"Dostałam w głowę mopem", "oberwałam krzesłem". Nauczyciele o przemocy ze strony uczniów
Poprosiłam, żeby dzieci odrabiały lekcje. Jedna dziewczynka nie chciała. Kopnęła mnie, uciekła do toalety i zatrzasnęła drzwi. Mama uczennicy stwierdziła, że nie może urwać się z pracy i wcześniej nie przyjedzie. Gdy zgłosiłam sytuację dyrektorce, usłyszałam, że muszę sobie jakoś radzić. Szarpanie, popychanie, rzucanie przedmiotami - nauczyciele nieraz doświadczają tego w szkołach.
- - Gdy zacząłem jeździć po szkołach w ramach różnych spotkań, warsztatów, zauważyłem powtarzające się historie typu: nauczyciel pobity, nauczycielka pogryziona, uczeń rzucił w nauczyciela plecakiem – mówi Leszek Dowgiałło, społeczny rzecznik praw nauczycieli. Czasami w ciągu tygodnia odwiedza pięć szkół i w każdej taki temat wypływa.
- Nauczyciele doświadczają przemocy zarówno fizycznej, psychicznej, jak i cyfrowej.
- Schemat wygląda zazwyczaj tak: szkoła boi się prosić kuratoria o wsparcie, dyrektor woli nie widzieć problemu, rodzice piszą skargi, a nauczyciel albo zmienia pracę, albo zaciska zęby i wyczekuje następnego roku
- To co się wydarzyło, nie powinno się zdarzyć. Nie powinnam się znaleźć w tym miejscu, w którym się znalazłam – zaczyna Ewa, nauczycielka w klasach 1-3. W zawodzie pracuje od 40 lat, od 30 – w tej samej publicznej, zwykłej podstawówce w małej miejscowości pod Rzeszowem. - Zawsze miałam dobry kontakt z rodzicami, z uczniami, przez tyle lat pracy nie było na mnie żadnych skarg – zaznacza, co będzie ważne dla jej dalszej historii.
Rok temu dostała klasę pierwszą - kilkanaścioro dzieci, wyjątkowo kameralna grupa. - Pomyślałam - super. Tuż przed emeryturą będę miała fajnie, taka grupa jest idealna do pracy. Okazało się wręcz przeciwnie – mówi. Jedna z uczennic, Hania, była wyjątkowo nadpobudliwa. Nie słuchała, nie reagowała na polecenia, potrafiła podejść i wyłączyć komputer w trakcie lekcji. Cały czas musiała być w centrum zainteresowania. Ewa poszła nawet na kurs z terapii behawioralnej, by móc lepiej dogadać się z uczennicą. Ta zaczęła jednak zaczepiać inne dzieci z klasy. Biła je, kopała, dusiła, rzucała w nie nożyczkami, wrzucała im plecaki do kosza. - Reagowałam natychmiast, ale za chwilę wymyślała coś nowego. Dzieci przychodziły, płakały – opowiada nauczycielka.
O prowadzeniu zajęć, uczeniu nie było mowy. - Rodzice pozostałych uczniów wiedzieli, że robię, co w mojej mocy, żeby pomóc. Co chwila mieliśmy spotkania. Dyrektorowi zgłaszałam na bieżąco sytuację, ale odwoływał się do mojego doświadczenia i stażu pracy – opowiada Ewa. Po kolejnych interwencjach rodziców obiecywał pomoc, ale bez konkretów. Matka 7-latki tłumaczyła zachowania córki temperamentem i tym, że ma dużo starsze rodzeństwo, więc nie umie się odnaleźć w grupie rówieśników.
Podrapana, skopana
W końcu dziewczynka w drugim semestrze dostała nauczycielkę wspomagającą. - Gdy dziewczynka zachowywała się agresywnie, nauczycielka miała wyjść z nią na korytarz, by ją wyciszyć, ale ta podrapała ją, skopała i zwyzywała – wspomina Ewa. Nauczycielka nieuprzedzona o tym, z kim będzie pracować, po dwóch tygodniach rzuciła papierami i odeszła. Matka 7-latki stwierdziła, że córka po prostu nie polubiła nauczycielki. Dyrektor tłumaczył, że młodej nauczycielce zabrakło doświadczenia, stąd nie umiała sobie poradzić. Na jej miejsce nikogo jednak nie mógł znaleźć. I tak Ewa wytrwała do wakacji.
Na początku kolejnego roku szkolnego dzieci standardowo przyniosły kasztany i jarzębinę na lekcję, by robić ludziki. Najpierw jednak czekała na nich klasówka z matematyki. - Hania przyszła tego dnia wyjątkowo nabuzowana. Stwierdziła, że nie będzie nic pisać, podarła książki i zrzuciła z ławki jarzębinę i wszystkie kasztany, jednym rzuciła w koleżankę – opowiada Ewa.
Nauczycielka zadzwoniła – już nie pierwszy raz - po pomoc do innej pani. Ta wzięła dziewczynkę z sali, by ją wyciszyć i by Ewa mogła uspokoić pozostałych uczniów. - Dzieci przyniosły mopa, wytarliśmy podłogę, bo była cała śliska od jarzębiny. Zebrałam ich w kółku pod tablicą, żeby omówić z nimi sytuację, uspokoić ich. Po chwili do klasy weszła Hania. Chciała zabrać śniadanie ze swojego plecaka. Nagle chwyciła mopa, którego zostawiliśmy pod ścianą, i walnęła mnie. Dostałam w głowę i rękę. Spadłam z krzesła, jak długa leżałam na podłodze. Dzieci zaczęły płakać. Obraz nie do pomyślenia – wspomina Ewa.
Nauczyciele jak na wojnie
Nauczyciele i dyrektorzy na początku każdej z opowieści zaznaczają: ogromna większość dzieci, rodziców zachowuje się w porządku, bez żadnych zastrzeżeń, są to incydentalne przypadki. Niemal każdy, z którym rozmawiałam, potwierdza jednak problem, bo sam albo doświadczył przemocy fizycznej, psychicznej, słownej, albo zna ją z opowieści innych pedagogów. I nie mówimy tu o szkołach specjalnych, w których uczą się dzieci z różnymi ciężkimi niepełnosprawnościami, więc kadra liczy się z ich trudnymi zachowaniami, ale o zwykłych publicznych podstawówkach czy liceach.
- Gdy zacząłem jeździć po szkołach w ramach różnych spotkań, warsztatów, zauważyłem powtarzające się historie typu: nauczyciel pobity, nauczycielka pogryziona, uczeń rzucił w nauczyciela plecakiem – mówi Leszek Dowgiałło, dyrektor ds. profilaktyki Centrum Edukacji i Rozwoju PROGRESOWNIA, społeczny rzecznik praw nauczycieli. Czasami, jak opowiada, w ciągu tygodnia odwiedza pięć szkół i w każdej taki temat wypływa. Jeśli porusza temat publicznie na radach, konferencjach, zasada jest podobna. - Ostatnio gdy rozmawiałem w pokoju nauczycielskim z kadrą jednej ze szkół, w których miałem spotkanie, czułem się, jakbym rozmawiał z weteranami wojennymi. Nauczyciele pokazywali i opowiadali: ta blizna to po Adasiu, ta po Karolu, a tu Agatka mnie pogryzła – wspomina.
Zaczyna się już w przedszkolu. - Chłopiec wpadł w szał i zaczął rzucać w nas krzesłami – wspomina swoje pierwsze przedszkole Magda, nauczycielka wychowania przedszkolnego z Wrocławia. - Ja oberwałam, koleżanka oberwała. I tak szczęście, że nie byłam sama z grupą, co się często zdarza, więc jedna mogła zająć się chłopcem, a druga pozostałymi dziećmi – opowiada. Długo rozpamiętywała tę sytuację. - Przytrzymywanie dziecka w takim szale to nie jest przyjemna sprawa. Poza tym nie byłyśmy gotowe na atak z jego strony. Chłopiec był nadpobudliwy, ale nie miał wcześniej takich ataków, nie był też zdiagnozowany pod kątem ADHD czy innych zaburzeń. Był w normie intelektualnej, świadomy tego, co się dzieje – opowiada nauczycielka.
