`

Zabił staruszkę i podpalił jej dom. Myślał, że ma złoto

12 min. czytania
21.02.2024 15:14
Obserwuj nas na Google

Nowoczesne badania DNA umożliwiły śledczym rozwiązać zagadkę śmierci Eugenii Korniłowicz po 17 latach. W 2006 roku kobieta została napadnięta we własnym domu. Nieznany sprawca pobił ją, a następnie podłożył ogień, aby zatrzeć ślady przestępstwa. 82-latka nie miała żadnych szans na przeżycie. Tuż przed tragedią we wsi plotkowano, że seniorka ukrywała w domu kosztowności. 

fot. Adam Wysocki/East News

W niewielkiej wsi na Warmii i Mazurach mieszkała 82-letnia Eugenia Korniłowicz. Pielgrzymowo to typowa polska wioska, w której wszyscy ze wszystkimi się znają. Nie było więc tajemnicą, że po śmierci męża staruszka sama mieszkała w dużym domu. Nie było jej lekko. Żyła skromnie, wręcz ubogo. Musiała przeżyć za niewielką rentę, która ówczesnie - w roku 2006 - wynosiła około 640 zł. Dom Eugenii był zaniedbany, nie miał podłączonego gazu, ani doprowadzonej bieżącej wody. Na szczęście był prąd. Zimą kobieta przebywała tylko w jednym pokoju, w którym znajdował się piec tzw. „trociniak”. Drewno przywozili jej mieszkańcy wsi. Czasami też pomagali jej w małych domowych naprawach.

Redakcja poleca

Kobieta prowadziła typowe życie staruszki. Bardzo rzadko wyjeżdżała z wioski. Dom tak naprawdę opuszczała tylko wtedy, gdy chciała zrobić zakupy w sklepie obwoźnym czy odwiedzić znajomych mieszkających naprzeciwko. W okresie jesienno-zimowym Eugenia  każdego dnia przed południem rozpalała w piecu. Był on jednak mały i bardzo stary, dlatego ogrzanie domu było bardzo trudne. Eugenia musiała więc spać w grubych dresach i swetrach. Kładła się wieczorem koło 20, gdy wciąż czuć było ciepło dobiegające z pieca. W nocy “trociniak” wygasał.

Nieufna do obcych 

Sąsiadem Eugenii był mężczyzna, który remontował dom. Ani on, ani kobieta nie zabiegali jednak o bliższy kontakt. Rozmawiali bardzo rzadko. O seniorce nie wiele wiedział również sołtys wsi. Mówiło się o niej, że jest zamknięta w sobie i nieufna do ludzi. Nigdy nie wpuszczała nikogo obcego za próg swojego domu. Gdy ktoś nieznajomy zjawiał się na jej posesji, udawała, że jej nie ma. Drzwi wejściowe były zawsze zamknięte, choć nie posiadały zamka. Kobieta zamykała je od środka na haczyk, który przywiązywała sznurem, dodatkowo blokując drzwi kijem. Mimo że sposób zabezpieczenia domu nie wydawał się zbyt profesjonalny i solidny, to uniemożliwiał otwarcie drzwi od zewnątrz. Eugenia, gdy opuszczała dom od zewnątrz zamykała drzwi na kłódkę. Bardzo tego pilnowała. Potrafiła kilka razy obejść dom, a nawet wrócić do niego, aby sprawdzić, czy jest zamknięty. 

Po śmierci męża najbliższą dla niej osobą była córka. Mimo że była to jej jedyna potomkini, to nie utrzymywały ze sobą częstych kontaktów. Ostatni raz widziały się trzy miesiące wcześniej, gdy córka odwiedziła ją razem z wnukiem.

Samotnym losem kobiety zainteresował się Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej. Z urzędu przydzielił jej opiekunkę. Eugenia nie była zachwycona tym pomysłem. Nie chciała, aby pracownica GOPS-u przychodziła do niej i pomagała w codziennym życiu. Uważała, że sama sobie świetnie radzi. W końcu zarzuciła opiekunce, że ta ukradła jej z domu kilka przedmiotów, które schowane były w szafie. To oskarżenie uruchomiło lawinę plotek we wsi.

Złoto

Mieszkańcy zaczęli rozpowiadać, że Eugenia posiada w domu jakieś kosztowności. Mówiono nawet o złocie, które 82-latka miała skrzętnie ukrywać. Plotki dotarły do jednego z mieszkańców Pielgrzymowa, Zbigniewa T. Rodzice 24-latka byli rozwiedzeni. Ojciec był kamieniarzem, często zaglądał do kieliszka. Zbyt często. Zmarł kilka lat później. 

Zbigniew wychowywał się wraz z pięciorgiem rodzeństwa. Nie mógł liczyć na wystarczającą uwagę i zainteresowanie rodziców. Bardzo szybko zszedł na złą drogę. Zaczął kraść i włamywać się do domów. Na wsi zyskał sobie mało chwalebną łatkę złodzieja i łobuza, a w końcu także przestępcy. Za jedną z kradzieży trafił za kratki na rok.

Oglądaj

Gdy wyszedł na wolność i usłyszał o rzekomym majątku Eugenii, zaczął ją nachodzić. Często pochodził pod okna jej domu, zaglądał, a nawet stukał, chcąc sprawdzić, czy jest ktoś w środku. Staruszka poskarżyła się nawet sołtysowi, że Zbigniew nachodzi ją, jak to ujęła, “głuchą nocą”. Eugenia obawiała się mężczyzny, bo wcześniej nie miała z nim wiele wspólnego. Co prawda znała go, bo w przeszłości kupowała od jego babci jajka, twaróg czy ziemniaki. Zbigniew przynosił jej do domu zakupione produkty. Jednak bliższych kontaktów ze sobą nie utrzymywali. 

Strach, który czuła przed Zbigniewem zbliżył ją do sąsiada, który po sąsiedzku remontował dom. Częściej zaczęła z nim rozmawiać. Eugenia powiedziała mu nawet, że cieszy się, że już niedługo mężczyzna skończy prace i osiedli się na stałe. To miało zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa. 

"On tu był"

Z każdym kolejnym dniem Eugenia bała się jednak coraz bardziej. Mimo swojego introwertyzmu zaczęła zwierzać się swoim znajomym. Otwarcie mówiła, że boi się o swoje życie. Ktoś miał ją straszyć pukając w ściany w środku nocy. Staruszka bała się sama przebywać w domu. Twierdziła nawet, że ktoś może ją zabić. Znajomi stwierdzili jednak, że Eugenia ma urojenia typowe dla swojego podeszłego wieku. W końcu kobieta nie miała przecież żadnych wrogów. Jeżeli byłoby inaczej, to we wsi wszyscy wiedzieliby o tym. 

Zbigniew, który nachodził Eugenię, wyjechał ze wsi za pracą. Dzięki temu seniorka poczuła się bezpieczniej. I nie było to złudne wrażenie, bo kobieta nie słyszała już dziwnego pukania w ściany czy szmerów nocą. 

Redakcja poleca

Gdy wydawało się Eugenii, że wszystko powróciło do normalności, nagle ktoś wybił szybę w jej domu. Uszkodzono okno z tyłu budynku, co mogło wskazywać, że ktoś chciał włamać się do środka. Eugenia zgłosiła to sołtysowi Pielgrzymowa Ryszardowi Dolińskiemu. Powiedziała mu tajemniczo: “patrz, on tu był”. Nie była jednak w stanie powiedzieć, o kim konkretnie mówi. Trudno było określić, czy faktycznie szyba została zbita umyślnie przez człowieka, czy na skutek na przykład warunków atmosferycznych. Niepokojące były jednak ślady obuwia na śniegu w pobliżu domu. Eugenia zarzekała się, że nie ona je zostawiła. Sołtys nie wiedział za bardzo co dalej zrobić z tą sprawą. Zaproponował kobiecie, że przybije do okna blat od stołu, aby nikt nie mógł wejść do środka. 

Kilka dni później, 28 stycznia 2006 roku, Eugenia spotkała sąsiada remontującego dom. Opowiedziała mu o zdarzeniu i poprosiła go o zabezpieczenie i uszczelnienie okna przed zimny wiatrem. Następnie opuściła dom i udała się do znajomych z naprzeciwka, aby zadzwonić do swojej córki. Staruszka wróciła do siebie około godziny 16. Poprosiła znajomych, aby zerkali na jej dom. Bała się, że ktoś może do niego wtargnąć, gdy będzie spała. 

Tajemniczy młodzieniec

Noc przebiegła spokojnie. Po południu Eugenia ponownie odwiedziła znajomych. W czasie wizyty koło jej domu zaczął kręcić się młody mężczyzna w wieku około 18 lat. Zauważył go sołtys, ale nic nie zrobił. Powstrzymała go żona, która stwierdziła, że Eugenia zapewne poprosiła okoliczne dzieciaki, aby odśnieżyły jej posesję. Oboje nie wiedzieli jednak, że kobiety nie było w domu, a jej posesję dzień wcześniej odśnieżył sąsiad.

Staruszka po południu wróciła do domu prosto od swoich znajomych. Nad Pielgrzymowem zapadła noc. Następnego dnia, w niedzielę, do drzwi Eugenii zapukała przyjaciółka, która od czasu do czasu przyjeżdżała do niej w odwiedziny. Kobieta czekała już dłuższą chwilę na otwarcie, ale nie zaniepokoiło to ją, gdyż Eugenii zwykle zajmowało to sporo czasu. Miała w końcu już swoje lata. Przyjaciółka staruszki w końcu złapała jednak za klamkę i ku jej zdziwieniu drzwi się otworzyły. Nie było założonego haczyka ani przywiązanego sznura, co zwykle Eugenia robiła, gdy zamykała dom od wewnątrz. Nie mówiąc już o kiju, który blokował możliwość uchylenia drzwi.

Tuż po wejściu do środka kobieta poczuła dziwny zapach. Z głębi pomieszczenia zaczęły wyłaniać się kłęby duszącego dymu. Przerażona zaczęła krzyczeć i wzywać Eugenię. Ta jednak nie odpowiadała. Przyjaciółka bała się wchodzić dalej. Wybiegła z domu i udała się po sołtysa. Doliński wraz z synem próbował dostać się do środka domu Eugenii, ale zrezygnował ze względu na coraz większe zadymienie. Natychmiast powiadomili straż pożarną i policję. 

Strażacy weszli do środka. Panowała tam wysoka temperatura, olbrzymie zadymienie ograniczało im widoczność. Wciąż nie wiadomo było, gdzie jest Eugenia. Czas nie był ich sprzymierzeńcem. Jeden ze strażaków zaczął wybijać szyby, aby oddymić dom. W końcu udało się odnaleźć ognisko pożaru. Było w pokoju za kuchnią. Otwarcie drzwi do tego pomieszczenia było utrudnione przez zalegające szmaty. Można było je jednak uchylić, dzięki czemu jeden ze strażaków wyciągnął je z zawiasów. W pokoju na łóżku leżała Eugenia. Strażacy momentalnie wynieśli ją z płonącego domu. Następnie wrócili do środka, aby ugasić pożar. Wciąż w pokoju staruszki tliły się porozrzucane szmaty i ubrania. Strażaków zaniepokoiło, że drzwi prowadzące do kolejnego pomieszczenia były… zastawione szafą. 

Nieszczęśliwy wypadek czy morderstwo?

Eugenia nie przeżyła pożaru. Pozostało pytanie, co doprowadziło do tej tragedii. Bardzo szybko jednak okazało się, że nie był to nieszczęśliwy wypadek. Piec, który znajdował się w kuchni, był zimny. Pożar natomiast wybuchł w sypialni, gdzie panował duży bałagan. Czy doszło do włamania, a następnie celowego podpalenia domu Eugenii? Jeżeli tak, to dlaczego żadne z drzwi zewnętrznych nie miały śladów włamania? Przybyli na miejsce śledczy dostrzegli na śniegu ślady prowadzące od tyłu domu w kierunku lasu oddalonego o 400 metrów. Pies tropiący podjął poszukiwania, ale zgubił trop w środku lasu. Śladów nie udało się także zabezpieczyć ze względu na padający śnieg.

Biegli zbadali instalację elektryczną domu Eugenii. Orzekli, że nie doszło do zwarcia, które mogłoby spowodować pożar. Również żaden z piecyków nie był jego źródłem. Eksperci z zakresu pożarnictwa nie mieli wątpliwości, że ogień nie powstał samoistnie. Doszło do podpalenia budynku. Sprawca podpalił materiały palne znajdujące się w pokoju. Pożar nie był duży, aby mógł spłonąć cały dom. Wystarczył jednak, aby spowodować śmierć osoby przebywającej w pomieszczeniu, w którym było ognisko pożaru. Ogień nie rozprzestrzenił się, bo brakowało ciepła do spalania. Wydzieliły się duże ilości dymu, przez co do powietrza dostały się spore ilości dwutlenku węgla. Dzięki temu, że w pomieszczeniu brakowało tlenu pożar „dusił się” i przygasał. Powstający smolisty dym wypełnił budynek. Dopiero gdy przyjaciółka Eugenii otworzyła drzwi, pożar rozprzestrzenił się pod wpływem dodatkowego tlenu.  

Śledczy badając podpalone materiały, stwierdzili, że osoba, która podłożyła ogień, działała chaotycznie i bez planu. Nie miała przygotowanych materiałów łatwopalnych i skorzystała z dostępnych na miejscu ubrań. 

Sekcja zwłok rozwiewa wątpliwości

Do Zakładu Medycyny Sądowej w Olsztynie trafiły zwłoki Eugenii. Wyniki sekcji zwłok wykazały, że kobieta zmarła z powodu uduszenia dymem. Żyła jedynie krótką chwilę w czasie, gdy w pokoju rozprzestrzeniał się pożar. Ta część badania zwłok staruszki nie zaskoczyła śledczych. Czekali na informacje dotyczące ewentualnych obrażeń kobiety przed tym, jak pojawił się ogień. Biegli stwierdzili, że przed śmiercią kobieta była bita twardym przedmiotem i duszona przez obcą osobę. Eugenia miała złamane cztery żebra i pękniętą śledzionę. Prawdopodobnie w wyniku doznanych urazów straciła przytomność i ocknęła się, gdy nie miała już możliwości ucieczki z płonącego pomieszczenia. Prokurator nie miał już wątpliwości, że policjanci muszą szukać zabójcy 82-latki.

Śledczy rozpytali bliskich i sąsiadów Eugenii, czy podejrzewają kogoś o zabójstwo kobiety. Sołtys Ryszard Doliński od razu wskazał na 24-letniego Zbigniewa. Powiedział policjantom, że staruszka skarżyła się, że mężczyzna nachodził ją w domu po nocach. Śledczy jednak zlekceważyli słowa sołtysa. Nawet nie przesłuchali Zbigniewa. Mimo że we wsi huczało od plotek na temat młodego przestępcy. Dlaczego policjanci zignorowali ten trop? Musieli przecież wiedzieć, że Zbigniew miał wielokrotnie problemy z prawem. Co więcej, miał na swoim koncie włamania nocą. Niedługo po śmierci Eugenii Zbigniew trafił nawet do zakładu karnego.

Śledztwo w sprawie zabójstwa Eugenii stanęło w martwym punkcie. Policjanci nie mieli pojęcia, kto mógł zabić kobietę i podpalić jej dom. Po półrocznym śledztwie prokurator postanowił umorzyć sprawę. Powód? Brak wykrycia sprawcy.

We wsi nie ustawały plotki na temat zabójstwa Eugenii. Coraz głośniej mówiło się o Zbigniewie, jako zabójcy 82-latki. Mężczyzna po tym, jak opuścił zakład karny, wyjechał do Wielkiej Brytanii. 

14 lat po śmierci Eugenii…

W chwili śmierci Eugenia Korniłowicz była ubrana w brązową kamizelkę, czarny sweter i oliwkową koszulę. Ze względu na chłód panujący wówczas w domu kobieta ubierała do snu granatowe dresy. Śledczy zabezpieczyli odzież zmarłej, ale w 2006 roku policjanci z niewielkiej komendy w Nidzicy nie mogli liczyć na drogie badania DNA. Dopiero 14 lat później w listopadzie 2020 roku ubrania Eugenii trafiły do specjalistycznego laboratorium.  Udało się z nich pobrać materiał genetyczny. W jednej z próbek wykryto mieszaninę ludzkiego DNA od co najmniej dwóch osób. 

W maju 2021 roku doszło do deportowania Zbigniewa T. Mężczyzna od kilku lat przebywał w Wielkiej Brytanii. 17 lipca śledczy pobrali od niego materiał porównawczy DNA.

Zbigniew P. zatrzymany w sprawie o zabójstwo Eugenii Korniłowicz
Fot. Policja.pl

16 września Laboratorium Kryminalistyczne Policji w Olsztynie stwierdziło, że w ujawnionej mieszaninie DNA znajdują się cechy genetyczne zgodne z profilem DNA Zbigniewa. Mówiąc prościej, mężczyzna prawdopodobnie zostawił swoje ślady na ubraniu Eugenii Korniłowicz. Dla śledczych oznaczało to, że głównym podejrzanym o zabójstwo sprzed kilkunastu lat jest Zbigniew T. a właściwie już Zbigniew P. Mężczyzna prawdopodobnie spodziewał się, że zatrzymanie go pod zarzutem zabójstwa Eugenii Korniłowicz jest tylko kwestią czasu. Tuż po pobraniu materiału porównawczego DNA Zbigniew wziął ślub i przyjął nazwisko żony. Przeprowadził się również na południe Polski. Śledczy obserwowali jednak wszystkie ruchy podejrzanego i aresztowali go 27 września 2021 roku. Prokurator przedstawił 39-latkowi zarzut zabójstwa Eugenii Korniłowicz. Mężczyzna nie przyznał się do winy. W chwili zarzucanego mu czynu miał 24 lata. 

Proces 

Rok później do Sądu Okręgowego w Olsztynie trafił akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi P. Proces w sprawie zabójstwa Eugenii Korniłowicz ruszył 2 grudnia 2022 roku.

Według prokuratury oskarżony w nocy z 28 na 29 stycznia 2006 roku przedostał się w nieustalony sposób do domu Eugenii, aby okraść staruszkę. Śledczy ustalili, że sznur zabezpieczający drzwi został przecięty. Z racji tego, że nie było świadków zdarzenia, prokuratura przyjęła, że prawdopodobnie Zbigniew został zaskoczony przez Eugenię. Następnie rzucił się na kobietę i zaczął ją bić. Uciskał jej klatkę piersiową kolanami i dusił ją, łapiąc za szyję. Gdy Eugenia straciła przytomność, podłożył w domu ogień i upozorował pożar. Zgromadził w okolicach łóżka, na którym leżała staruszka, stertę ubrań i podpalił je. Następnie opuścił pokój i zamknął od niego drzwi, skazując Eugenię na pewną śmierć. Po wszystkim wybiegł z domu i uciekł w kierunku lasu.

Oskarżony o całej sytuacji opowiedział ojcu, który postanowił nie wyjawiać nikomu prawdy o śmierci Eugenii. Siostra Zbigniewa domyślała się, że ojciec z bratem mają przed nią straszną tajemnicę, ale nie poznała jej szczegółów. Próbowała dowiedzieć się, o co chodzi, ale mężczyźni tłumaczyli, że nie chcą jej w to wplątywać. 

Wypadek samochodowy

Zbigniew nie przyznał się do winy i przedstawił inną wersję wydarzeń. Przekonywał, że w nocy z 28 na 29 stycznia nie było go w domu Eugenii Korniłowicz. Co ciekawe, nie zaprzeczał, że to jego ślady biologiczne śledczy ujawnili na ubraniu ofiary. Zatem w jaki sposób one się tam znalazły?

Według oskarżonego feralnej nocy podróżował samochodem wraz ze znajomymi. W pojeździe przewozili kradzione paliwo. Zbigniew był pasażerem, autem kierował jego kolega. Gdy przejeżdżali koło starej mleczarni w Pielgrzymowie nagle przed maską samochodu pojawiła się… Eugenia Korniłowicz. Kierowca gwałtownie zahamował, ale nie zdążył zatrzymać się przed staruszką. Zbigniew wyskoczył z pojazdu i wyciągnął Eugenię spod kół. W momencie gwałtowanego hamowania uderzył się w głowę. I to właśnie krew z rozciętego łuku brwiowego zabrudziła ubranie Eugenii Korniłowicz. 

Następnego ranka Zbigniew pojechał do miejscowego lekarza. Powiedział mu, że zranił się podczas wypadku drogowego i jest poszukiwany przez policję. Nie chciał się zgłosić, bo twierdził, że był pijany w trakcie zdarzenia. Z tego względu poprosił medyka, żeby nie dokumentował udzielonej pomocy medycznej.

Po pięciu latach od wypadku spotkał w więzieniu kolegę, który potrącił Eugenię. Znajomy powiedział mu, że po wszystkim kobieta sama poszła do domu. Zagroził też, że jak nie zapomni o tej sprawie, to coś mu się stanie. 

Wersja Zbigniewa jak domek z kart

Sąd nie uwierzył w wersję wydarzeń przedstawioną przez Zbigniewa. Z opinii sądowo-lekarskiej dotyczącej obrażeń Eugenii nie wynikało, żeby kobieta ucierpiała w wypadku drogowym. Urazy, jakie biegli wykryli u kobiety powstały w wyniku ataku oskarżonego, którego dopuścił się w jej domu.

Kolega Zbigniewa, który rzekomo potrącił Eugenię, zmarł w 2019 roku, a więc nie można było go przesłuchać podczas procesu. Jednak zeznania jego żony wykluczyły wersję o wypadku samochodowym. Kobieta zeznała, że samochód, którym jej mąż miał potrącić Eugenię, kupiła w 2008 roku, a więc dwa lata po zabójstwie staruszki. Stanowczo zaprzeczyła, aby ona lub jej mąż kiedykolwiek mieli inne auto.

Również siostra kolegi Zbigniewa, który miał potracić Eugenię, zaprzeczyła, aby brat kiedykolwiek mówił jej, że potrącił człowieka. Podkreśliła, że miała z nim bliskie relacje, więc wiedziałaby o tym, gdyby to się stało. Potwierdziła również zeznania żony swojego zmarłego brata. 

Podczas procesu przesłuchany został także lekarz. To on miał rzekomo udzielić pomocy medycznej Zbigniewowi po rzekomym wypadku drogowym. Medyk został również wezwany na miejsce ujawnienia zwłok Eugenii. To on stwierdził jej zgon. Nie pamiętał jednak, aby kiedykolwiek opatrywał Zbigniewa. Nie wykluczył takiej możliwości, ale podkreślił, że na pewno byłaby z tego sporządzona dokumentacja lekarska. Jak ustaliła prokuratura, oskarżony nie miał w 2006 roku udzielanej żadnej pomocy medycznej. Co więcej, lekarz nigdy nie rozmawiał o rzekomym wypadku Zbigniewa z nim samym, czy jego ojcem. 

Sąd nie miał wątpliwości, że wyjaśnienia oskarżonego były jedynie jego nieudolną linią obrony. Ślady biologiczne Zbigniewa mogły pojawić się na ubraniu ofiary jedynie w związku z zabójstwem Eugenii. Mężczyzna bowiem nie miał żadnych bliższych kontaktów osobistych z kobietą. 

Badania DNA przesądziły

Kluczowe w tej sprawie były badania DNA. Wyniki analizy materiału genetycznego były podstawą wydania wyroku w tej sprawie. Prokuratura oskarżyła Zbigniewa P. o zabójstwo z zamiarem ewentualnym, ale podczas procesu zawnioskowała o zmianę kwalifikacji czynu. Sąd uznał, że mężczyzna chciał pozbawić życia Eugenię, a później próbował zatrzeć ślady przestępstwa. Zbigniew nie dał staruszce żadnych szans na przeżycie.

10 października 2023 roku Zbigniew P. został prawomocnie skazany na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo Eugenii Korniłowicz. To było brutalne, bezwzględne zabójstwo starszej i bezbronnej kobiety. Po 17 latach sprawiedliwość dosięgnęła zabójcę. 

Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET