Trafiła do Auschwitz jako 14-latka. „Panowała tam atmosfera strachu, że umrze się z głodu”

14.06.2018 07:51

– W Auschwitz uratowała mnie nie nadzieja, tylko pewność, że muszę przetrwać, aby opowiedzieć o tym, co tam widziałam – powiedziała w rozmowie z PAP była więźniarka obozów Auschwitz-Birkenau i Ravensbrueck Janina Iwańska. 78 lat temu Niemcy deportowali pierwszych Polaków do KL Auschwitz. 

Auschwitz fot. East News

Chcesz wiedzieć wszystko pierwszy? Dołącz do grupy Newsy Radia ZET na Facebooku

14 czerwca obchodzony jest w Polsce jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Niemieckich Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych i Obozów Zagłady. Ogółem do Auschwitz Niemcy przywieźli ok. 150 tys. Polaków. Blisko połowa nie przeżyła.

Auschwitz wraz z Birkenau i siecią podobozów stał się największym niemieckim obozem. Trafiło do niego co najmniej 1,3 mln osób. Śmierć poniosło w nim co najmniej 1,1 mln ludzi, głównie Żydów, dlatego Auschwitz stał się symbolem ich Zagłady. Ginęli tu także Romowie, jeńcy sowieccy i osoby innej narodowości. 

Janina Iwańska o Auschwitz 

PAP: Kiedy trafiła pani do obozu Auschwitz w 1944 r., miała pani 14 lat. Przebywała pani w obozie dziecięcym. Jak wyglądało tam życie?

Janina Iwańska: Przebywające w Auschwitz dzieci nie pracowały tak jak dorośli więźniowie. W naszym bloku były zarówno dzieci starsze, pozbawione rodziców, jak i młodsze, które po wieczornym apelu odwiedzały matki. Już pierwszego dnia blokowa zaproponowała nam, starszym, opiekę nad nimi, więc razem z koleżanką od razu zgłosiłam się i robiłam to właściwie przez cały pobyt w obozie.

Jeśli chodzi o jedzenie, to na śniadanie wszystkie dzieci dostawały do samo – kawałek chleba, małą kostkę margaryny i kawę zbożową. Potem starsze jadły obiad – jednego kartofla i zupę, a dzieci do lat 7 – dodatkowy posiłek w postaci melzupki, czyli zupy mlecznej, która była po prostu trochę zabieloną wodą, z jakimiś drobnymi makaronikami. Przynosiłyśmy ją z kuchni razem z koleżanką i w nagrodę za to przysługiwało nam po jednej porcji. Zawsze mówię, że przeżyłam dzięki tej zupie, bo prawie w ogóle nie chorowałam. Taki dodatkowy posiłek pomagał zwłaszcza w mroźne zimy, kiedy temperatura sięgała minus dwudziestu stopni.

Jaka atmosfera panowała w dziecięcym obozie?

Panowała tam atmosfera strachu, że umrze się z głodu. Były dziewczęta, które zjadały kawałeczek chleba, a resztę chowały. I taka trauma już w nich została. Wiele lat później odwiedziłam w szpitalu jedną z koleżanek z obozu. Pielęgniarka prosiła mnie, żebym przemówiła jej do rozumu, bo chowała pod poduszkę prawie całą kolację. W obozie chowało się jedzenie, żeby mieć pewność, że coś jeszcze zostało, że się nie umrze. Ale w naszym bloku nigdy nie kradło się jedzenia, nawet tym najmłodszym dzieciom.

Dodatkowa porcja jedzenia mogła uratować życie?

Dwie rzeczy, które mnie uratowały życie, to właśnie melzupki oraz woda z parowozu, którą wypiłam w drodze do Ravensbrueck, po marszu śmierci. Z Wodzisławia Śląskiego pociągiem wieziono nas przez Berlin, który był wtedy bombardowany. Parowóz zatrzymał się i kolejarz postanowił wymienić wodę z bębna. Otwarto nam drzwi do „węglarki”, zobaczyłam, że wszyscy biegną w kierunku tego parowozu. Okazało się, że kolejarz spuszcza wodę małym strumykiem, więc każdy, kto miał jakieś naczynie, mógł je podstawić, napić się i oddać następnemu. Ja zawsze opisuję tę sytuację jako wyraz solidarności. Była to dla nas wtedy woda życia.

Co pomogło pani przetrwać w Auschwitz?

To nie była nadzieja, tylko pewność, że ja muszę przetrwać, żeby opowiedzieć o tym, co widziałam. To był mój cel. Myślałam, że wszyscy w domu czekali na mój powrót, że wszystkim wszystko opowiem. A potem przyjechałam i nikomu nic nie opowiadałam, i dopiero na stare lata „rozwiązał” mi się język.

W Auschwitz doczekała pani do wyzwolenia. Czy z perspektywy dzieci coś zapowiadało nadchodzącą ewakuację?

Dwa dni przed ewakuacją przyprowadzono rodziców młodszych dzieci, którzy je zabrali. W nocy z 18 na 19 stycznia zwołano apel, na który pozwolono nam zabrać koce, każdy dostał też porcję chleba i brukiew. Ustawiono nas piątkami, nakazano w prawo zwrot i kazano iść poza bramę obozu, gdzie czekali już esesmani z psami. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje.

Dopiero rano, wciąż idąc, zobaczyliśmy ludzi z okolic, którzy rzucali nam kawałki chleba, albo – jeśli była taka możliwość – podawali jakieś napoje. Niektórzy tylko stali i po prostu płakali. I tak szliśmy pół nocy, następny dzień i następną noc, i jeszcze następny dzień. To było wprawdzie niedużo, bo tylko 67 kilometrów, ale dla nas to była strasznie daleka droga. Był mróz, nogi się ledwo ciągnęło w śniegu. Niektórzy więźniowie mieli je poowijane kocami albo szli w tzw. kierpcach zakopiańskich, które nasiąkały wodą, więc zrzucali je i szli boso. Większość osób, która przeżyła ten marsz, miała poodmrażane nogi. Szło się dzień i noc bez przerwy. Niektórzy padali, inni zostali zastrzeleni podczas próby ucieczki. W końcu dotarliśmy do Wodzisławia Śląskiego, gdzie wprowadzono nas do wielkiej stodoły, w której przesiedzieliśmy do rana.

Kiedy mówi się o Auschwitz, zwykle wspomina się dzień pierwszego transportu i dzień wyzwolenia. A po tym wyzwoleniu, to naprawdę się nie skończyło. To był koniec dla tych, którzy zostali wyzwoleni, ale tysiące mężczyzn i kobiet trafiło do ciężkich obozów do Niemiec.

Pani też została przewieziona do niemieckiego obozu Ravensbrueck.

Okazało się, że nie ma tam dla nas miejsca. W związku z tym porozstawiano namioty, część mieszkała w nich, a część w przejściowym baraku bez żadnych urządzeń – tylko same ściany. Datę nadania nowego numeru mam 25 stycznia. W końcu przewieziono nas do podobozu w Neustadt-Glewe. Tam już doczekałam do końca wojny. Wyzwolono nas 2 maja. Najpierw weszły do nas wojska zachodnie, które wyzwoliły leżący 6 kilometrów dalej obóz męski. Wyzwolili nas Amerykanie – kiedy otworzyli bramę, popłakali się. Potem weszły już wojska radzieckie.

Co działo się po wyzwoleniu obozu?

Jako dzieci nie wiedzieliśmy, co mamy ze sobą zrobić. Po kilku dniach przyjechał do nas międzynarodowy Czerwony Krzyż, przywieźli nam paczki i powiedzieli, że jeśli ktoś chce, to może jechać do Szwecji lub do Anglii na rehabilitację. Ale większość chciała wrócić do domu. Utworzono obóz przejściowy, gdzie zaopiekowały się nami trzy kobiety – nauczycielka, siostra zakonna i ciotka jednej z naszych koleżanek, którą spotkała w obozie. Rosjanie zabrali z jakiegoś niemieckiego gospodarstwa wóz i konia, i tak wyruszyłyśmy w osiemnastkę najpierw do Częstochowy, bo siostra zakonna chciała podziękować za ocalenie Matce Boskiej, a potem pociągiem do Warszawy. Tam każda poszła w swoją stronę.

RadioZET.pl/PAP/DG

Oceń