Kolejne szczęście, jak wylicza Magda, to takie, że mama chłopca była "współpracująca", szybko zaczęła działać i diagnozować syna w kierunku autyzmu i ADHD, z czym nieraz wiążą się zachowania agresywne. Takich orzeczeń przybywa, stąd rośnie też skala problemu agresji wobec nauczycieli. Współpracujący rodzic i diagnoza to nie jest jednak oczywistość.
Nie zgadzam się z diagnozą i już
Maria nie zapomni marca ubiegłego roku. Pracowała wtedy na świetlicy w jednej z podwarszawskich podstawówek. W grupie miała blisko 30 dzieci z różnych klas. Według przepisów powinna być jeszcze jedna nauczycielka, ale dyrektorka zasłaniała się brakami kadrowymi. - Poprosiłam, żeby dzieci odrabiały lekcje. Jedna dziewczynka, drugoklasistka, nie chciała. Przeszkadzała innym. Gdy zwróciłam jej uwagę, kopnęła mnie, uciekła do toalety i zatrzasnęła drzwi – wspomina Maria. Później zresztą dowiedziała się, że to nie pierwszy taki incydent z udziałem tej uczennicy.
Maria nie wiedziała, czy biec za dziewczynką, czy zająć się mocno przestraszoną grupą. Na świetlicę przyszła sekretarka, nauczycielka od razu też zadzwoniła do mamy uczennicy, ale ta stwierdziła, że nie może urwać się z pracy. - Gdy zgłosiłam sytuację dyrektorce i powiedziałam, że tak więcej być nie może, usłyszałam, że muszę sobie jakoś radzić – wspomina Maria.
- Jak mamy sobie radzić, skoro w sumie nic nie możemy zrobić - odpowiada Magda, nauczycielka wychowania przedszkolnego. - System teoretycznie daje nam narzędzia, które mają pomóc, ale nie pomagają – dodaje. Nauczyciel może np. skierować rodzica z dzieckiem do poradni pedagogiczno-psychologicznej, by sprawdzić, skąd takie zachowania. - Ale rodzic po pierwsze nie ma obowiązku iść do tej poradni, a po drugie pokazać, co poradnia stwierdziła – mówi Magda. Nieraz z takimi sytuacjami się spotkała.
Podoba sytuacja była u Ewy, która kilkakrotnie prosiła mamę Hani, by udała się z nią do poradni. - Mama tłumaczyła, że musi się skonsultować z ojcem dziecka, że są długie kolejki. Pomogłam, załatwiłam szybszy termin. Po wielu spotkaniach, namowach, gdy sytuacja była już na ostrzu noża, kobieta poszła z córką do lekarza na konsultację. Stwierdzono niedostosowanie społeczne i autyzm. Matka uznała, że nie zgadza się z diagnozą – opowiada Ewa.
Skarbów jest więcej
Magda, nauczycielka wychowania przedszkolnego, wylicza jednak, że tylko w połowie sytuacji, w których nauczyciele doświadczają przemocy, uczestniczą dzieci z diagnozami (lub bez ale z ewidentnymi zaburzeniami). Druga połowa? - Konsekwencje wychowawcze - stwierdza krótko. - Trochę się pogubiliśmy jako dorośli. Uważamy, że partnerstwo z synem czy córką jest super, ale zapominamy, że dziecko potrzebuje bezpiecznych granic, ram, w których ma się wychowywać - mówi Magda.
Jolanta Gajęcka, dyrektorka SP nr 2 w Krakowie, podaje przykład z wychowania fizycznego, na którym dzieci rywalizują między grupami. - Dziecko jest w rzędzie, które przegra i to wystarczy, żeby wpadło w szał. Wystarczy jakiekolwiek wymaganie albo brak poczucia sukcesu i momentalnie objawia się to agresją – opowiada. U niej w szkole najczęściej właśnie w takich sytuacjach dochodziło do szarpania, kopnięcia, czy popchnięcia nauczyciela.
- Szamotanie się, uciekanie, rzucanie przedmiotami, agresja słowna – Joanna Mikusek-Przystajko, pedagożka specjalna, nieraz była proszona do takich sytuacji z prośbą o pomoc i interwencję i nie miała wątpliwości po rozmowach z rodzicami, dzieckiem, że taka agresja, złość wynikała z problemów wewnątrz rodziny i ogromnego rozdźwięku między zasadami panującymi w szkole i w domu. - Rodzice chcąc uniknąć wybuchów agresji i złości, pozwalali dziecku w domu robić to, co chce. Nauczyciel stawiał granice, więc na nim dziecko wyładowywało złość i frustrację. Nie obwiniałabym więc je za to – mówi Joanna Mikusek-Przystajko.
Gajęcka zaobserwowała też, że często dzieci są utwierdzane w przekonaniu, że są jedyne i najlepsze. W przedszkolu, w szkole okazuje się nagle, że takich skarbów jest więcej. - Próbujemy stworzyć warunki, żeby z tych skarbów powstał jeden wielki oszlifowany brylant, bo dzieci są bardzo dobre, tylko są wypadkową okoliczności wychowania rodziców, ich postaw – zgadza się z pedagożką Gajęcka. Nie ma wątpliwości, że gdyby rodzice reagowali właściwie, to by nie było takich sytuacji.
- Jeśli niektórzy rodzice pozwalają sobie na określenia, że „nauczyciel jest głupi” - sama tego doświadczyłam - „intelektualnie zaburzony”, że „nadaje się do leczenia psychiatrycznego”, to trudno, żeby dziecko inaczej się zachowywało – mówi Gajęcka. Słowa, które przytoczyła, członkowie jej kadry dostali od rodziców w wiadomościach w dzienniku elektronicznym, w mediach społecznościowych. Rzadko kiedy padło potem słowo „przepraszam”. Kilkuletnie dziecko, które przeklina i wyzywa nauczyciela samo z siebie też nie wymyśliło takich słów.
Przemoc w inernecie
Z przemocą ukrytą, słowną, zwłaszcza internetową, często stykają się nauczyciele szkół ponadpodstawowych. - Na instagramie szkoły wypisywali o mnie negatywne, nieraz wulgarne komentarze, oczywiście z anonimowych kont typu Miś Uszatek. Mam grupą skórę, więc mnie to nie ruszało. Komentarze zostały po prostu usunięte, ale zdarzało się, że uczniowie przerabiali zdjęcia nauczycieli do filmików pornograficznych – opowiada Damian, nauczyciel chemii w poznańskim liceum.
- Wulgaryzmy, obraźliwe wpisy w internecie, poprzerabiane zdjęcia - spotykamy się z tym od lat – potwierdza Dorota Kuchta, dyrektorka Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 2 w Legionowie. Damian przyznaje, że sam schemat działania takiego ucznia rozumie. Dawniej młodzi ludzie też odczuwali frustrację, ale nie mieli narzędzi do jej wyrażenia, poza kredą, którą mogli napisać na chodniku coś o nauczycieli. - Schemat pozostał, ale media się zmieniły i przez internet skala takiej przemocy jest większa – mówi chemik.
Jak tłumaczy, treści internetowe epatują przemocą, agresją, przez co przesuwane są granice, co wolno, a czego nie. Po drugie, na co zwraca uwagę Gajęcka, zatraciliśmy zdolność zastanowienia się nad tym, co robimy, nie dajemy sobie chwili na ochłonięcie. Od razu wielu ludzi chwyta za telefon komentuje i opisuje, co go spotkało, nie przebierając przy tym w słowach. Ale sytuacji "szczelnych", jak mówi Damian, nigdy nie ma. Zawsze znajdzie się osoba, która się z tym nie zgadza i poinformuje kadrę. - U nas sprawa zdjęć trafiła do sądu, ale została umorzona. Uczniowie ostatecznie mieli obniżone zachowanie, ale nauczyciel, którego to dotknęło, bardzo zmienił się w stosunku do uczniów. Nie ufał już im, zdystansował się mocno – opowiada chemik.
Jak reagować na przemoc?
Prof. Dorota Merecz-Kot, Kierownik Zakładu Psychologii Pracy, Organizacji i Doradztwa Kariery w Instytucie Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego, zaznacza, że w takich sytuacjach w pierwszej kolejności najważniejsze jest uznanie ich powagi i niebagatelizowanie ich. - W zawodzie nauczyciela umiejętność postępowania wobec dzieci, młodych ludzi jest elementem kompetencji zawodowych. Jeśli nauczyciel doświadcza przemocy ze strony podopiecznych, to kładzie się to cieniem w powszechnej opinii na jego umiejętnościach – wyjaśnia.
Przekonuje, że takie sytuacji mogą się zdarzyć niezależnie od poziomu kompetencji nauczyciela. - Nie wiemy np. pół godziny wcześniej, że ze strony podopiecznego nastąpi atak. Sam fakt wystąpienia agresji nie powinien więc być traktowany z definicji jako brak kompetencji nauczyciela. Mamy ograniczoną kontrolę nad zachowaniem drugiego człowieka – zaznacza psycholożka. Kolejnym etapem jest okazanie wsparcia takiej osobie. - Każdy człowiek, gdy jest zaatakowany, przeżywa określone emocje. Stąd gotowość wysłuchania, zrozumienia opowieści o tych emocjach jest bardzo ważna – mówi ekspertka.
Podkreśla, że takie działanie powinno odbywać się na poziomie przełożonego i współpracowników. - Temat przemocy powinien być ujawniany, powinno się mówić o tym głośno, w oderwaniu od kompetencji zawodowych osób – zaznacza prof. Merecz-Kot. Ostatnim elementem jest omówienie sytuacji w grupie po to, by wyciągnąć z tego wnioski na przyszłość. - Nie chodzi tu o wskazywanie: “ty nauczycielu mogłeś zrobić to i to”, tylko o zastanowienie się, bez piętnowania, co wszyscy w podobnej sytuacji możemy zrobić – tłumaczy ekspertka.
Jak wyjaśnia, schemat działania w wypadku przemocy cyfrowej, psychicznej, jest podobny, z tym, że dodałaby tu jeszcze jeden znaczący element. - Na pewno potrzebna jest akcja prewencyjna. Dobrym działaniem byłoby uczenie od przedszkola dzieci, co jest przemocą, jakie są niewłaściwe zachowania w sieci - mówi prof. Merecz-Kot. Zaznacza też, że dyrektor, środowisko musi odróżnić dwie sytuacje:, kiedy agresja pojawia się z powodów wewnętrznych, leżących po stronie uczniów. Wtedy akcent trzeba położyć na wspieranie nauczyciela i zaznaczanie, że są to sytuacje niezależne od jego kompetencji. Druga sytuacja to agresja ze strony uczniów, która jest odwetem za niesprawiedliwie traktowanie. Wtedy trzeba się przyjrzeć, dlaczego w wypadku danego nauczyciela zdecydowanie częściej niż w wypadku innych osób pojawiają się krytyczne sytuacje.
Kuratorium? Wyśle kontrolę
W polskiej szkole zazwyczaj jest dokładnie na odwrót we wszystkich tych punktach. - Szkoły nie wiedzą, jak reagować, boją się prosić kuratoria o wsparcie, bo zaraz będą miały na głowie kontrolę. Dyrektor obiecuje porozmawiać i nic więcej się nie dzieje. Rodzice piszą skargi, więc z automatu nauczyciel uważany jest za tego złego, więc albo zmienia pracę, albo zaciska zęby i wyczekuje następnego roku lub sam w obronie własnej reaguje i potem ma nieprzyjemności - Leszek Dowgiałło schemat ten zna aż nadto.
- Systemowo nie mamy wsparcia psychologa, bo psycholog jest dla ucznia. A dyrektorzy chcą takie sytuacje najczęściej zamieść pod dywan, bo wolą ugodowo je rozwiązać i dojść do porozumienia z rodzicami – dodaje Magda. Tu odzywa się Gajęcka, która zaznacza, że raz złożyła nawet zawiadomienie o naruszeniu cielesności nauczycielki, która została pobita przez trzecioklasistę. Uczeń nie miał żadnego orzeczenia, problemem był raczej dom i brak stawiania granic. - Nauczycielka chodziła na policję, składała zeznania i powiedziała: „nigdy więcej, choćby mnie znowu pobili". Czuła się, jakby to ona była przestępcą - opowiada Gajęcka.
- Odpowiedzialność małoletnich za określone zachowania, wskutek których nauczyciel poniósł szkodę lub doznał krzywdy, można rozpatrywać na gruncie prawa cywilnego, karnego oraz przepisów ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich, w zależności od wieku ucznia i rodzaju zachowania, którego się dopuścił - wyjaśnia adwokat Sara Lipert, zaznaczając, że nauczyciele doświadczający przemocy ze strony uczniów w szkole nie są pozbawieni ochrony prawnej.
W wypadku małoletniego, który nie ukończył 10 lat, odpowiedzialność spoczywać będzie z reguły na rodzicu lub opiekunie. - Pomiędzy 10. a 17. rokiem życia dziecka sąd rodzinny może stosować środki przeciwdziałające demoralizacji i czynom karalnym małoletnich, takie jak np. zobowiązanie do naprawienia wyrządzonej szkody lub zadośćuczynienia za doznaną krzywdę, zobowiązanie do wykonania prac społecznych, nadzór kuratora sądowego czy umieszczenie w zakładzie leczniczym lub poprawczym. Po osiągnięciu 17. roku życia uczeń odpowiada na gruncie prawa karnego jak dorosły i za pobicie, znieważenie, naruszenie nietykalności cielesnej nauczyciela lub za inne przejawy przemocy, może zostać ukarany nawet karą pozbawienia wolności - wyjaśnia Lipert.
Nauczyciela powinny chronić też przepisy prawa oświatowego i Karta nauczyciela. Ewa po pobiciu mopem zgłosiła się na policję, była też na obdukcji. Sprawa trafiła do sądu rodzinnego, ale ją umorzono, ze względu na to, że sprawca był niepełnoletni. Rodzice żadnych konsekwencji nie ponieśli.
Gajęcka patrzy na problem szerzej. - Szkoła została pozbawiona atrybutów instytucji, dla niektórych są same prawa, żadnych obowiązków. Rodzic może napisać usprawiedliwienie dziecku, chociaż ono celowo nie przyszło do szkoły, dziecko się może spóźnić, bo rodzic wyjechał później z domu. Nie ma za to odpowiedzialności. Krok po kroku to postępuje, przez lata od kubłów na głowę nic w tej kwestii nie zrobiono, dalej w to brniemy i jest na to przyzwolenie – mówi.
Rozmowa, mediacja i współpraca
- Rodzic często na początku słyszy: "mamy problem z Jasiem, źle się zachowuje, niech pani/pan coś z tym zrobi" – mówi z kolei o drugiej perspektywie prof. Merecz-Kot. A rodzic, na co zwraca uwagę Dowgiałło, nie ma kompetencji, wiedzy do tego, by coś zmienić, więc broni się, odpowiadając, że dziecko w domu jest grzeczne. Co może być prawda, bo jeśli dostaje telefon, cukierki i wszystko co chce, to rzeczywiście może nie sprawiać problemów. W ten sposób zaczynają się przepychanki zamiast tak ważnej współpracy nauczycieli, dyrektorów i rodziców, która niestety przychodzi z trudem.
- W takich sytuacjach trzeba zaznaczyć, że wszyscy mamy problem, zbudujmy wspólne zasady, jak mamy się zachowywać, na co zwracać uwagę, by okazać zrozumienie i pomoc dziecku. Gdybyśmy wyeliminowali z języka: “niech pan/pani coś zrobi”, na pewno byłoby łatwiej. Wspólny front byłby bardzo pomocny. Inaczej każda ze stron na końcu czuje się osamotniona - mówi prof. Merecz-Kot.
Dlatego w ZSP nr 2 w Legionowie pierwszym etapem zawsze jest rozmowa, w którą włączany jest pedagog i psycholog. - W większości to świetnie działa. Oprócz tego nauczyciele mają rodzaj superwizji wewnętrznej, mogą porozmawiać, wyżalić się, jak mają poczucie, że coś jest nie tak. Po strajku nauczycieli, gdy mocno spadły nastroje, nasze szkolne psycholożki same wyszły z taką inicjatywą. Czasem one też pełnią rolę mediatorów – opowiada Kuchta.
Dowgiałło wraz z zespołem pracuje z kolei nad projektem Feniks, którego celem m.in. będzie wprowadzenie do szkół mediacji, a także zajęcia dla nauczycieli, by ich wesprzeć i pokazać narzędzia, jakimi mogą dysponować. Potem w planach są spotkania dla rodziców, a następnie praca z młodzieżą. - Nazwa projektu jest nieprzypadkowa, ma symbolizować podniesienie się z popiołu zawodu nauczyciela. Profesjonalizm szkoły powinien polegać na tym, że przede wszystkim prowadzimy mediacje, rozmawiamy z rodzicami. Jeżeli to nie przynosi efektu, prosimy o wsparcie sąd rodzinny, bo dziecko może stanowić dla siebie lub dla innych zagrożenie – wyjaśnia.
Dowgiałło walczy też o ukonstytuowanie prawne funkcji rzecznika nauczycieli. Zwłaszcza, że MEN zapowiedziało stworzenie Rzecznika Praw Ucznia. - Nie chciałbym pisać czarnego scenariusza, ale zwiększając kompetencje tylko jednej grupy – uczniów - uwypuklając jej prawa, możemy spowodować, że zachowań przemocowych będzie więcej – mówi.
Magda odeszła, Ewa zawieszona
Magda z przedszkola, w którym chłopiec rzucał w nią krzesłem, odeszła. W obecnym przemocy akurat nie doświadczyła, ale w innych grupach zdarzało się, że dzieci kopały, gryzły, wyzywały wychowawczynię. Rodzie najczęściej uważali, że to wina nauczycielki albo placówki. Jeśli dyrekcja stanęła akurat po stronie pedagoga, rodzice przenosili dziecko do innego przedszkola. Maria następnego dnia po sytuacji ze świetlicy poszła na zwolnienie lekarskie i już z niego do tej podstawówki nie wróciła. Złożyła wypowiedzenie.
Po pobiciu mopem mama Hani widziała w tym winę nauczycielki, dyrektor wspominał coś o emeryturze dla Ewy. Ta mimo wszystko po pobiciu nie miała myśli, by zrezygnować z pracy. - Wręcz przeciwnie, chciałam dokończyć tę klasę, bo naprawdę trafiły mi się cudowne dzieci i fajni rodzice – mówi. Następnego dnia zjawiła się normalnie w pracy.
Sprawa Ewy trafiła jednak do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli, Ewie zarzucono m.in. stygmatyzowanie uczennicy. Kilka dni po pobiciu została zawieszona przez dyrektora w obowiązkach do czasu zakończenia się sprawy w komisji dyscyplinarnej. - Przecież ja nic złego nie zrobiłam, nie mam sobie nic do zarzucenia, to mnie pobito. Zostałam totalnie sponiewierana, zniszczona - mówi, wciąż nie dowierzając. Z dnia na dzień musiała odejść od tablicy i wszystko zostawić. Większość uczniów przepisało się z jej klasy. Hania wciąż do niej chodzi. Ewa wciąż jest zawieszona.
*Zmieniłam niektóre imiona bohaterów.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET