Zagadkowa śmierć dziennikarza. W tle walka o majątek celebryty
Bohdan Gadomski był znanym i kontrowersyjnym dziennikarzem muzycznym. Przez lata zaskarbił sobie sympatię czytelników oraz widzów. Jego niespodziewana śmierć zszokowała nie tylko jego fanów, ale również bliskich przyjaciół. Pojawiło się wiele pytań dotyczących okoliczności zgonu popularnego redaktora. Odpowiedzi na nie musiała poszukać prokuratura i sąd.
W kwietniu 2020 roku na stronie internetowej dziennikarza Bohdana Gadomskiego pojawiła się zaskakująca wiadomość.
“Z wielkim smutkiem i żalem podajemy wiadomość, że po długotrwałej i ciężkiej chorobie zmarł wybitny redaktor Bohdan Gadomski”.
Znany łódzki dziennikarz muzyczny zmarł w wieku 70 lat. Gadomski przez wiele lat współpracował z tygodnikiem “Angora” i łódzką gazetą “Express Ilustrowany”. Przeprowadzał wywiady z najbardziej znanymi polskimi artystami. Występował również w telewizji. Zanim stał się dziennikarzem próbował swoich sił na scenie. Publiczność zachwycała się nie tylko jego śpiewem, ale również grą aktorską. Sam Gadomski zdawał nawet na wydział wokalno-aktorski Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Łodzi. Nie przekonał jednak członków komisji egzaminacyjnej. Ostatecznie trafił do Studium Dziennikarstwa i Wiedzy o Prasie w Łodzie. Wciąż jednak marzył o karierze artysty. Dlatego kolejnym krokiem była Warszawa i Państwowe Studium Kultury i Oświaty. Tam zaczął się szkolić na reżysera teatralnego. Udało mu się nawet założyć własny teatr młodzieżowy “Wers”.
Największe sukcesy Bohdan Gadomski osiągnął jednak jako dziennikarz. Cieszył się wielkim uznaniem, jako znawca i recenzent muzyki. Na łamach “Angory” przepytywał gwiazdy polskiej sceny muzycznej w ramach cyklu “Salonowe Burze Bohdana Gadomskiego”. Przyjaźnił się z Violettą Villas. Uchodził również za znawcę jej twórczości. W 2013 roku powstał film pod tytułem: “Diamentowo Złoty Redaktor”, ukazujący różne odcienie życia barwnego dziennikarza.
Problemy zdrowotne. "Będzie mi wolno dużo mniej"
Kilka lat temu Bohdan Gadomski musiał zmierzyć się z poważnymi problemami zdrowotnymi. W 2019 roku dostał zawału serca.
“Wracam do Was ze świata chorych. W ostatnim tygodni byłem w szpitalu kardiologicznym, bo dopadł mnie zawał serca. Do tego zapalenie płuc. Na serce choruję od dawna, teraz choroba się odnowiła. Będzie mi wolno dużo mniej niż dawniej” - pisał na swoim profilu w mediach społecznościowych Bohdan Gadomski.
Dziennikarz cierpiał nie tylko z powodów kardiologicznych. Zmagał się również ze zwłóknieniem i marskością wątroby oraz cukrzycą.
Do szpitala ponownie trafił w lutym 2020 roku. Przebywał w nim do 6 marca, po czym wyszedł z niego w towarzystwie przyjaciół - łódzkiego śpiewaka operowego i jego żony. Małżeństwo zabrało dziennikarza do swojego domu, aby się nim opiekować.
Dwa dni później, 8 marca, Bohdan Gadomski ponownie trafił do szpitala - nieprzytomny, prosto z domu swoich znajomych. Dziennikarz nie odzyskał już przytomności i zmarł 24 marca.
Wąpliwości wokół zgonu dziennikarza
Gadomski nie miał żony i dzieci. Kontakt utrzymywał jedynie ze siostrą stryjeczną. Miał za to wielu znajomych, którzy o śmierci przyjaciela dowiedzieli się dopiero dwa tygodnie później z internetowego wpisu. Dlaczego? Czy małżeństwo, które opiekowało się dziennikarzem chciało ukryć fakt jego śmierci? I najważniejsze: dlaczego Gadomski zmarł nagle tuż po wyjściu ze szpitala?
Okoliczności śmierci znanego dziennikarza zaniepokoiły lekarzy ze szpitala, do którego trafił nieprzytomny Bohdan Gadomski. Mężczyzna zapadł w głęboką śpiączkę cukrzycową, z której już się nie wybudził. Zmarł z powodu skrajnej hipoglikemii. Lekarze mieli wątpliwości, czy opiekunowie Bohdana Gadomskiego nie popełnili błędu przy podawaniu insuliny, dlatego powiadomili prokuraturę.
Ze względu na pandemię koronawirusa zawiadomienie dotyczące śmierci Gadomskiego trafiło do prokuratora z opóźnieniem. To nie ułatwiło pracy śledczym. Sekcja zwłok nie dała konkretnej odpowiedzi na temat przyczyn zgonu dziennikarza. Potrzebne były dokładniejsze badania histopatologiczne. Dopiero po nich śledczy ustalili, że Gadomski zmarł z powodu uszkodzenia ośrodkowego układu nerwowego. Przyczyniła się do tego głęboka hipoglikemia. Mówiąc prościej: prawdopodobnie ktoś podał dziennikarzowi zbyt dużą dawkę insuliny.
Prokuratura już oficjalnie poinformowała, że prowadzi w śledztwo w sprawie śmierci Bohdana Gadomskiego oraz podrobienia jego podpisu. Wówczas nikomu jeszcze nie postawiono zarzutów. Sprawa zaczęła się robić coraz bardziej medialna. Oliwy do ognia dolał wynajęty przez przyjaciół Gadomskiego detektyw. Ogłosił on, że znany dziennikarz mógł zostać zamordowany. Złożył nawet w tej sprawie oficjalne zawiadomienie do prokuratury.
Po ponad roku śledztwa w sprawie tajemniczej śmierci Bohdana Gadomskiego śledczy postawili zarzuty Borysowi Ł. i jego żonie Halinie. Oboje opiekowali się dziennikarzem na chwilę przed jego śmiercią. Zdaniem prokuratury mężczyzna spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu Gadomskiego, który zakończył się jego śmiercią. Za to przestępstwo grozi nawet dożywocie. Z kolei kobiecie postawiono zarzut narażenia dziennikarza na utratę życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Kara za to jest już o wiele mniejsza - pięć lat więzienia. Małżeństwo nie przyznało się do winy.
Małżeństwo Ł. Gadomski znał je od lat
57-letni Borys Ł. to łódzki śpiewak operowy. W 2016 roku po 20 latach pracy został zwolniony z Teatru Wielkiego w Łodzi. Od tego momentu nie pracuje. Karierę zawodową zaczynał jednak od felczera. Jeździł nawet w karetce pogotowia i podawał zastrzyki, ale nigdy z insuliną.
Jego żona, 53-letnia Halina, z zawodu jest pielęgniarką. Od dłuższego czasu nie pracuje, bo zajmuje się niepełnosprawną dorosłą córką. Małżeństwo pochodzi ze Lwowa, ale od wielu lat mieszka w Polsce.
Z Gadomskim znali się od 20 lat. Mieli kontakty na tle zawodowym, razem jeździli na koncerty, na których występował tenor. Relacje były na tyle bliskie, aby uznać, że między nimi występowała głębsza więź.
W styczniu 2022 roku prokuratura zakończyła śledztwo w sprawie śmierci Gadomskiego. Do sądu trafił akt oskarżenia przeciwko małżeństwu, które opiekowało się dziennikarzem. Dotarliśmy do ustaleń śledczych w tej sprawie.
Opieka za przepisanie majątku
Bohdan Gadomski od kilku lat poważnie chorował. Jego stan zdrowia z roku na rok radykalnie się pogarszał. Zauważyli to jego znajomi - Borys i Halina. Już w 2019 roku proponowali mu opiekę w zamian za przepisanie majątku. Gadomski dysponował niespełna 50-metrowym mieszkaniem w Łodzi oraz pamiątkami muzycznymi, których wartość może w przyszłości znacznie wzrosnąć. Dziennikarz nie miał zbyt wielu oszczędności. Był za to szczęśliwym opiekunem Oskara - psa rasy bichon-frise. Pupil dziennikarza został nawet Młodzieżowym Championem Polski. Gadomski stanowczo odmówił przekazania swojego majątku w zamian za opiekę.
Dziennikarz kilkukrotnie trafiał do szpitala. Podczas kolejnej hospitalizacji, w lutym 2020 roku, postanowił własnoręcznie spisać testament. Przekazał cały majątek Marii M. - przyjaciółce, którą znał od 40 lat.
Po wyjściu ze szpitala zajmowała się nim profesjonalna opiekunka, która podawała mu insulinę specjalistycznym penem. Gadomskim opiekowała się również Maria M. Przyjaciółka robiła to bezpłatnie, ale liczyła, że po śmierci dziennikarza zostanie właścicielką jego mieszkania.
Pod koniec lutego Gadomski znów trafił do szpitala. Był bardzo osłabiony, leżał, nie był w stanie podpisać się na dokumentach. Po kilku dniach hospitalizacji zaczął odzyskiwać siły. W pewnym momencie zaczął podejrzewać, że opiekunki go okradają. Faktycznie doszło do wypłat kartą z jego rachunku na łączną kwotę 11.000 zł. Gadomski uważał, że Maria M. miała mu ukraść część tych pieniędzy. Zablokował konto w banku i zerwał kontakt z zarówno z Marią M., jak i wynajętą opiekunką. Ostatni raz rozmawiali ze sobą 29 lutego.
Tego samego dnia, za namową Borysa Ł. - tenora i przyjaciela - zmienił testament. W ten sposób, że cały majątek przypaść miał już nie Marii M., a właśnie Borysowi Ł. i jego żonie. Nakazał swojej byłej już opiekunce - Marii - aby ta przekazała małżeństwu Ł. klucze od mieszkania, karty płatnicze i psa Oskara. Kobieta nie sprzeciwiła się temu. Borys Ł. był na tyle przekonywujący, że Gadomski dał mu upoważnienie do załatwiania wszystkich jego spraw. Z kolei żona Borysa - Halina - stała się beneficjentką polisy na życie w przypadku śmierci Gadomskiego.
Borys próbował nawet sprawić, aby odręcznie spisany testament uwiarygodnić nadaniem mu bardziej formalnej i oficjalnej wersji. 4 marca wraz z notariuszem próbował dostać się na oddział, na którym leżał Bohdan Gadomski, ale uniemożliwił mu to personel szpitala. Tenor odgrażał się medykom, że zadzwoni na policję.
Mimo że dziennikarz zaufał Borysowi to różnie na niego reagował. Raz się cieszył, a innym razem sprawiał wrażenie, jakby się go bał…
Ostatnie dni Gadomskiego
6 marca Bohdan Gadomski na własną rękę wypisał się ze szpitala. Lekarze chcieli mu pomóc załatwić pomoc z opieki społecznej, bo wymagał stałego wsparcia. Dziennikarz twierdził, że zaopiekuje się nim małżeństwo Ł. Powiedział personelowi szpitala, że Halina jest lekarką, co potwierdził jej mąż. Kobieta była jednak tylko pielęgniarką i to z długą przerwą w wykonywaniu zawodu. Małżeństwo zapewniało lekarzy, że poradzi sobie z opieką nad Gadomskim. Potrzebowało tylko recept. Bohdan Gadomski opuścił szpital razem z Borysem i Haliną Ł. Trafił do mieszkania małżeństwa w Łodzi. Lekarze zalecili opiekunom dziennikarza podawanie choremu insuliny. Dzień później małżeństwo wypożyczyło łóżko medyczne dla Gadomskiego.
Dziennikarz po wyjściu ze szpitala był w dobrym stanie psychicznym. Cieszył się, że kończy hospitalizację i miał plany na kolejne dni. Był świadomy, że może wkrótce umrzeć, ale nie wspominał nikomu o zamiarze popełnienia samobójstwa.
6 marca Gadomski wraz z opiekunami pojechał do banku. Odblokował konto i udzielił im pełnomocnictwa do zarządzania jego pieniędzmi. Wypłacił również 4 tysiące złotych w gotówce.
Tego samego dnia spotkali się z notariuszem, aby Gadomski podpisał pełnomocnictwo dla Borysa. Dzięki niemu tenor mógł reprezentować dziennikarza we wszystkich sprawach, w tym majątkowych.
Wizyty w banku i u notariusza były ważniejsze dla małżeństwa niż zakup leków dla Bohdana Gadomskiego. Halina zrobiła to dopiero późnym wieczorem, po 22. Wychodząc z apteki nie zaopatrzyła się w specjalistycznego pena do podawania insuliny. Zakupiony lek znajdował się w ampułkach stanowiących wkłady do konkretnego pena, który umożliwia precyzyjne dawkowanie. Halina nie kupiła też strzykawek-insulinówek.
Śmiertelna dawka
Małżeństwo wyjaśniało śledczym, że nie wiedziało o tym, że w opakowaniu nie ma pena do podawania insuliny. Gdy otworzyli pudełko i znaleźli jedynie ampułki z insuliną, nie poszli jednak do apteki po specjalistyczny dozownik lub strzykawkę. Mimo wszystko postanowili podać insulinę Gadomskiemu. Zrobili to w sposób niekontrolowany, pchając tłok ampułki… rysikiem to tabletu.
Bohdan Gadomski był człowiekiem schorowanym. Miał rozpoznaną marskość wątroby, a tacy pacjenci są szczególnie wrażliwi na dawkę insuliny. Są też bardziej narażeni na hipoglikemię oraz jej skutki. Dlatego przepisana dziennikarzowi dawka insuliny była niska. W takiej sytuacji insulina powinna być podawana wyłącznie za pomocą specjalistycznego pena.Tylko on gwarantuje wymaganą precyzję przy tak małej dawce.
Pierwsze trzy dawki insuliny Gadomskiemu podała wyłącznie Halina Ł. Mimo nieprawidłowej metody aplikacji dziennikarz nie miał objawów przedawkowania insuliny.
Halina musiała jednak pojechać do domu pod Łodzią, aby zaopiekować się niepełnosprawną córką. Z Bohdanem został sam Borys. To on miał opiekować się nim i podać insulinę. Problem w tym, że nigdy wcześniej tego nie robił.
7 marca około godziny 22 Borys podał kolejne dawkę insuliny Gadomskiemu. Zrobił to w ten sam sposób, co żona - dopychając rysikiem tłok ampułki. Tym razem wstrzyknięta ilość znacząco przekroczyła dawkę zaleconą przez lekarza. Mężczyzna podał choremu praktycznie całą zawartość ampułki. W normalnych warunkach taka ilość powinna starczyć na kilka dni. Bohdan Gadomski otrzymał ją za… jednym wstrzyknięciem.
Tak ogromna dawka insuliny wprowadziła dziennikarza w stan głębokiej hipoglikemii. Gdy rankiem następnego dnia Borys próbował obudzić Gadomskiego, ten nie reagował. Glukometr wskazywał niepokojące wyniki, dlatego tenor wezwał pogotowie.
Nieprzytomny Bohdan Gadomski w ciężkim stanie został przetransportowany do szpitala. Miał objawy ciężkiej hipoglikemii z niewydolnością oddechową. Nie odzyskał przytomności i zmarł 24 marca 2020 roku.
Proces. Małżeństwo Ł. na ławie oskarżonych
Proces w sprawie śmierci Bohdana Gadomskiego ruszył w kwietniu 2022 roku. Na ławie oskarżonych zasiedli Borys Ł. i jego żona Halina. Małżeństwo starało się uniknąć odpowiedzialności za doprowadzenie do śmierci znanego dziennikarza muzycznego. Oskarżeni próbowali zatajać niektóre okoliczności dotyczące ostatnich dni Gadomskiego. Podczas rozpraw składali wnioski dowodowe, które miały pomóc w stworzeniu alternatywnej wersji wydarzeń oraz zrzucić z nich winę za śmierć przyjaciela. Sąd nie dał się jednak na to nabrać. Zdawał sobie sprawę z tego, że działanie i zachowanie Borysa oraz Haliny Ł. wynika wyłącznie z przyjętej strategii obronnej.
Małżeństwo próbowało przekonywać, że Bohdan Gadomski mógł popełnić samobójstwo. Miałby to zrobić… podając sobie za dużą dawkę insuliny. Takie opinie zaczęli formułować dopiero po tym, gdy wynajęli adwokata. Borys Ł. nie wspominał o samobójczych chęciach Gadomskiego, gdy 8 marca wezwał do nieprzytomnego dziennikarza ratowników. Co więcej, Halina nie wykupiła leku psychiatrycznego, który Bohdan Gadomski otrzymał przy wypisie ze szpitala. Małżeństwo stwierdziło, że dziennikarz psychicznie czuł się dobrze. Sam szpital wykluczył, aby Bohdan Gadomski miał myśli samobójcze. Mimo to do samego końca procesu oskarżeni forsowali potrzebę zbadania stanu psychicznego zmarłego.
W pewnym momencie doszło do kuriozalnej sytuacji. Halina Ł. przed sądem sugerowała, że Bohdan Gadomski miał mówić, że jego odejście zostanie “zapamiętane”. Według kobiety miało to oznaczać, że dziennikarz popełni samobójstwo, ale w taki sposób, aby policja podejrzewała opiekunów o przyczynienie się do jego śmierci. Po co miałby to robić? Dla pośmiertnego rozgłosu medialnego - stwierdziła Halina Ł.
Sąd uznał, że najbardziej wiarygodne są początkowe wyjaśnienia Borysa Ł. Podczas pierwszego przesłuchania logicznie opisywał powody, dla których małżeństwo nie używało pena insulinowego. Wyjaśniał, że podawano lek bezpośrednio z ampułki, dopychając tłoczek rysikiem do tabletu. Wcześniej w niemalże identyczny sposób opisywał to ratownikom i lekarzom ze szpitala, do którego trafił nieprzytomny Gadomski.
Biegła sądowa nie miała wątpliwości, że małżeństwo Ł. w nieprawidłowy sposób podało insulinę Gadomskiemu. Taka forma aplikacji nie chroniła przed przypadkowym przedawkowaniem insuliny. To oznaczało, że opiekunowie narazili Bohdana Gadomskiego na utratę życia lub doznanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Biegli nie mieli również wątpliwości, że podanie zdecydowanie zawyżonej dawki insuliny doprowadziło do hipoglikemii i śmierci Bohdana Gadomskiego.
Sąd uznał jednak, że intencją małżeństwa Ł. nie było doprowadzenie do śmierci Bohdana Gadomskiego, jak twierdził prokurator. Zbyt duża dawka insuliny, która okazała się śmiertelna, trafiła do organizmu dziennikarza, bo Borys Ł. popełnił błąd. Nie użył specjalistycznego dozownika i źle odczytał podziałkę na ampułce z insuliną.
Wyrok. "Nieumyślne spowodowanie śmierci"
4 października 2023 roku Sąd Okręgowy w Łodzi uznał małżeństwo Ł. za winne nieumyślnego spowodowania śmierci Bohdana Gadomskiego. Tenor Borys Ł. został skazany na rok i pięć miesięcy pozbawienia wolności. Pielęgniarka Halina Ł. otrzymała karę 3 miesięcy pozbawienia wolności. Oprócz tego będzie musiała przez 9 miesięcy wykonywać prace społeczne.
Dla Haliny Ł. to nie koniec problemów z prawem. Kobieta miała podrobić podpis Bohdana Gadomskiego na wezwaniu adresowanym do przyjaciółki dziennikarza - Marii M. Mężczyzna rzekomo miał domagać się od niej zwrotu 10 tysięcy złotych. W tej sprawie przeciwko Halinie Ł. toczy się proces karny.
Bohdan Gadomski został pochowany 27 kwietnia 2020 roku. Spoczął na łódzkim cmentarzu komunalnym. Miał 70 lat.
Kontakt z autorem: mateusz.kapera@radiozet.pl
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET