`

Zaginięcie dziennikarki Aleksandry Walczak. Ślad urwał się na dworcu. Mówili na nią "Pistolet"

7 min. czytania
01.02.2024 06:05
Obserwuj nas na Google

W marcu 2024 roku upłynie dokładnie 20 lat od zaginięcia Aleksandry Walczak, wieloletniej dziennikarki Nowości Dziennika Toruńskiego. Co stało się tamtego feralnego wieczoru? Czy na jej drodze stanął ktoś, kto pozbawił ją życia? Czy możliwym jest, że kobieta sama targnęła się na swoje życie? To jedna z najbardziej tajemniczych spraw w Polsce, która cały czas czeka na swoje rozwiązanie - o sprawie dla RadioZET.pl pisze Dominika Pająk.

Aleksandra Walczak
fot. archiwum

Aleksandra Walczak przyszła na świat w maju 1951 r. Ukończyła studia na kierunku polonistyka, na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Miała syna, Daniela, z którym łączyły ją od zawsze świetne relacje. Była ambitną i pewną siebie kobietą. Zawsze uparcie i z dużym pokładem motywacji dążyła do realizacji założonych sobie celów. Cechowała ją wrażliwość, empatia oraz wyrozumiałość w stosunku do innych osób. Emanowała wielkim ciepłem i troską, szczególnie wobec swoich najbliższych.

Na co dzień kobieta była cenioną dziennikarką prasową Nowości Dziennika Toruńskiego. Koleżanki i koledzy po fachu nadali jej przydomek “Pistolet” z uwagi na fakt, że była dziennikarką do zadań specjalnych. Na początku pracowała w redakcji w Toruniu, a pod koniec lat 90 awansowała na szefową redakcji i rozpoczęła pracę w oddziale zlokalizowanym w Grudziądzu. Tworzyła materiały przede wszystkim na temat bieżących spraw - zarówno społecznych, jak i kryminalnych. Relacjonowała między innymi sesje grudziądzkiej rady miasta i rozprawy przed tamtejszym sądem. Spod jej ręki wyszły również bardgłośne artykuły dotyczące mafii węglowej, lokalnych mafiosów wyłudzających haracze od handlowców i procesu oskarżonych o śmierć ks. Popiełuszki. Mimo to - z jej ust nigdy wprost nie padło, że czuje się zagrożona i boi się potencjalnej zemsty ze strony osób, które wówczas opisywała.

Zdaniem najbliższych, Aleksandra była dziennikarzem “starej daty”, co sprawiało, że najważniejsze było dla niej obiektywne przedstawianie podejmowanych tematów, nawet jeśli były w jakiś sposób niewygodne. Zawsze starała się w jak największym stopniu poznać wszystkie szczegóły i strony omawianych historii.

Zaginięcie Aleksandry Walczak. Historia relacji damsko-męskich

Pierwsze małżeństwo Aleksandry zakończyło się rozwodem. Po czasie kobieta poznała nową miłość - Ryszarda, z którym niedługo później zawarła związek małżeński. Mężczyzna był funkcjonariuszem publicznym i na co dzień pracował w policji. Aleksandra, po zmianie stanowiska w pracy, przeprowadziła się. Razem z Ryszardem zamieszkała w niewielkiej wsi Mały Rudnik, położonej około 60 kilometrów od Torunia, która liczyła mniej niż tysiąc mieszkańców.

Po kilku latach ich małżeństwo zaczęło się sypać. Pojawiły się problemy. Aleksandra planowała w najbliższej przyszłości rozwieść się z mężem i wyprowadzić w okolice Torunia, gdzie spokojnie zacznie nowe życie u boku syna i wnuczka

Wyjazd w góry, który zmienił wszystko?

Był początek marca 2004 roku. Aleksandra Walczak wyjechała w pojedynkę na zaplanowany urlop do Szczyrku. 52-latka planowała spędzić dużą część wyjazdu jeżdżąc na nartach.

W tamtym czasie panowały znakomite warunki pogodowe do aktywnego spędzania czasu, dlatego kobieta w jednej z rozmów telefonicznych bez wahania zaproponowała ukochanemu synowi, aby dołączył do niej. Miała wynajętą prywatną kwaterę, więc przyjeżdżając na wyjazd, mężczyzna nocowałby u niej. Tak też się stało i kilka dni później syn Aleksandry wraz ze swoim kolegą dotarli do Szczyrku. W kolejnych dniach cała trójka bardzo dobrze czuła się w swoim towarzystwie. Spędzali czas zarówno na wypoczynku, jak i uprawiając ulubione sporty. Nawet w najgorszych snach nie wyobrażali sobie, że będą to ich ostatnie wspólne dni.

Niespodziewanie Aleksandra razem z synem i jego kolegą zmienili plany i zdecydowali, że wcześniej zakończą wspólny wypoczynek. Mieli wrócić do domu w piątek 12 marca 2004 roku. Ta decyzja była podyktowana obowiązkami Daniela, który w sobotę rano musiał pojawić się na zajęciach na uczelni w Toruniu. Jednocześnie żadne z nich nie poinformowało bliskich o nagłym skróceniu pobytu.

Pan Daniel, syn zaginionej, opowiedział nam, jak wyglądały ostatnie momenty wspólnego urlopu: “Ostatnie dwa dni (czwartek-piątek) to wspólna jazda na nartach. Udało nam się dużo porozmawiać. Na wyciągu, w knajpkach na stoku, podczas wieczornej kolacji, czy herbaty. To z mojej strony też był niespodziewany wyjazd. Taki dość szalony. Ale widocznie tak m iało być. Gdyby nie moja obecność do dzisiaj byśmy wiedzieli tylko tyle, że wyjechała ze Szczyrku. A czy zachowywała się inaczej niż zwykle? Nie. Opowiadała o swoich planach na bliską emeryturę. Wspominała, że bardzo tęskni za wnukiem i musi go w weekend odwiedzić. Normalne rozmowy, normalnych ludzi. Dzięki temu mogłem wykluczyć podjęcie przez mamę innych dziwnych decyzji. Nie chciała nas opuścić, nie chciała opuścić tego świata “.

Feralny dzień, czyli co się stało z Aleksandrą Walczak?

12 marca 2004 roku. Aleksandra oraz Daniel ze znajomym wymeldowują się z kwatery. Około godziny 18:00 wyjeżdżają ze Szczyrku. Jadą na dwa samochody - Aleksandra porusza się swoją Skodą Fabią, a dwaj mężczyźni jadą razem drugim samochodem. Niecałe pół godziny później, Daniel z kolegą przejeżdżają przez Bielsko-Białą, gdzie mylą drogę, co powoduje, że tracą z zasięgu wzroku samochód Aleksandry. Jednak jadąc dalej z większą prędkością doganiają kobietę w okolicach Katowic. Daniel kontaktuje się wówczas z mamą, która pyta, czy będą się wspólnie zatrzymywać gdzieś jeszcze na jedzenie. Mężczyzna odpowiada przecząco z uwagi na chęć jak najszybszego dotarcia do domu.

Po kilku godzinach koledzy docierają do swoich miejsc zamieszkania. W pobliżu 23:30 Aleksandra dzwoni do syna z informacją, że trasa przebiega jej spokojnie i właśnie mija Papowo Toruńskie - miejscowość, gdzie mieszka Daniel. Stamtąd już ma niedaleką trasę do swojego domu zlokalizowanego w Małym Rudniku.

To wtedy po raz ostatni mężczyzna ma kontakt z 52-latką. To także ostatni moment, kiedy znane są jej losy. Później jakikolwiek ślad po niej się urywa. Przez cały weekend bliscy kobiety próbowali się z nią skontaktować, jednak bez skutku. Zrodziły się wówczas pytania - czy Aleksandra dotarła do swojej miejscowości? A może zbłądziła na trasie i miała wypadek? Z upływem każdej godziny w najbliższych potęgował się strach o ukochaną osobę.

W poniedziałek 15 marca 2004 roku Aleksandra nie pojawiła się w pracy. Zdaniem współpracowników takie zachowanie było zupełnie nie w jej stylu. Zawsze punktualnie pojawiała się w redakcji, a jeśli wyskoczyło jej coś, od razu o tym informowała. Tym razem było inaczej, dlatego w ich głowach od razu zapaliła się czerwona lampka, że najprawdopodobniej musiało wydarzyć się coś złego.

Warto zaznaczyć, że również współpracownicy Aleksandry zgodnie twierdzili, że przed zaginięciem w zachowaniu 52-latki nie było widać żadnych niepokojących zmian. Nic także nie wskazywało na to, jakoby kobieta zmagała się z jakimiś problemami natury psychicznej. Z perspektywy czasu nadal ciężko im uwierzyć, że przed urlopem kobiety, widzieli ją po raz ostatni w życiu.

W czasie kiedy zaginęła, miała do przepracowania jeszcze wyłącznie dwa lata. Wraz z niedalekim przejściem na emeryturę, chciała po części odżyć na nowo. Planowała wydać książkę i w pełni oddać się pomocy przy wychowywaniu ukochanego wnuczka, który wówczas miał niespełna kilka miesięcy. Aleksandra lubiła aktywnie spędzać czas wolny. Wielokrotnie wyjeżdżała z rodziną na narty i żagle.

Poszukiwania Aleksandry Walczak

Jeszcze tego samego dnia - 15 marca, zgłoszono zaginięcie kobiety na policję. Ważną kwestią jest fakt, że telefon Oli jeszcze kilkanaście godzin po zaginięciu pozostawał aktywny. Policjanci jednak nie namierzyli lokalizacji komórki. Tak moment tajemniczego zniknięcia 52-latki nam jedna z koleżanek z redakcji:

“Sprawę jej zaginięcia od samego początku traktowaliśmy bardzo serio. Już następnego dnia zamieściliśmy stosowny komunikat, w kolejnych dniach obszerne materiały dotyczące samej Oli, jej poszukiwań, etc. Relacjonowaliśmy to wszystko na bieżąco, jeździliśmy do Grudziądza, do Małego Rudnika, gdzie stał jej dom. Były też nabożeństwa w intencji odnalezienia naszej koleżanki. Co roku wracamy do tej sprawy, przypominamy, apelujemy, wierzymy, że kiedyś będziemy mogli zapalić jej znicz. Bo w to, że uciekła i zmieniła swoje życie nikt z nas nigdy nie wierzył”.

Odnalezienie samochodu

17 marca 2004 roku, w środę na Dworcu Głównym w Toruniu, dostrzeżono zaparkowany czarny samochód Skoda Fabia. Po sprawdzeniu okazało się, że to pojazd należący do zaginionej. Co więcej: wewnątrz samochodu były pozostawione rzeczy osobiste Aleksandry, z wyjątkiem telefonu komórkowego i dokumentów tożsamości. Ważnym elementem była leżąca w samochodzie torebka Aleksandry. Bliscy twierdzą, że kobieta nigdzie się bez niej nie ruszała, więc uważają wersję o rzekomym wyjeździe i dobrowolnym opuszczeniu przez nią samochodu za nierealną.

Tajemnicze ślady

W Skodzie zabezpieczono odciski palców - jeden z nich nie należał ani do kobiety, ani jej syna i kolegi, z którym podróżowali do Szczyrku. Nie były to także odciski męża 52-latki. Niestety nigdy nie udało się ustalić, do kogo należały.

Sprawdzono różne inne ślady na samochodzie. Okazało się, że w oponach odnaleziono ślady nawierzchni - drobinki z drogi gruntowej zmieszane z resztkami z odlewni żeliwa, które występowały w miejscu zamieszkania kobiety. Jednak biegły nie stwierdził jednoznacznie czy znalazły się w oponach w chwili dojazdu do Małego Rudnika, czy w chwili wyjazdu ze Szczyrku.

W przeciągu kilku tygodni i miesięcy po zaginięciu toruńskiej dziennikarki, pojawiło się mnóstwo informacji, w których nieznane osoby zapewniały, że wiedzą, jaki los spotkał Aleksandrę Walczak. Niektóre z przekazywanych tropów były wręcz przerażające.

“Takich zgłoszeń było bardzo wiele. Temat był medialny, to i dużo osób się zgłaszało z chęcią pomocy. Nie bagatelizowałem tego. Przejechałem kilkadziesiąt tysięcy kilometrów sprawdzając każdy sygnał. Bez efektu. Jak przy każdej tego typu sprawie, było kilku ograniczonych umysłowo osobników. Jeden wciąż pisał do mnie długie listy, że śledzi mafię, która porwała moją mamę. Inny znowu oskarżał mnie o zabicie mamy i przesyłał ostrzeżenia, czy nawet groźby. Przestało być to zabawne, gdy paczka z nożem wylądowała w moim ogrodzie. Na szczęście interwencja policji przerwała tą chorą działalność” - opowiadał nam syn zaginionej.

Śledczy pracujący przy tej sprawie przeprowadzali akcje poszukiwawcze w różnych miejscach. Przydzielono także wielu specjalistów. Przekopywano różne wyznaczane powierzchnie. Jednak wszelkie działania nie przynosiły oczekiwanego skutku. Nie udało się odnaleźć niczego konkretnego, co mogłoby naprowadzić na ślad zaginionej.

Najbliżsi robili, co w ich mocy, aby udało się ustalić nieznane losy Aleksandry Walczak. Prowadzili poszukiwania również na własną rękę, Udzielali potrzebnych informacji do mediów. Pan Daniel pojawił się w jednym z odcinków popularnego programu “997”. Wynajęto nawet najsłynniejszych jasnowidzów. Wszystkie te działania dawały upragnioną nadzieję. Koniec końców bez szczęśliwego zakończenia.

Syn Aleksandry kontaktował się z policjantami z Archiwum X z Krakowa oraz Bydgoszczy, którzy mają na swoim koncie wiele sukcesów. Niestety nawet tak doświadczeni specjaliści w rozwiązywaniu niewyjaśnionych spraw, mają zbyt mało dowodów i pomysłów, jakie kroki można by jeszcze podjąć w tej sprawie. Dlatego od tylu lat tak ciężko o wyczekiwany przełom.

Po upływie 20 lat tajemniczego zniknięcia, najbliżsi Aleksandry Walczak są przekonani, że kobieta nie żyje, a sprawcą jest najprawdopodobniej ktoś, kogo musiała znać. Chcieliby jedynie doczekać chwili, w której długo skrywana prawda ujrzy światło dzienne i sprawca bądź sprawcy zabójstwa poniosą należyte konsekwencje swoich czynów, a oni sami będą mogli godnie pochować Aleksandrę i zapalić znicz na jej grobie.

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET