświadczeni policjanci. To aspirant sztabowy Arkadiusz K. (w służbie od 22 lat) oraz sierżant sztabowy Wojciech K. (osiem lat służby). Byli ubrani po cywilnemu. Opisywanego przez zgłaszających mężczyznę zauważyli w okolicy skrzyżowania Drogi Męczenników Majdanka z ul. Wolską i Łęczyńską. Był już w samych spodniach. Koszulkę trzymał w ręce.

Policjanci podjeżdżając, zobaczyli, że zapytał o coś starszą kobietę, najprawdopodobniej o godzinę. Odchodząc, kopnął ją w plecy. Funkcjonariusze ruszyli do akcji. Arkadiusz K. wybiegł z samochodu, krzyknął "stój, policja" i zaczął gonić mężczyznę.

Był nim 36-letni Tomasz Kramek. Gdy zobaczył próbujących zatrzymać go policjantów, krzyknął, żeby go zostawić, bo jest chory psychicznie. Zaczął uciekać. W odpowiedzi Arkadiusz K. próbował spryskać go gazem, ale był za daleko. W międzyczasie drugi z policjantów Wojciech K. wyprzedził obu i zajechał drogę Kramkowi. Wjechał w bramę Agencji Mienia Wojskowego przy ul. Łęczyńskiej. Tutaj po chwili policjanci zatrzymali Tomasza Kramka. Chwilę później mężczyzna zmarł.

Dramat rozegrał się po założeniu kajdanek i przyduszeniu

Okoliczności śmierci 36-latka budziły kontrowersje, choć policja na początku przekonywała, że zatrzymanie odbyło się zgodnie z procedurami. Anna Kamola z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Lublinie zapewniała, że w momencie, kiedy zatrzymany stracił przytomność, funkcjonariusze od razu zaczęli reanimację.

Mimo tego wobec policjantów wszczęto postępowanie dyscyplinarne. Uznano, że mogli niewłaściwie zastosować środki przymusu bezpośredniego. Obaj od razu poszli na zwolnienie lekarskie.

Redakcja poleca

Śledztwo wszczęła także prokuratura. Śledczy zauważyli rozbieżności w relacjach świadków i policjantów. Wojciech K. w zeznaniach opisywał Tomasza Kramka jako dobrze zbudowanego, umięśnionego mężczyznę, który podczas próby zatrzymania miał podnosić policjantów "jak dzieci". Miał też być bardzo pobudzony. W pewnym momencie K. udało się złapać go za głowę, powalić na ziemię i unieruchomić. Z jego relacji wynika, że Tomasz krzyczał: "Puśćcie mnie, bo was zaj***!".

Z kolei Arkadiusz K. napisał w notatce służbowej, że trzymał Tomasza Kramka "za plecy i ramiona", żeby nie mógł wstać. Podczas interwencji jeden z policjantów usiadł na nogach zatrzymanego. Drugi przydusił go kolanem do ziemi. Założyli mu kajdanki. Wtedy z ust Kramka zaczęła lecieć piana. Mężczyzna się dusił, a po chwili przestał się ruszać.

Obaj policjanci przekonywali śledczych, że od razu rozpoczęli reanimację. Jednak był z tym problem, bo zatrzymanego trzeba było odwrócić na plecy i zdjęć mu kajdanki. To zajęło cenne minuty. W tzw. międzyczasie funkcjonariusze ponaglali dyżurnego, aby szybciej wysłał na miejsce karetkę. Ratownicy medyczni po przyjeździe przez pół godziny prowadzili jeszcze reanimację. Jednak Tomasz Kramek zmarł.

Tomasz Kramek zmarł podobnie jak George Floyd w USA

Śledczy zauważyli, że wbrew relacji policjantów Tomasz Kramek wcale nie był wysportowanym i umięśnionym mężczyzną. Sekcja zwłok nie wykazała też żadnych narkotyków, a jedynie niewielkie stężenie hydroksyzyny, czyli silnego leku uspokajającego. Biegły postawił hipotezę, że śmierć mogła nastąpić w mechanizmie asfiksji restrykcyjnej. Potwierdziła do druga opinia.

W podobny sposób trzy miesiące wcześniej (25 maja 2020) w amerykańskim Minneapolis podczas policyjnego zatrzymania zmarł George Floyd. Śmierć czarnoskórego 46-latka wywołała falę protestów i zamieszek w Stanach Zjednoczonych. Udowodniono, że policjant podczas zatrzymania uciskał mężczyznę kolanem na kark przed blisko dziewięć minut. To jednak znacznie dłużej niż policjanci w Lublinie. Funkcjonariusz z USA został skazany na 22,5 roku więzienia.

Redakcja poleca

Biegli mają sporo zastrzeżeń do interwencji policjantów

Biuro Spraw Wewnętrznych, które również zajęło się sprawą, zauważyło, że relacja Wojciecha K. odbiega też od zapisów monitoringu. Kamera nagrała, jak policjant w wyskoku uderzył Tomasza Kramka łokciem w okolice twarzy, a później złapał za szyję, uniósł i powalił na ziemię. W tym czasie Arkadiusz K. założył zatrzymanemu kajdanki. Ustalenia BSW potwierdził też powołany przez prokuraturę biegły z zakresu taktyki i techniki interwencji służb mundurowych. W swojej opinii po obejrzeniu monitoringu zauważył, że tuż przed zatrzymaniem Tomasz Kramek nie był już agresywny. Miał ręce ułożone wzdłuż tułowia. Ten argument jednak próbowała później obalić obrona. Biegły dodał też, że policjanci użyli nieadekwatnej do potrzeb siły fizycznej.

Ponieważ sytuacja rozgrywała się z godzinach szczytu, było sporo świadków, którzy przejeżdżali obok bramy. Jak realcjonowali, widzieli policjanta klęczącego na Tomaszu Kramku, słyszeli jego charczenie oraz prośby o uwolnienie. Sąd uznał jednak, że zatrzymany nie mówił, że ma problemy z oddychaniem.

Biegli z zakresu medycyny sądowej uznali natomiast, że reanimacja podjęta przez policjantów nie mogła być skuteczna. Dlaczego? Bo po kilkunastu sekundach została przerwana na dwie minuty, żeby rozkuć zatrzymanego.

Opinię biegłego z zakresu taktyki i techniki interwencji służb mundurowych podważała też obrona. Wnioskowała o drugą opinię. Na sali sądowej doszło nawet do konfrontacji biegłych. I choć przebieg interwencji opisywali tak samo, to drugi biegły tłumaczył, że sytuację trzeba rozpatrywać całościowo, bo była dynamiczna. Dodawał, że nie można jej analizować na stopklatkach.

Siostra Tomasza Kramka: Jestem zdruzgotana i załamana

36-letni Tomasz Kramek mieszkał z rodzicami. Od 2006 roku leczył się na schizofrenię paranoidalną. Jak mówi jego siostra, czasem słyszał różne głosy lub do siebie mówił. Pracował doraźnie na budowie, czy sprzątając. Kobieta przekonuje, że mimo choroby miał świetny kontakt z jej dziećmi. Opiekował się nimi i je rozpieszczał. Nigdy nie bała się go z nimi zostawić. Pomagał też sąsiadom. Według Anny nie stanowił dla nikogo zagrożenia.

Dlatego podczas procesu była zaskoczona sugestiami i pytaniami obrony, że Tomasz mógł uprawiać sztuki walki, a opuszczenie rąk podczas interwencji miało być według nich przyjęciem postawy do ataku znanej z taekwondo.

Po wyjściu z sądowej sali Anna Kramek-Khadka płakała. Jak mówiła RadioZET.pl, liczyła na sprawiedliwy wyrok. Za taki uznałaby ukaranie policjantów. - Wyrok nie jest satysfakcjonujący dla mnie i dla mojej rodziny. Jestem zdruzgotana i załamana. Czuję ogromny żal i smutek oraz wielkie rozczarowanie - mówiła Kramek-Khadka.

Dodała, że nie przekonuje jej uzasadnienie sądu. Zwłaszcza, że pierwszy z biegłych od taktyki i techniki interwencji służb wskazał wiele nieprawidłowości w działaniu policjantów. - Sąd wziął pod uwagę tylko tę drugą opinię i na tym się skupił. W mojej ocenie od początku do końca ta cała interwencje była źle przeprowadzona. Oczywiście nie mam żalu do policjantów za samo zatrzymanie Tomka, tylko o sposób, w jaki to uczynili, jak z nim postąpili i jak go przytrzymywali. To zatrzymanie naprawdę nie musiało się zakończyć śmiercią - dodawała siostra zmarłego.

Jeden z oskarżonych, Arkadiusz K., nie chciał rozmawiać z RadioZET.pl po wyjściu z sali. Wojciecha K. nie było w sądzie. Rozmawiać nie chcieli też obrońcy. Arkadiusz K. i Wojciech K. już nie pracują w policji. Po postawieniu zarzutów zostali zawieszeni. Później pierwszy z nich odszedł na emeryturę. Drugi został zwolniony przez komendanta.

Wyrok, który zapadł w sądzie w Świdniku jest nieprawomocny. Siostra Tomasza Kramka zapowiada złożenie apelacji.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET