“Ruski do domu!”. Dlaczego Węgrzy przestali ufać rządzącemu 15 lat Viktorowi Orbanowi?
- Na wiecach aktywiści krzyczą: “Ruski do domu!”. W latach 80. było to hasło, które Viktor Orban wypowiedział, żądając wycofania się Armii Czerwonej z Węgier. Dzisiaj ci, którzy mówią o wolności na Węgrzech, adresują to hasło do Orbana - przypomina w rozmowie z RadioZET.pl Wojciech Przybylski. Z redaktorem naczelnym „Visegrad Insight” rozmawiamy o tym, dlaczego Viktor Orban traci popularność na Węgrzech.
Większość niezależnych sondaży wskazuje, że faworytem do zwycięstwa w niedzielnych wyborach na Węgrzech jest opozycyjna partia Petera Magyara TISZA. Po raz pierwszy od wielu lat poważnie zagrożona jest pozycja premiera Viktora Orbana i rządzącej koalicji Fidesz-KDNP.
- Viktor Orban uwierzył w to, że jest nieomylny. Po ostatnich wyborach, cztery lata temu, zaczął wierzyć, że cokolwiek by zrobił, to i tak będzie wygrywał - wyjaśnia Wojciech Przybylski. Prezesa fundacji Res Publica, wydającej “Visegrad Insight”, pytamy o możliwy upadek Viktora Orbana i jego polityczno-historyczne tło.
Mateusz Kapera: Orban rządzi na Węgrzech od 15 lat, ale jego passa może się skończyć. Partia TISZA prowadzi w przedwyborczych sondażach. Możliwa porażka Orbana to efekt znużenia obywateli długotrwałymi rządami Fideszu, czy chodzi o coś więcej?
Wojciech Przybylski: - Zasadą demokracji jest to, że wybory się przegrywa, a nie koniecznie wygrywa. Stąd niespotykany fenomen Orbana, który u władzy jest od 15 lat. To zjawisko nie wynika z dobrze działającej demokracji. Popularność partii Orbana już od wielu lat nie była wysoka. Tyle że system, który skonstruował po rewolucyjnych wyborach w 2010 roku, kiedy uzyskał konstytucyjną większość, był pomyślany tak, aby zabunkrować władzę. Fidesz jako partia, która uzyskała najwyższy wynik w 2010 roku, zmieniła zasadę gry wyborczej. Na Węgrzech było wiele partii opozycyjnych, ale każda z nich była duża mniejsza od Fideszu. Zaprojektowany przez Orbana system wyborczy nieproporcjonalnie premiował dominujące partie. Dopóki nie było naprzeciw Fideszu innej dużej partii, system dawał nieproporcjonalnie większe zwycięstwo partii rządzącej.
Pojawienie się opozycyjnej TISZY i jej lidera Petera Magyara zmieniło sytuację?
- Partie opozycyjne zostały zmiażdżone pod ciężarem obecnego lidera sondaży partii TISZA. Ta sytuacja może dawać przewagę partii zwycięskiej, którą tym razem nie będzie Fidesz.
Jak udało się TISZY zdobyć większe poparcie od rządzącego Fideszu? Węgrzy przestali ufać Viktorowi Orbanowi?
- Popularność Orbana rzeczywiście spada. Powód tego jest dosyć prozaiczny - gospodarka. Od co najmniej trzech lat Węgry są w stagnacji gospodarczej, przeżyły wszystkie szoki cenowe, które i my przeżywaliśmy przez ostatnie lata. Tyle że Węgrzy nie mają perspektyw na wzrost.
Do tego dochodzi zjawisko związane z długoletnimi rządami jednej partii - oligarchizacja władz. Pomijąc różne ciemne interesy Orbana i jego ludzi, naturą władzy jest to, że z czasem się korumpuje. Na Węgrzech nie ma dobrych mechanizmów, które broniłyby wewnętrzny układ przed korupcją, który to zresztą celowo zamierzał się na tym wzbogacać. Po 16 latach mogę powiedzieć, że im odbiło. Viktor Orban uwierzył w to, że jest nieomylny. Po ostatnich wyborach, cztery lata temu, zaczął wierzyć, że cokolwiek by zrobił, to i tak będzie wygrywał. Obecną kampanię powierzył nowym ludziom, którzy skoncentrowali się na wątkach ideologicznych niż na praktycznym zdobywaniu głosów. Orban nie mógł też bazować na budowaniu nowych narracji i przekazów w swojej polityce. W 2022 roku był w kontrze do mainstreamu w kwestii popierania Ukrainy w wojnie z Rosją argumentując, że najważniejszy jest pokój. Jak się okazało, to była jego recepta na wyborcze zwycięstwo. Od czterech lat powtarza to samo, ale te karty są już zużyte i nie oddziałują skutecznie na wyborców.
Na twardy elektorat Fideszu również słabiej działają? Młodzi i wielkomiejscy wyborcy przecież już wcześniej byli przeciwko Orbanowi.
- To jest problem popytu i podaży. Był popyt na zmianę polityczną, ale nie był zagospodarowany. Partie opozycyjne były słabe. Dwa lata temu lider TISZY Peter Magyar rozpoczął demokratyczną grę o wyborców. Zaczął jeździć i spotykać się z ludźmi oraz budować przekazy, które mają powiew autentyczności. Ktoś w końcu zaczął rozmawiać z wyborcami. Nie ważne, że na początku są to rozmowy z pięcioma czy dziesięcioma osobami na ulicy, bo potem okazuje się, że jest ich już 100 czy 200 osób w zależności od miejscowości czy okręgu wyborczego. W polityce zawsze zaczyna się od “sprzedaży detalicznej”. Najbardziej liczy się uścisk ręki i poznanie wyborcy. Te kilka osób z danego okręgu potem stanowią zarzewie ruchu politycznego, jaki dziś tworzy Peter Magyar.
Nie jest to obce w polskich kampaniach politycznych, ale na Węgrzech do niedawna jeszcze nie istniało. Dotychczasowe kampanie partii opozycyjnych były nienowoczesne. W takim znaczeniu, że polegały najwyżej na wieszaniu plakatów czy wiecach w centralnych miejscach, np. w Budapeszcie, a nie na rozmowie z wyborcami na prowincji. Wdrożona przez Magyara strategia odpowiada dziś za jego przewagę w sondażach. Być może na nim będą się wzorować inne partie w kolejnych wyborach.
A może poprzedni liderzy partii opozycyjnych byli zbyt liberalni dla węgierskiej prowincji? Peter Magyar wydaje się zdecydowanie bliższy ideologicznie niestabilnym zwolennikom Orbana.
- Na pewno Peter Magyar jest bardziej wiarygodny na prowincji niż przedstawiciele lewicy. Węgierska lewica nie przeszła reformy. Jest kontynuacją komunistycznych działaczy. Były premier i jego była żona stworzyli dwie partie lewicowe, które mają poparcie w dużej mierze wielkomiejskiego elektoratu.
Z kolei ludowy charakter Petera Magyara na pewno pomaga mu w dotarciu do ludzi z prowincji i uwiarygodnieniu się w ich oczach. Mimo że pochodzi z Budapesztu i wywodzi się z prawniczej rodziny, która należała do elit władzy, stworzył pewnego rodzaju opowieść o sobie, wykonując ciężką pracę polegającą na maszerowaniu przez cały kraj. Powtórzę jeszcze raz: tego nie robili poprzedni liderzy opozycji.
Wyjątkiem był zryw młodych liberałów, którzy przed 2022 rokiem zbudowali partię Momentum. Jej fundamentem był protest przeciwko megalomańskim planom Orbana. Chodziło o organizację igrzysk olimpijskich na Węgrzech. Ruch obywatelski dążył do zorganizowania referendum w tej sprawie (mimo zebrania podpisów referendum się nie odbyło, bo rząd wycofał się z pomysłu organizacji igrzysk olimpijskich - red.). Na bazie tej inicjatywy powstała partia, ale dziś już nie istnieje. Młodzi przywódcy nie sprawdzili się w polityce, ale pewnie to też nie był moment, w którym Węgrzy mieli poczucie, że żyje im się źle i coś musi się zmienić. Dziś może zdobyłaby większe poparcie.
To pokazuje, że w polityce nie wystarczy mieć tylko dobry pomysł i ciężko pracować, ale trzeba mieć jeszcze szczęście i znaleźć się w odpowiednim czasie i miejscu.
Dziś faktycznie Węgrom żyje się tak źle? Peter Magyar w swoich mediach społecznościowych pokazuje opłakany stan szpitali czy szkół. Trudno sobie wyobrazić, że nagle popadły w ruinę. Wcześniej Węgrzy tego nie zauważali?
- W latach 90., i pewnie jeszcze na początku lat 2000, Węgry dla Polaków stanowiły punkt odniesienia. Może nie aż taki jak Wielka Brytania czy Niemcy, ale chcieliśmy im dorównać, bo mieli nowe pociągi, inwestycje, zaawansowany przemysł samochodowy czy chemiczny. Nie były krajem biednym, ale nie przeszły takiego kryzysu jak Polska w latach 90., który wymusiłby na Węgrach poważniejsze zmiany. Chodzi np. o dużo intensywniejszą walkę z korupcją, aby środki i dobra publiczne zaplanować tak, aby umożliwiały konkurencyjność. Można powiedzieć, że w Polsce udało się to zrobić w znacznym stopniu. Na Węgrzech system z lat 80., 90., który kiedyś był dobrym punktem odniesienia, został zakonserwowany. Dziś po 30-40 latach jest to kotwica, która ich trzyma w miejscu. Dlatego Węgry są niedoinwestowane, nie rozwijają się regionalnie i nie odczuwają efektu obecności w Unii Europejskiej, który zauważamy w Polsce. Można powiedzieć, że nasz kraj kwitnie, a Węgrzy mają poczucie, że się zwijają, że ich koszty życia rosną niewspółmiernie do możliwości zarobkowych.
Mówiąc wprost, mają obawy o swój los. Orban wcześniej świetnie potrafił rozpoznawać obawy swoich obywateli, np. podczas kryzysu migranckiego czy wojny w Ukrainie, dzięki czemu wygrywał wybory. Stracił czujność?
- Orban wygrał wybory (w 2010 roku - red.) po kryzysie finansowym, który dotknął Węgrów w latach 2007-2008. Załamanie gospodarcze na Węgrzech było bardzo widoczne. Ono się brało z braku wcześniejszych reform strukturalnych. Viktor Orban dosyć sprawnie poradził sobie z tą sytuacją, podejmując drastyczne kroki, m.in. zmieniając politykę gospodarczą. Na początku sytuacja gospodarcza wyszła na prostą i wydawało się, że Orban ma dobrą odpowiedź na kryzys, co było silnym kołem zamachowym dla legitymizacji jego polityki.
Czy dziś stracił słuch społeczny? Nie wiem tego, ale z pewnością nie przedstawia planów, które dałyby obietnicę wzrostu gospodarczego. Raczej skupia się na redystrybucji środków publicznych, czyli zadbaniu o pewne ważne rzeczy, które jednak nie dają szansy na rozwój. Chodzi przede wszystkim o rozdawanie zasobów, które są jeszcze w dyspozycji państwa. Wszyscy jednak wiedzą, że te zasoby się kurczą, pogarsza się wpływ budżetowy i kondycja finansów publicznych na Węgrzech, jak w wielu innych państwach.
Model polityczno-biznesowy Węgier opierał się w znacznej mierze na obietnicy cięcia kosztów, np. podatkowych. Węgry miały swego czasu najniższe podatki w Unii Europejskiej. W takiej sytuacji nie da się jednak reformować struktury państwa, czy poprawiać usług publicznych. Węgierskie szpitale są w dramatycznej sytuacji. Znam historie osób, które idąc do szpitala, zabierają ze sobą swój papier toaletowy. Podczas COVID-u premier odwiedzał szpitale. Na zdjęciach z wizyt było widać, jak ze ścian odpada tynk. To jest tragedia infrastrukturalna, nie mówiąc już o poziomie usług. Ludzie mają poczucie, że to idzie donikąd. Węgry, z perspektywy standardów europejskich, są gorszym miejscem do życia niż wiele innych krajów. Przez te wszystkie lata rządów Orbana młodzi ludzie wyjeżdżali zagranicę i tam się kształcili, czy pracowali. Później wracali do kraju z doświadczeniem, że warto mieć większe aspiracje niż tanie usługi i niskie podatki.
Czy tani rosyjski gaz…
- Orban nic nie zrobił z zależnościami od rosyjskich źródeł energii. Od 2014 roku, cztery lata po wygranych wyborach, brnął w to dalej z premedytacją. Wygrywał wybory, obiecując tanie źródła energii oraz zastrzyki finansowe pochodzące z opodatkowania źródeł rosyjskiej energii, ale tym samym budując strukturalną i geostrategiczną zależność od Rosji, która do dzisiaj jest obciążająca. Orban nie stawiał na innowacyjność i dywersyfikację źródeł energii, co może skończyć się katastrofą dla Węgier. Orban z powodu słabych wyborów geostrategicznych zabrnął w ślepą uliczkę.
Przyjazna postawa wobec Rosji i jej agresywnej polityki międzynarodowej ma też wpływ na spadek popularności Orbana?
- Stosunek do Rosji, ale także do pojęcia suwerenności wobec Moskwy, zaczął działać niekorzystne dla Orbana. Głosił, że buduje suwerenność Węgier, ale w świetle uzależnień od Rosji, które coraz bardziej wychodzą na wierzch, Orban staje się ikoną tego, z czym kiedyś walczył. Dlatego na wiecach aktywiści krzyczą: “Ruski, do domu!”. W latach 80. było to hasło, które Viktor Orban wypowiedział żądając wycofania się Armii Czerwonej z Węgier. Wtedy był bohaterem zrywu niepodległościowego. Dzisiaj ci, którzy mówią o wolności na Węgrzech, adresują to hasło do Viktora Orbana.
Europoseł Koalicji Obywatelskiej Bartosz Arłukowicz mówił na antenie Radia ZET, że Węgry przypominają mu dziś Polskę przed 2023 rokiem. Pan widzi takie podobieństwo?
- Rozumiem, że politycy obozu rządzącego chcą się trochę ogrzać na tym micie 2023 roku. Jednak to, co dzieje się na Węgrzech, może mieć głębsze znaczenie z punktu widzenia innej historii Węgier niż Polski na przestrzeni ostatnich dekad.
Peter Magyar rozpoczął kampanię wyborczą od wpisu na Facebooku, który pociągnął tłumy. Zakończył go słowami “nie lękajcie się”, które w Polsce znamy ze słów Jana Pawła II. Tymi słowami papież porwał polskie społeczeństwo do odnowy moralnej. To hasło jest cały czas na sztandarach Magyara, który powtarza, że to co się dzieje, jest pewnego rodzaju rewolucją moralną. Chodzi mu o moralną siłę społeczeństwa. Aby Węgrzy się nie lękali i byli odważni w zabieganiu o wolność.
Moi znajomi Węgrzy mówią, że być może to jest ich 89. rok: widać bardzo duże poruszenie, polaryzację i zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego. To coś, czego Węgrzy nie widzieli od lat 80. Duży wpływ na to ma marketing polityczny TISZ-y, który odwołuje się do postaw i obowiązków obywatelskich. Na pewno to zmieniło Węgry. A czy przełoży się na wynik wyborów? Zobaczymy po weekendzie.
Źródło: Radio ZET
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET