Zbrodnia w Ultimo. Beata Pasik: “Nie mogę pozwolić na to, żeby patrzono na mnie, jak na mordercę”
- Ta sprawa cały czas mi ciąży. Czuję się niewinna, ale nie mogę udowodnić tego, że to nie ja jestem mordercą - mówi w rozmowie z RadioZET.pl Beata Pasik, skazana na 25 lat pozbawienia wolności za zabójstwo w butiku Ultimo, które miało miejsce w Warszawie w 1997 roku. Dziś kobieta jest już na wolności i chce udowodnić wszystkim swoją niewinność.
16 grudnia 1997 roku w butiku na warszawskim Nowym Świecie ginie od dwóch strzałów mężczyzna. Do szpitala w ciężkim stanie trafia kierowniczka i zarazem żona denata. Zbrodnia rozgrywa się w czasach, gdy stolicę Polski, i nie tylko, prześladowały zorganizowane grupy przestępcze. Praktycznie nie było dnia bez strzałów, eksplozji czy policyjnych interwencji.
Kilka dni później śledczy przekazują mediom szokującą informację, że sprawcą zbrodni w sklepie odzieżowym jest 24-letnia kobieta - była pracownica innego butiku sieci Ultimo. Jak się później okazuje, tą osobą jest Beata Pasik. Zabójstwa miała dokonać z zemsty. Oskarżona dwukrotnie zostaje uniewinniona w pierwszej instancji. Za każdy razem sąd apelacyjny zwraca sprawę do ponownego rozpoznania. W końcu trzeci skład sędziowski bazując na tych samych dowodach, co poprzedni sędziowie, skazuje Beatę Pasik na 25 lat więzienia za zabójstwo Daniela J. i usiłowanie pozbawienia życia Anny J.
Gdy w 2018 roku dziennikarz Superwizjera TVN24 Grzegorz Głuszak ujawnia, że w więzieniu siedzi niewinny człowiek - Tomasz Komenda - Beata Pasik postanawia zawalczyć o siebie. Pisze list do Głuszaka, licząc, że reporter, podobnie jak w przypadku Komendy, wyciągnie ją z więzienia.
W 2020 roku w programie Superwizjer TVN24 pojawia się reportaż o zbrodni w butiku Ultimo. Dziennikarz stawia tezę, że Beata Pasik została niesłusznie skazana na karę więzienia. 7 września 2021 roku siedem lat przed końcem kary Beata Pasik zostaje przedterminowo zwolniona z więzienia. Na wolności chce udowodnić, że nie jest morderczynią. Krokiem do tego ma być książka “Nie przyznam się. Nie ja zabiłam”, której autorem jest Grzegorz Głuszak.
Mateusz Kapera: Tomasz Komenda, gdy wyszedł z więzienia po 18 latach, nie mógł do końca odnaleźć się na wolności. Miał problemy, żeby zacząć żyć, jak normalny człowiek. Jak to było w pani przypadku? Już czwarty rok jest pani na wolności.
Beata Pasik: - Nigdy nie będę się porównywać do Tomasza Komendy. Na podstawie jego historii napisałam do dziennikarza Grzegorza Głuszaka z prośbą o przyjrzenie się mojej sprawie.
Jestem na warunkowym zwolnieniu z wyrokiem 25 lat więzienia. Cały czas walczę w swojej sprawie, tak jak robiłam to przez wiele lat, przebywając w zakładzie karnym i pisząc do wszystkich instytucji, jakie są w Polsce i poza nią, np. w Strasburgu (mieści się tam Europejski Trybunał Praw Człowieka - przyp. red.). To nie jest tak, że nie żyję wolnością. Żyję, bo mam rodzinę i najbliższych. Chcę to wszystko sobie poukładać, ale cały czas myślę o tej jednej sprawie, która ciągle mnie dotyczy. Ona cały czas mi ciąży. Jest wyrok. Czuję się niewinna, ale nie mogę nic dalej w tej kwestii zrobić. Nie mogę udowodnić swojej niewinności i tego, że to nie ja jestem mordercą.
Walka o prawdę, o to, co naprawdę wydarzyło się w butiku Ultimo, daje pani siłę do tego, żeby zwalczyć demony przeszłości? Domyślam się, że 18 lat w więzieniu to nie był łatwy czas dla pani.
- To nie jest tylko 18 lat w więzieniu. Od 28 lat, od momentu kiedy wydarzyło się to morderstwo, 16 grudnia 1997 roku, walczę o każdy dzień. Nie tylko dla mnie, ale i dla mojej rodziny. Czy to mi daje siłę? Nie wiem, ale chcę za wszelką cenę wyjaśnić tę sprawę, prosząc wszystkie instytucje od prokuratury przez policję, ministerstwo sprawiedliwości po Rzecznika Praw Obywatelskich, żeby jej się przyjrzeli. Do końca życia zostanę już z tą sprawą. Nie wiem, jaki będzie finał. To wszystko zależy od służb, czy przyjrzą się tej sprawie, ale to cały czas i tak będzie ze mną. Bo to jest moja historia, moje życie, które zostało po prostu zabrane. Jednego dnia przekreślone zostało wszystko to, co miałam: plany i marzenia.
Zbrodnia w butiku Ultimo wydarzyła się 16 grudnia 1997 roku. Zginął mężczyzna, Daniel J. Ciężko ranna została jego żona Anna. Kiedy dowiedziała się pani o tym morderstwie?
- 17 grudnia o 21.30 w telewizji był “Kurier warszawski”. Z tego programu dowiedziałam się o tej zbrodni. Chyba jeszcze w trakcie emisji dostaliśmy telefon od mamy koleżanki z pracy. Piotr (ówczesny partner Beaty Pasik - przyp. red.) z nią rozmawiał. Pytała, czy słyszeliśmy o zbrodni w Ultimo na Nowym Świecie pod numerem 36. Nie wiedziałam, kto zginął. Pamiętam, że z “Kuriera” o 21.30 dowiedziałam się, że trzech zamaskowanych sprawców weszło do sklepu. I to było wszystko. Dalszego przebiegu zbrodni, i tego kto zginął i zabił, już się nie dowiedziałam, bo następnego dnia o godzinie 6 rano byliśmy, z Piotrem, już zatrzymani przez grupę antyterrorystów.
Co pani pomyślała, gdy w telewizji usłyszała, że doszło do zbrodni w butiku Ultimo? Co prawda, nie w tym samym, w którym pani pracowała, bo nie na Świętokrzyskiej, a na Nowym Świecie, ale mimo wszystko w tej samej sieci sklepów. Co pani wtedy poczuła?
- Zaczęliśmy rozmawiać, co takiego się stało. Przeszło mi przez myśl, że być może to któryś z szefów został postrzelony. Nie znałam wówczas informacji o tym, czy ktoś w ogóle zginął. Rozmawiałam z Piotrem o szefach, bo oni mieli między sobą zatarg. Chodziło o pieniądze. Kiedyś nawet pobili się w sklepie. Musiałyśmy (pracownice - przyp. red.) ich rozdzielić.
Co wydarzyło się w butiku, dowiedziałam się, jak już byłam zatrzymana, na komendzie na ulicy Wilczej. Dokładniej, to musiałam wydusić od policjantów: co, kto, jak i po co? Jeden z policjantów podał mi, kto został zabity i postrzelony. Powiedział też, że jestem zatrzymana w tej sprawie, bo miałam motyw: zemsta za zwolnienie mnie z pracy, po tym, jak nie wbiłam na kasę spodni za 149,90 zł.
Śledczy skupiają się wyłącznie na pani, choć wiedzieli, że właściciele byli skonfliktowani. W aktach sprawy znajduje się podejrzana kartka, która została zaadresowana do jednego z szefów butiku.
- Wcześniej, jakiś tydzień lub dwa tygodnie przed morderstwem w Ultimo, przyszła kartka zaadresowana na Nowy Świat, ale nie na 36 tylko 42. Jej treść to: “Połknąłeś śledzia żyletą”. Do tego była narysowana ryba. Pracownik Ultimo zaniósł ją do szefa. Nie wiem, czy zostało zgłoszone to na policję. Raczej nie. Dopiero w trakcie śledztwa wyszło, że ta kartka została napisana. Grafolog zbadał pismo. Okazało się, że nie napisałam tego listu. Nie zrobił tego też Piotr. Nie wiem, czy policja brała jeszcze kogoś pod uwagę. Nie było żadnych działań przeprowadzonych, żeby w ogóle sprawdzić kto i dlaczego wysłał do szefostwa tę kartkę. I to akurat tydzień czy dwa tygodnie przed morderstwem.
W butiku Ultimo oddano cztery celne strzały. Jeden z nich był tzw. strzałem z przyłożenia, aby dobić ofiarę. Typowy strzał dla groźnych przestępców. Jak się pani czuła, słysząc, że policja, zarzuca pani morderstwo dokonane z zimną krwią?
- To były emocje, krzyk i płacz. Nie dochodziło do mnie, że jestem oskarżona o coś takiego. Cały czas myślałam, że to za chwilę się skończy, wszystko się wyjaśni i po prostu wyjdę na wolność. Nie dopuszczałam do siebie, że w ogóle jestem oskarżona o cokolwiek. Nie miałam do czynienia ani z poszkodowaną, ani z denatem. Nie wiedziałam, co tak naprawdę tam się stało. Dopiero na policji powiedziano mi, że motywem było to, że poszkodowana przyczyniła się do zwolnienia mnie z pracy i w tej zemście miałam zabić ją i jej męża.
Po dziś to nie trzyma się kupy. Pomimo że tyle lat upłynęło, to cały czas analizuję akta i szukam odpowiedzi na wiele pytań. Przecież to nie Anna, tylko jej mąż został zabity i dostał dobijający strzał. Ona została przypadkiem postrzelona. Jeżeli przyjąć, że miałabym zemścić się na niej, to dlaczego zabiłabym jej męża? To jest podstawowe pytanie: dlaczego on został zabity i dostał dobijający strzał? To był pracownik a później szef ochrony. To miałby być facet, który nie dałby rady dziewczynie ważącej czterdzieści parę kilogramów, mającej dwadzieścia parę lat?
Co więcej, cały czas jest mi wpierane, że weszłam tam i z zimną krwią zaczęłam strzelać. Nie mogę zrozumieć, jak miałoby wyglądać samo wejście tam. Tak po prostu? Weszłam z ulicy? Poszkodowana sama mi otworzyła? Ona nawet nie wie, czy otworzyła drzwi kluczami, czy najpierw dzwoniłam do drzwi, czy może sama weszłam do sklepu, zostałam przez nią przeprowadzona przez sklep i sprowadzona po schodach na dół, gdzie to wszystko dopiero się rozegrało.
Odnośnie do zeznań złożonych przez poszkodowaną: była sytuacja na rozprawie, że sędzia Małek, orzekając w pierwszej instancji, zadał poszkodowanej pytanie: czy miała pani kurtkę na sobie? Poszkodowana odpowiedziała, że nie miała. A stan faktyczny był taki, że ta kurtka była cała podarta i zakrwawiona. Musiała być w tej kurtce, bo w niej leżała. Nikt nie próbował tego wyjaśnić.
Oskarżenie o zabójstwo, to nie był jedyny cios, który otrzymała pani w tej sprawie. Piotr (ówczesny partner Beaty Pasik) podpisał zeznanie, z którego wynikało, że pani miała przyznać się mu do tego zabójstwa. Później wycofał zeznanie, twierdząc, że został zmuszony do podpisania go przez policję. Wybaczyła mu Pani? W pewnej mierze przyczynił się do tego, że pani wylądowała na ławie oskarżonych, a później na wiele lat w więzieniu.
- Wybaczyłam mu, ale nigdy tego nie zapomnę. Nie da się tego zapomnieć. Nie utrzymujemy kontaktu. Mam go tylko z jego mamą. Dzwonimy do siebie i spotykamy się.
Piotr założył swoją rodzinę. Nie wiem, dlaczego tak zeznał. Nigdy mi tego nie wytłumaczył. Swojej mamie, i nie tylko, wyjaśnił, że dali mu do podpisu jakieś papiery. On je podpisał, mimo że nie wiedział, co to było. Później policjanci grozili mu. Nie wiem, czy chcę ciągnąć tę rozmowę o nim, dlaczego tak powiedział. Bronię siebie, walczę o siebie, nie ukrywam jego ani nikogo innego. Nigdy nie kryłabym nikogo. To jest bardzo poważna sprawa. Jestem osobą odpowiedzialną i jeśli miałabym jakikolwiek udział w tym przestępstwie, to odpowiedziałabym za to. Sumienie nie pozwoliłoby mi tego ukrywać. Za bardzo się przejmuję. Nie przeżyłabym tego.
Dlaczego nie chce pani odpuścić tej sprawy? Dziś jest pani już wolnym człowiekiem. Może pani zacząć nowe życie, a mimo to woli pani cały czas żyć sprawą zbrodni w Ultimo. Dlaczego?
- Bo to jest właśnie moje życie, z którego zabrano najlepsze lata. Nie czuję się winna. Dlaczego mam odpowiadać za najgorszy czyn, jakim jest morderstwo i usiłowanie? Nie mogę pozwolić na to, żeby przez całe życie ktoś patrzył na mnie, jak na mordercę. Pomimo że mogę nie usłyszeć tego od obcych ludzi.
Czuje pani, że ludzie uważają panią za morderczynię?
- Tak. Dlatego chcę wyjaśnić tę sprawę.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET