Zamknij

"Trzeba było zapłacić łapówkę". Wdowa po handlarzu bronią przerywa milczenie

30.09.2022 09:21

Słynny handlarz bronią i respiratorami "nie chciał rozmawiać z mediami". - Powiedział, że w ministerstwie obiecali mu, że jak będzie siedział cichutko, to oni mu za to załatwią inny duży kontrakt – wspominała Wirtualnej Polsce wdowa po Andrzeju Izdebskim. Wprost przyznała, że przy ściąganiu respiratorów, w transakcji z jednym z państw, "trzeba było zapłacić łapówkę".

Wdowa po Andrzeju Izdebskim przerywa milczenie
fot. Krzysztof Radzki/East News, firma nieżyjącego już handlarza bronią, siedziba w Lublinie

Zaskakujące historie przekazała Wirtualnej Polsce Ewa Izdebska, żona zmarłego handlarza bronią i bohatera tzw. afery respiratorowej. Wyszła ona na jaw wiosną 2020 roku, gdy rząd pospiesznie zakupił respiratory w firmie Andrzeja Izdebskiego, chcąc zabezpieczyć kraj w dobie pierwszej fali pandemii koronawirusa.

Wdowa po Izdebskim zabrała głos trzy miesiące po jego śmierci. Zapytana o to, czy dopiero teraz zaczęła się zastanawiać, kim był Andrzej Izdebski, odparła: - Na pewno o wszystkim nie mógł mi powiedzieć. Gdzieś wyczytałam jako pewnik, że był w kontrwywiadzie. No ale przecież, nawet gdyby był, to nie mógłby mi o tym powiedzieć.

Wdowa po Andrzeju Izdebskim, handlarzu bronią, przerywa milczenie

Zaprzeczyła, by jego firma E&K była firmą krzakiem. - Mąż się strasznie przejął, gdy wybuchła pandemia, że tu ludzie będą umierać. I że trzeba natychmiast ściągać respiratory. Zaczął to załatwiać przez różnych znajomych z całego świata. Jedno, co mnie dziwiło, to po co w takich ilościach. Ale Andrzej stwierdził: "minister powiedział, że tyle trzeba, to trzeba" – powiedziała WP wdowa po Izdebskim.

Gdy prokuratura chciała w końcu jesienią 2021 r. postawić zarzuty Izdebskiemu ws. afery respiratorowej, już dawno nie było go w Polsce. W czerwcu 2022 r. miał umrzeć w Tiranie, stolicy Albanii. Do tego czasu nie odzyskano co najmniej 46 mln złotych utopionych w transakcji z wiosny 2020 roku.

Wdowa po Izdebskim przybliżyła kulisy umowy z rządem na dostarczanie respiratorów. - Powiedział tylko, że dostał pieniądze i ma natychmiast te respiratory ściągać. Tu był poważny problem, bo nie było samolotów. Mąż się strasznie wkurzył, bo ministerstwo wynajęło firmę, która załatwiała listy przewozowe. Była do kitu. […] Ta partia respiratorów nie przyleciała. […] Z różnych krajów to szło. Z Pakistanu to wiem, że trzeba było zapłacić łapówkę, żeby Pakistan zrezygnował i żeby te respiratory poleciały do nas. Na pewno trzeba to było załatwić na lewo – mówiła.

"Obiecali, że jak będzie siedział cicho, to załatwią mu duży kontrakt"

Jej zdaniem Izdebski został celowo zrobiony ofiarą w mediach, jednak sam handlarz bronią nie chciał publicznie wyjaśniać sprawy z zakupem respiratorów. - To rzeczywiście było dziwne. Jak zrobiła się afera, to zapytałam męża, dlaczego nie chce tego wyjaśnić, dlaczego nie chce przedstawić swojej wersji, przedstawić swoich racji dziennikarzom. Mąż nie chciał rozmawiać z mediami. Powiedział, że w ministerstwie obiecali mu, że jak będzie siedział cichutko, to oni mu za to załatwią inny duży kontrakt – opowiedziała WP Ewa Izdebska.

Dopytywana o konkretną osobę z rządu, która mu to obiecała, stwierdziła, "że to musiał być jeden minister albo drugi". - Ale kto konkretnie? Nie wiem. Wiem tyle, że mieli mu umożliwić jakiś większy kontrakt, żeby tylko już to pozamiatać i żeby był spokój. Ale żeby siedział cicho – powiedziała.

loader

RadioZET.pl/Wp.pl