Polka w Berlinie: „Jak wygra AfD, to wyjadę do Polski. Wielu Niemców też to planuje”

9 min. czytania
18.09.2026 06:02
Obserwuj nas na Google

Małgorzata, od czterech lat mieszkanka Berlina: - AfD mocno gra na nutach wrogości do migrantów. Ta retoryka przemawia nie tylko do Niemców, ale także do Polaków, którzy chyba zapominają, że sami byli kiedyś migrantami. A przecież w przypadku przejęcia władzy przez AfD antyimigrancka polityka może dotknąć również nas - przestrzega. Tuż przed niedzielnymi wyborami w Berlinie pytamy Polaków, jak żyje się w stolicy Niemiec.  

W Berlinie rośnie poparcie dla AfD
fot. JOHN MACDOUGALL/AFP/East News

- Za komuny wyjazd z Polski był praktycznie niemożliwy. Nam się udało dzięki niemieckim korzeniom - mówi Tomasz. Wraz z żoną Anną w Berlinie mieszka od ponad 30 lat. Do stolicy Niemiec wyjechali z Opola w latach 80. na tzw. pochodzenie. 

Powód był prosty: poszukiwanie lepszego życia. - Mimo że byliśmy młodzi, to świetnie zdawaliśmy sobie sprawę, z tego co się dzieje w Polsce. Jak tylko zdałam maturę, to zaczęliśmy starać się o zgodę na wyjazd do Niemiec. Nie było łatwo, bo władza robiła, co mogła, aby odrzucać wnioski. W końcu się jednak udało - opowiada Anna. 

Brudne berlińskie ulice 

Berlin stał się ich domem. Nigdy nie żałowali decyzji o wyjeździe. - W Niemczech bardzo szybko osiągnęliśmy poziom życia, który byłby nieosiągalny w Polsce. Nasi rówieśnicy, którzy ostatecznie porzucili wyjazd na zachód, do dziś nie mogą sobie tego wybaczyć - mówi kobieta. 

Obecnie Anna i Tomasz są na emeryturze. Przez ponad 30 lat łapali się różnych zajęć: najpierw sprzątali mieszkania, później pracowali w handlu, na koniec otworzyli nawet swój biznes - małą firmę świadczącą pomoc osobom starszym.  

- Na brak pieniędzy nigdy nie narzekaliśmy. Za to nie mieliśmy czasu, aby korzystać z życia. Teraz to nadrabiamy - śmieje się Anna. 

Redakcja poleca

Małżeństwo często przyjeżdża do Polski - odwiedzić rodzinę na Górnym Śląsku, czy wypocząć nad polskim morzem. - Polska w ciągu ostatnich kilkunastu lat rozwinęła się niewiarygodnie. Jest czysto, nowocześnie, bezpiecznie i wciąż dość tanio. Przeciwieństwo tego, co teraz dzieje się w Berlinie - mówi Tomasz. 

Anna: - Dawniej mówiło się, że po berlińskich ulicach można chodzić w białych skarpetkach. Teraz na każdym kroku są śmieci, mimo że w Niemczech za wyrzucenie niedopałka  na ziemię są wysokie mandaty. 

- Kto zatem tak brudzi? - dopytuję.  

- Imigranci, ale ci z południa - odpowiada Tomasz. 

Mężczyzna nie ma dobrego zdania o przybyszach z krajów afrykańskich czy arabskich. Zaznacza, że wynika to z jego doświadczeń, a nie poglądów. - Ulice traktują jak śmietnik. Wyrzucają stare meble czy sprzęty domowe przed blok, w którym mieszkają. Nic sobie nie robią, gdy ktoś zwróci im uwagę - żali się.  

Anna obawia się sąsiedztwa uchodźców, którzy przyjechali do Berlina w ostatnich latach. - Na osiedlach często dochodzi do awantur między nimi. Widzę też, jak mężczyźni traktują kobiety: zamykają je w domach i zakazują kontaktu z innymi ludźmi - relacjonuje kobieta. 

Anna i Tomasz mieszkają w centrum Berlina we własnym mieszkaniu. Chcieliby wyprowadzić się do spokojniejszej dzielnicy, ale tu pojawiają się kolejne problemy, które trapią mieszkańców stolicy. - Na zakup mieszkania mogą pozwolić sobie najbogatsi Niemcy. Słyszeliśmy, że w Warszawie ceny też są wysokie, ale przynajmniej koszty życia są dużo niższe - ocenia małżeństwo. 

AfD trzecią siłą w Berlinie 

Oprócz kwestii finansowych jest jeszcze jedna rzecz, która frustruje Tomasza: biurokracja. Według mężczyzny w Polsce można dużo szybciej i sprawniej załatwić formalności. - Te berlińskie funkcjonują jedynie w oparciu o papier. Przez internet czy telefon nie da się praktycznie niczego załatwić. Do tego dochodzą skomplikowane procedury. Syn znajomego Niemca wybrał studia w Polsce, bo łatwiej było mu przebrnąć przez proces rekrutacyjny - opowiada Tomasz. 

Anna nie dziwi się, gdy słyszy, że coraz więcej Niemców wyjeżdża z kraju, np. do Polski. - Młodzi ludzie są coraz bardziej sfrustrowani swoją sytuacją. Rząd bardziej dba o uchodźców niż swoich obywateli – ocenia. 

Antyimigrancka retoryka przemawia do coraz większej liczby Niemców. Głosząca ją skrajnie prawicowa partia Alternatywa dla Niemiec (AfD) kilka tygodni temu wygrała wybory do parlamentu Saksonii-Anhalt (landy można porównać pod kątem administracyjnym do polskiego województwa, choć mają znacznie większą autonomię). W niedzielę, 20 września, nowe lokalne władze będzie wybierać Berlin. W wyborach do Izby Deputowanych mogą głosować wyłącznie osoby z niemieckim obywatelstwem. Z kolei w głosowaniu do rad dzielnic mogą wziąć udział także cudzoziemcy, którzy są zameldowani w stolicy przynajmniej od trzech miesięcy.  

Brudne ulice, niszczejąca infrastruktura, obozowiska bezdomnych, problem narkomanii i niedobór mieszkań – zmuszony do zaciskania pasa Berlin stanowi uosobienie niemieckich zmagań z finansowaniem usług publicznych i infrastruktury.
Fot. JOHN MACDOUGALL/AFP/East News
Brudne ulice, niszczejąca infrastruktura, obozowiska bezdomnych, problem narkomanii i niedobór mieszkań – zmuszony do zaciskania pasa Berlin stanowi uosobienie niemieckich zmagań z finansowaniem usług publicznych i infrastruktury.

Anna i Tomasz wybierają się do obu urn, bo mają niemiecki paszport. Wciąż nie wiedzą, na kogo oddadzą głos. Wykluczają jednak poparcie AfD. - Nie chcemy, żeby władzę przejęli radykałowie. Wiemy, jak to się skończyło w przeszłości - mówią. 

AfD wskazywana jest jako trzecia siła polityczna w Berlinie. Według sondaży może liczyć na 17 proc. poparcia. - Żyję na co dzień w tym mieście, dlatego nie zaskakuje mnie ten wynik - odpowiada Tomasz. 

Berlin: miasto podziałów 

Małgorzata mieszka w Berlinie od czterech lat. Z Polski do Niemiec przeniosła się za miłością. - W Warszawie poznałam mojego męża Bernda. Najpierw wyjechaliśmy do Freiburga. Żyliśmy tam siedem lat, aż dostał ofertę pracy w stolicy - opowiada Polka.  

Berlin nie był dla niej obcy. Bywała w nim na początku lat 2000. Uwiódł ją od pierwszego wejrzenia. - Od razu poczułam, że każdy może być tam sobą. Berlin był dla mnie symbolem wolności i różnorodności kulturowej. Byłam pod wrażeniem, że każdy mógł ubierać się jak chce i bez przeszkód wyrażać swoją tożsamość. Wówczas to było w dużym kontraście do tego, co działo się w Polsce. Byłam również pod wrażeniem architektury i sposobu organizacji całego miasta. Bardzo chciałam tu studiować, ale życie się inaczej potoczyło - opowiada Małgorzata. 

Jej obraz Berlina, jako największej międzykulturowej metropolii zanikał wraz z podróżami do innych krajów. Poza tym stolica inaczej wygląda z perspektywy turysty niż mieszkańca. - Postrzeganie tego miasta zależy w dużej mierze od dzielnicy, w której się mieszka. Jak rozmawiam z kimś, kto jest z innej części, to okazuje się, że ma zupełnie inne życie. Bardzo trudno mówić o jednym Berlinie - tłumaczy. 

Choć Małgorzata  mieszka w stolicy Niemiec dopiero od czterech lat, to potrafi dostrzec nie tylko zalety, ale też wady miasta. 

- Martwi mnie wzrost przestępczości w Berlinie. Głównie kradzieże czy bójki. W pewnym momencie zabroniono jazdy komunikacją publiczną z nożem. Jak ktoś kupił go  w sklepie, to mógł wsiąść  do autobusu tylko, gdy przedmiot był  szczelnie zapakowany. To jest przerażające - opowiada Małgorzata. 

- Boi się pani spacerować wieczorem po ulicach Berlina? - dopytuję. 

-  Ludzie, którzy tu dłużej mieszkają boją się bardziej niż kiedyś.  Mogę tylko powiedzieć, że we Freiburgu było dużo bezpieczniej - ucina. 

Podobnie, jak Annie i Tomaszowi w oczy rzucają się jej zalegające śmieci na ulicach. Pytam Małgorzatę, czy również obwinia za bałagan „imigrantów z Południa”. 

- Nie złapałam nikogo na gorącym uczynku, więc nie będę przypisywać tego do narodowości. Natomiast widziałam statystyki, że dużą część bezdomnych w Berlinie stanowią Polacy. Dlatego zastanowiłabym się dwa razy zanim na kogokolwiek wskazałabym palcem - odpowiada kobieta. 

12 września 2026 roku  mieszkańcy Berlina wzięli udział w demonstracji przeciwko skrajnej prawicy.
Fot. RALF HIRSCHBERGER/AFP/East News
12 września 2026 roku mieszkańcy Berlina wzięli udział w demonstracji przeciwko skrajnej prawicy.

Spadek komfortu życia w mieście dostrzegają też Niemcy. - Teraz jest trend w mediach społecznościowych, że niemieccy influencerzy jeżdżą do Polski i pokazują, jak jest czysto i bezpiecznie, że nie ma bezdomnych na ulicach - opisuje. 

Małgorzata przyznaje, że Berlin przestał być wzorem do naśladowania. - Dla Polaków Niemcy nie są już tak atrakcyjnym miejscem do emigracji zarobkowej. Nawet jak zarabia się tu ciągle dwa razy więcej, to płaci się dużo wyższe podatki niż w Polsce. Będąc singlem wchodzi się w pierwszą klasę podatkową, prawie 40 proc. daniny. Do tego dochodzą wyższe koszty życia, np. wynajęcie mieszkania jest droższe niż w Polsce.  

Małgorzata mieszka w dzielnicy Spandau, tuż przy granicy z Brandenburgią . To konserwatywna część stolicy. Mieszka w niej wielu Polaków ze względu na niższe czynsze niż w centrum.  - To się później przekłada na decyzje przy urnach wyborczych. Życie w konkretnej dzielnicy ma duży wpływ na poglądy ludzi. Nie zdecydowałam jeszcze na kogo zagłosuję. Na pewno nie będzie to AfD - zaznacza kobieta. 

Lewicowe centrum, skrajnie prawicowy wschód 

W wyborach parlamentarnych do Bundestagu w 2025 roku największe poparcie w Berlinie uzyskała lewicowa partia Linke - 19,9 proc. Niewiele mniejsze otrzymała Unia Chrześcijańsko-Demokratyczna (CDU) - 18,3 proc. AfD była czwartym wyborem berlińczyków z wynikiem 15,2 proc. Berliński dziennik „Tagesspiegel” przedstawił, jak rozkładały się głosy w poszczególnych dzielnicach stolicy Niemiec. W Spandau, gdzie mieszka Małgorzata, największe poparcie otrzymało CDU wyprzedzając AfD i Socjaldemokratyczną Partię Niemiec (SPD). Interaktywna mapa pokazuje, że Berlin jest wyraźnie podzielony na lewicowe centrum, konserwatywny zachód i skrajnie prawicowy wschód. 

Niedzielną elekcję do berlińskiej Izby Deputowanych podgrzewa zwycięstwo AfD w  wyborach do parlamentu Saksonii-Anhalt. 6 września skrajnie prawicowa partia zdobyła tam 43,8 proc. głosów (dwukrotnie większe poparcie niż w 2021 r.). Choć ugrupowanie przoduje w sondażach krajowych, to nie wydaje się, żeby sięgnęło po zwycięstwo w Berlinie. Według najnowszych badań AfD może liczyć 18 proc. poparcie i uplasować się za CDU i Linke. Taki wynik będzie jednak wielkim sukcesem partii, która trzy lata temu, w wyborach lokalnych zdobyła zaledwie 9,1 proc. głosów berlińczyków. 

- Poznałam kilku Niemców, którzy głosują na AfD. Byłam ciekawa, dlaczego popierają tę partię. Nie znali jednak jej programu. Połknęli populistyczne slogany: chcą zmiany, bo rządzące koalicje robią im krzywdę a kraj schodzi na psy. W tym kontekście nazwa „Alternatywa dla Niemiec” bardzo fajnie się sprzedaje - mówi Małgorzata. 

Redakcja poleca

O „upadek Niemiec” politycy AfD obwiniają m.in. azylantów czy migrantów. Liderzy partii deklarują, że zamierzają deportować jedynie cudzoziemców nielegalnie przebywających w kraju. Niemieccy eksperci polityczni przestrzegają, że gdy partia dojdzie do władzy to może dojść do wysiedleń zasymilowanych migrantów czy nawet osób z niemieckim paszportem. Federalny Urząd ds. Ochrony Konstytucji (BfV) po czteroletniej weryfikacji zaklasyfikował AfD jako ugrupowanie o charakterze ekstremistycznym.  

- AfD mocno gra na nutach wrogości do migrantów. Ta retoryka przemawia nie tylko do Niemców, ale także do Polaków, którzy chyba zapominają, że sami byli kiedyś migrantami. A przecież w przypadku przejęcia władzy przez AfD antyimigrancka polityka może dotknąć również nas - przestrzega Małgorzata. 

- Obawia się pani tego scenariusza? - pytam. 

- Tak. Gdy mówię po niemiecku, słychać, że mam inny akcent. Ludzie, którzy się z identyfikują z antyimigranckimi poglądami mają negatywne emocje. A politycy coraz bardziej je podkręcają.  Nienawiść werbalna mogę bardzo szybko odczuć. Już mi się to zresztą zdarzyło, choć na tyle lat, ile tu mieszkam, były to sporadyczne sytuacje. 

Małgorzata nie planuje wracać do Polski. Nie wyklucza jednak, że opuści Niemcy, gdy AfD sięgnie po władze. Nie byłaby w tym osamotniona, bo co piąty Niemiec deklaruje to samo - wynika z sondażu instytutu Insa, przeprowadzonego na zlecenie dziennika „Bild am Sonntag". 

-  To jest bardzo duża grupa obywateli. Na szczęście jest w niej także mój mąż - śmieje się Małgorzata. 

Najpierw jest zachwyt, mankamenty wychodzą później 

Dr Maria Skóra mieszka w Berlinie od 12 lat. Z wykształcenia jest socjolożką i ekonomistką. Wykłada w berlińskim Instytucie Polityki Europejskiej. Wśród przyczyn wzrostu poparcia dla AfD w sondażach ekspertka wymienia poczucie ekonomicznej deprywacji oraz frustracji mieszkańców związanej z inflacją i kulejącą infrastrukturą. -  Ludzie, którym wydaje się, że zaczęło im się żyć gorzej, bo nastąpił wzrost cen, inflacja, nie działa infrastruktura, mają większą tendencję do przekuwania codziennych frustracji codziennych w głos dla AfD - tłumaczy dr Skóra.

Popularność zyskują przekonania, że uchodźcy otrzymują świadczenia, darmowe mieszkania czy pierwszeństwo u lekarza i w szkołach, a także ułatwienia w załatwianiu formalności urzędowych.  

Czy Berlin faktycznie jest w kryzysie? Kobieta przyznaje, że miasto miało swoje problemy, ale większość z nich rozwiązało parę lat temu. - Berlin jest zadłużony. To jeden z biedniejszych landów. Nie ma tu przemysłu, tylko polityka, kultura i uniwersytety. Daleko mu do Frankfurtu czy Hamburga, gdzie można wypracować twardy dochód - mówi i dodaje:  

- Jak gdzieś przyjeżdżamy to  najpierw zachwycamy się miejscem, a dopiero później  zauważamy mankamenty.  Ocena Berlina, czy całych Niemiec  zależy od perspektywy. Po przyjeździe do Polski  widać  ten niesamowity rozwój. Potem wraca się i kontrast  jest jeszcze bardziej widoczny. Ale to nie oznacza, że w Berlinie się pogorszyło.

Źródło: Radio ZET

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET