Przeciwnicy aborcji pod okiem policji pikietują pod szpitalem. Ratusz: nie mogliśmy odmówić
Drastyczne, krwawe billboardy antyaborcyjne znów przed Szpitalem Bielańskim w Warszawie. Ale teraz "pikieta antyaborcyjna” odbywa się tam co kilka dni. Pozwolenie jest, bo ratusz „nie mógł odmówić”. A obrońców życia i ich przenośnego pawilonu pilnuje policja.
Fundacja Pro-Prawo do Życia zamierza, jak czytamy na jej stronie, „aż do skutku wywierać presję na władze szpitali” i „zmusić je do tego, aby przestały zabijać dzieci”. To m.in. za pomocą drastycznych billboardów z hasłem „aborcja zabija”.
„Wymiotować mi się chce na widok tych zdjęć. Do tego namiot blokuje też wejście do szpitala. A 20 metrów dalej stoi policja” – relacjonuje czytelnik „Gazety Wyborczej”.
Dlaczego szpital nie reaguje na krwawe plakaty na dziedzińcu? Kierownik działu organizacyjno-prawnego Szpitala Bielańskiego, Krzysztof Jarząbek, mówi w rozmowie z „Wyborczą”, że grupa „zbiera się co czwartek, dwie, trzy osoby, a czasem też w niedzielę, w zgłoszeniu jest nawet 50 osób, pilnuje ich policja”. Jak dodaje, służby interweniują, gdy tylko ktoś wdaje się w dyskusję z uczestnikami demonstracji.
Aborcja na żądanie? Ponad połowa Polaków mówi: tak [SONDAŻ]Jarząbek tłumaczy, że nic nie może w tej sytuacji zrobić, bo organizatorzy akcji mają na jej przeprowadzanie zgodę od ratusza. A ratusz próbuje, ale też nie może nic zrobić: „Miasto nie może odmówić zgody” – mówi Magdalena Łań z biura prasowego urzędu miasta. Jak tłumaczy, organizatorzy zgłaszają zgromadzenie w trybie uproszczonym: to pikieta stacjonarna.
Wcześniej, w kwietniu, urzędnicy skierowali doniesienie do prokuratury, w którym zawiadomili o drastycznych obrazach. Sprawa działalności przeciwników aborcji spod Szpitala Bielańskiego była już zresztą w sądzie, ale według sądu nie było tu mowy o złamaniu prawa.
RadioZET.pl/Gazeta Wyborcza
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET