`

„Mama płacze, bo siostra, która jest świadkiem Jehowy, się do niej nie odzywa. Jakby umarła”

14 min. czytania
23.09.2024 13:05
Obserwuj nas na Google

Żyją obok nas, ale tak naprawdę niewiele o nich wiemy. Jak wygląda rzeczywistość świadków Jehowy? To surowe zasady i restrykcje, których należy przestrzegać od dziecka. – Wydaje ci się, że wszyscy bardzo się tobą interesują i cały czas musisz dawać dobry przykład moralny, bo dzięki temu, być może, przyciągniesz innych do organizacji i uchronisz ich przed zbliżającym się Armagedonem – tłumaczy Edwin, który – jak podkreśla – wychowywał się w sekcie.

świadkowie Jehowy
fot. Beata Zawrzel/REPORTER / zdj. ilustracyjne

Świadkowie Jehowy, a właściwie Chrześcijański Zbór Świadków Jehowy to społeczność wyznaniowa należąca do ogólnoświatowej wspólnoty Świadków Jehowy. Szacuje się, że na świecie jest blisko 7,8 mln wyznawców Jehowy. Dane ze Spisu Powszechnego pozwalają wierzyć, że w Polsce obecnie żyje ponad 108 tys. takich osób. To czyni ten związek wyznaniowy trzecim pod względem liczebności – tuż po Kościele katolickim i prawosławnym. Świadkowie Jehowy są wokół nas, jednak o ich zwyczajach wiemy stosunkowo niewiele. Tymczasem osoby, które odchodzą z organizacji właściwie jednogłośnie nazywają grupę destrukcyjna.

Sara i Edwin urodzili się i dorastali w organizacji Świadków Jehowy, kilka lat tamu postanowili zerwać relację z grupą. Dziś Chrześcijański Zbór Świadków Jehowy określają dosadnie: sektą. Jak wyglądało ich życie? Jak wspominają swoje dzieciństwo? Dlaczego zdecydowali się odejść?

Monika Kurowska, RadioZET.pl: Zacznijmy od podstaw. Świadkowie Jehowy są w Polsce pod względem prawnym traktowani jako związek wyznaniowy. Działają więc legalnie. Wy – podobnie jak wiele innych osób, które zdecydowało się opuścić zbór – nazywacie organizację sektą. Dlaczego?

Sara: Grupy destrukcyjne działają w określony sposób. Kontrolują myśli, przepływ informacji, decydują o tym, z kim możesz się spotykać, a z kim nie powinieneś. Mówią, w jaki sposób masz myśleć i czuć. Gdy przeanalizujemy Hassanowski model psychomanipulacji stosowany przez sekty, w skrócie BITE, dochodzimy do wniosku, że świadkowie Jehowy spełniają większość założeń grupy destrukcyjnej. Nie mogą rozmawiać z osobami, które odeszły z grupy, nie mogą nawet się z nimi witać. Kontrola zachowania sięga w tym przypadku naprawdę bardzo daleko, bo grupa ma wpływ właściwie na wszystkie aspekty życia członków. Decyduje o tym: jak się ubierasz, z kim się wiążesz, z kim śpisz, z kim uprawiasz seks, jakie święta obchodzisz. Pewne dzieła kultury nie są zalecane: przykładnemu świadkowi sumienie nie pozwoli na przykład oglądać i czytać serii o Harrym Potterze.

Świadkowie oczywiście starannie to kamuflują. Organizacja stale utrzymuje na przykład, że nie ma charakterystycznego dla grup destrukcyjnych lidera. Mówi, że liderem jest Jezus Chrystus i pomijają ośmiu członków tzw. Ciała Kierowniczego, którzy decydują właściwie o wszystkim.

Dostrzeżenie tych elementów musi być jednak bardzo trudne...

Edwin: To prawda, bardzo ciężko jest wyjść z tej bańki. To nie wygląda tak, że jeśli ktoś powie świadkowi: „to jest sekta, uciekaj stamtąd”, to on nagle przejrzy na oczy i po prostu odejdzie. Często po takim komunikacie świadkowie jeszcze bardziej zamykają się w swojej bańce i przestają rozmawiać z osobami „ze świata” [osoby nie będące światkami Jehowy – przyp. red.]. Świadkowie uznają taki kontakt za zagrożenie. Syndrom oblężonej twierdzy zaczyna działać. Dlatego proces odchodzenia trwa długo, czasami nawet lata.

Jak było w waszym przypadku? Jeżeli rodzimy się w jakimś systemie, dorastamy w nim, to z reguły trudniej jest nam zakwestionować jego zasady. Te reguły są dla nas naturalne.

Edwin: W moim przypadku dużą rolę odegrały kwestie doktrynalne. Gdy przestała zgadzać się jedna data, wszystkie inne wierzenia i doktryny, w które od dziecka wierzyłem, po prostu się posypały. Zacząłem analizować i zobaczyłem mnóstwo nieścisłości, ale postanowiłem o nich zapomnieć. Odrzuciłem te myśli na 10 lat. Wróciłem do tego Matrixa i dalej sobie w nim żyłem.

Rozumiem, że te niepewności w końcu jednak wróciły. Kiedy? 

Edwin: W tamtym czasie głośno było o śledztwie, które toczyło się w Australii. Dotyczyło ukrywania przez miejscowy Zbór Świadków Jehowy ponad 1000 przypadków pedofilii. Ten proces bardzo poruszył rodziców Sary. Zaczęli podsuwać mi informacje na ten temat. Wtedy uświadomiłem sobie, że inne osoby też widzą, że z organizacją jest coś nie w porządku. Nasze rozmowy zaczęły postępować, a po jakimś czasie obraz doskonałej organizacji Bożej po prostu legł w gruzach.

Znam wiele osób, u których w procesie odchodzenia najważniejsza była kwestia zdrowia psychicznego. W organizacji jest bardzo dużo świadków, którzy mają różnego rodzaju problemy emocjonalne, ponieważ system jest tak skonstruowany, by kształtować takie problemy, a potem je podtrzymywać.

Redakcja poleca

Byliście razem w procesie odchodzenia? Postępował u was równolegle?

Edwin: Sara czasem słyszała nasze rozmowy, ale to ja pierwszy przestałem wierzyć w organizację. Ona jeszcze przez jakiś czas bardzo tym żyła. To było dla nas bardzo trudne doświadczenie, bo Sara nie zareagowała dobrze, gdy powiedziałem jej o moich wątpliwościach. Chciała donieść na mnie do starszych. Ja już byłem na to przygotowany. Wiedziałem, jakie są procedury, ale powstrzymałem Sarę i ostatecznie nie zdecydowała się na ten krok.

Co by się stało, gdyby Sara doniosła na ciebie do starszych?

Edwin: Zgodnie z oficjalnymi zaleceniami, starsi musieliby się ze mną spotkać. Powiedzieliby mi, że nawet jeśli mam wątpliwości, to nie powinienem o nich rozmawiać z nikim – nawet z żoną, rodzicami. Powiedzieliby, że mogę z takimi zwątpieniami przyjść ewentualnie do nich. Gdybym się nie zastosował do ich zaleceń, pewnie ostrzegliby mnie jeszcze raz, a potem powołaliby komitet sądowniczy, który skutkowałby wykluczeniem.

Czyli przestałbyś być członkiem organizacji.

Tak, a wtedy wszyscy moi bliscy musieliby zerwać ze mną kontakt. Moja relacja z żoną również powinna ulec zerwaniu w takiej sytuacji, bo skoro nie mamy wspólnego celu wielbienia Boga, to nasze małżeństwo stałoby się bez sensu.

Wiele małżeństw rozpada się, kiedy jeden ze świadków postanawia odejść. Są oficjalne zalecenia, które polecają w takim przypadku prawną separację. Sugerują, że świadek powinien jak najszybciej zrezygnować z takiej relacji, żeby nie narażać się na zagrożenie duchowe. Jeśli ty wierzysz, a twój małżonek nie, po prostu lepiej się od niego odciąć. Nawet jeśli go kochasz i macie dobrą relacje, najważniejsza powinna być wiara.

Proces wygląda podobnie, jeśli odchodzi się dobrowolnie?

Skutek odejścia jest właściwie identyczny. Jesteś wykluczony, pada komunikat, że nie jesteś świadkiem Jehowy, więc ludzie zaczynają traktować cię jak powietrze. Stajesz się człowiekiem gorszej kategorii. Organizacja twierdzi, że jeśli odchodzisz, to dałeś się zwieść szatanowi i demonom.

Natomiast sam proces odchodzenia nie jest skomplikowany. Możesz po prostu powiedzieć: „nie chcę już być świadkiem”. Inni oczywiście będą próbować cię przekonywać do tego, żebyś został, bo w ich rozumieniu staniesz się zagubioną owieczką, którą trzeba przyciągnąć do stada. Ale jeśli uznają, że jesteś dla organizacji zagrożeniem, możesz wpływać na innych, to nie będą cię powstrzymywać.

Brzmi to rzeczywiście bardzo prosto, tymczasem wiele osób po odłączeniu mówi o smutku, a przede wszystkim o wielkim strachu.

Formalnie odejście od świadków Jehowy nie jest trudne, ale psychologicznie już tak. Często przyrównujemy odejście z organizacji do wyjścia z więzienia. W filmie „Skazani na Shawshank” jest taka wymowna scena. Bohater wychodzi na wolność i chociaż miał czuć się dobrze, to jego życie się kończy. Można to porównać do opuszczenia organizacji, zwłaszcza jeśli jesteś w niej od dziecka i właściwie nie znasz innego świata.

Sara: Należysz do organizacji, która mówi, ci co masz myśleć na każdy temat – dosłownie. Instruuje cię, jaki masz mieć pogląd. Świadkom cały czas przypomina się, by nie angażowali się politycznie – nie tylko, by nie brali udziału w wyborach, ale też, żeby nie dyskutowali z innymi na temat polityki i nie brali udziału w lokalnych działaniach mających na przykład poprawić życie społeczności. Nagle wychodzisz i nie dość, że zostawiasz rodzinę, bliskich, wszystkich znajomych, to czujesz się zagubiony, bo właściwie nie znasz tego „nowego” świata. Nie wiesz, kim tak naprawdę jesteś.

Odeszłam mając 27 lat i zaczęłam kwestionować wszystkie moje dotychczasowe decyzję. Zaczęłam się zastanawiać, czy to, co robiłam miało sens. Bo większość decyzji podejmowałam przecież ze względu na wiarę. Mojego męża wybrałam dlatego, że byliśmy razem w organizacji. Przerwałam studia, bo tak było lepiej dla grupy. Po wyjściu nagle całe twoje życie i wszystkie dotychczasowe wybory przestają mieć wspólny mianownik. To dzieje szybko, więc masz poczucie przytłoczenia. Dlatego dobrze jest się przygotować do tego procesu.

Edwin: Ale do pewnych rzeczy nie da się przygotować...

Do czego nie można się przygotować?

Edwin: Najtrudniejsza wydaje mi się kwestią, zerwania kontaktu z bliskimi. Wyobraź sobie: żyjesz w bardzo hermetycznej społeczności, cały czas słyszysz, że świat jest zły, więc całe twoje towarzystwo skupia się wokół zboru. Ze świadkami widzisz się regularnie kilka razy w tygodniu na zebraniach, spotykasz się też z nim prywatnie. To są twoi przyjaciele. A gdy wychodzisz, zostajesz sam. Tracisz przyjaciół, nie masz osób, z którymi możesz się spotkać, pogadać, wyjść na kawę. Gdy pada oficjalny komunikat, że nie jesteś już świadkiem Jehowy, ludzie z którymi się przyjaźniłeś, przestają z tobą rozmawiać.

Nie możesz przygotować się na to, że twoi bliscy: mama, siostra zerwą z tobą kontakt. Dzisiaj rozmawiałem z moją mamą, która niedawno odeszła ze zboru. Płakała do słuchawki, bo moja siostra, która nadal jest świadkiem Jehowy, się do niej nie odzywa, nie odpisuje na jej wiadomości, nie odbiera telefonów. Zupełnie jakby umarła. Na to nie jesteś w stanie się przygotować. Tak myślę.

Dlaczego świadkowie postępują w ten sposób?

Sara: Oni mówią, że to jest dowód miłości. Mówią, że jeśli zostawimy taką osobę samą, to ona zatęskni za zborem i wróci, a nawet najmniejszy przejaw kontaktu ze strony świadka w stosunku do byłego świadka, może sprawić, że ta osoba, poczuje się pewnie ze swoją decyzją.

Edwin: Ucinanie kontaktu wynika też pośrednio z wierzeń. Świadkowie wierzą, że za chwilę nadejdzie Armagedon, a Bóg zniszczy wszystkich złych, czyli osoby nienależące do organizacji. Mają przeżyć tylko ci, którzy w odpowiedni sposób wielbią Boga i mu służą. Będąc świadkiem, nie rozmawiasz z osobami, które odeszły, jeśli ci na nich zależy, bo chcesz, żeby takie osoby wróciły i przeżyły Armagedon. Jeśli z twojego powodu nie wrócą, masz krew na rękach.

W pewnych sytuacjach za rozmawianie z osobami które są wykluczone, świadek też może zostać wykluczony. To jest kolejna kwestia, która wpływa na to, że nie chcesz rozmawiać z osobami spoza organizacji. Boisz się, że również zginiesz w Armagedonie.

Redakcja poleca

Życie w cieniu nadchodzącego Armagedonu wydaje się przerażające, dlatego zastanawiam się, jak wyglądało wasze dzieciństwo? Wiem że świadkowie Jehowy bardzo dużą wagę przywiązują do indoktrynacji najmłodszej grupy. To prawda, że są osobne bajki, dobranocki dla dzieci świadków Jehowy?

Edwin: Pierwsza myśli, jaka przyszła mi do głowy, gdy zapytałaś o dzieciństwo to, że zawsze byłem inny. Miałem się wyróżniać z otoczenia, być inny niż dzieci „ze świata”. Przecież byłem wybrany przez Jehowę do tego, żeby go reprezentować. Musiałem trzymać poziom moralny. Jak jesteś świadkiem Jehowy to wydaje ci się, że twoim życiem wszyscy się interesują, a ty cały czas musisz dawać dobry przykład, bo świat cię rozlicza z tego, czy jesteś wierny Bogu.

Sara: Dzieciństwo w organizacji jest bardzo intensywne pod wieloma względami. To nie jest tak, że twoje obowiązki zaczynają się, gdy skończysz 10 lub 12 lat. To wychowanie zaczyna się od początku. Wielu rodziców postanawia rozpocząć edukację duchową, gdy dziecko jest jeszcze w łonie matki. Pamiętam, że gdy byliśmy mali, chodziliśmy na trzy zebrania tygodniowo. Wyobraź sobie: jesteś pięciolatkiem lub siedmiolatkiem i nie bawisz się jak inne dzieci, tylko przykładnie, w ciasnych bucikach, siedzisz na spotkaniach świadków Jehowy. 

Edwin: To nie wszystko, bo trzeba w to wliczyć też proces przygotowania do tych spotkań, który zajmował dużo czasu, dojazd. Do tego dołóżmy jeszcze głoszenie i inne obowiązki. Gdy idziesz na głoszenie z rodzicami musisz dobrze się zachować. A w stosunku do dzieci, które były nieposłuszne, w latach 90-tych, wyciągane były kary, często fizyczne.

Klapsy?

Edwin: To nie były klapsy, to było po prostu wyprowadzanie z sali do toalety i lanie pasem po tyłku. Bo dziecko trzeba doprowadzić do porządku, żeby słuchało. Pytałaś o bajki, które rodzice będący świadkami Jehowy pokazują dzieciom…

Sara: Jest taka bajka o Zosi i Piotrusiu, którzy na zebraniu przysypiają. Rodzice ich upominają, a potem dzieci wracając z zebrania autem i są przerażone. Na szczęście bajka kończy się na „pogadance”, ale w realnym życiu nie zawsze tak się to kończyło...

Świadkowie nie mogą obchodzić świąt, urodzin, tak jak wspomnieliście, są też neutralni politycznie. To dotyczy także dzieci?

Sara: Tak. Gdy wszyscy malują laurkę na Dzień Matki, ty nie możesz tego robić, bo Jehowie się to nie podoba. I masz w szkole głośno o tym powiedzieć. Masz czuć się jak dziwak i wszyscy mają cię tak odbierać. Bo jeśli już jako dziecko się zrazisz, nie będziesz chciał później wychodzić „do świata”. Myślę, że to jest przemyślane. Jedynym bezpiecznym miejscem, w którym czujesz się dobrze, staje się organizacja, więc jeszcze bardziej się do niej przywiązujesz.

Edwin: Pamiętam sytuację, którą bardzo przeżyłem. To było w gimnazjum. Chciałem być neutralny politycznie – jak na świadka przystało – i nie wstałem do hymnu podczas apelu. Nie chciałem śpiewać, więc dyrektorka przerwała apel. Przy całej szkole kazała mi wstać, a ja musiałem tłumaczyć się, że nie mogę, bo Jehowie się to nie podoba. Dla mnie to była ogromna próba wiary.

O czym myśli kilkulatek, który w imię wiary nie może narysować laurki dla mamy lub zaśpiewać hymnu? O Armagedonie?

Sara: Zdecydowanie tak, ale też o tym, że nie chce sprawić, by Jehowa był smutny przez jego zachowanie. Często rozmawiamy z osobami, które odeszły z organizacji i ich doświadczenia są podobne do naszych. Od dziecka byliśmy karmieni różnymi opowieściami biblijnymi. Wszyscy otaczający nas dorośli mówili, żeby zachować niezłomność. W jednej z bajek dla dzieci mały Piotruś pomyślał o zjedzeniu tortu urodzinowego i od razu miał wyrzuty sumienia z tego powodu. Chociaż nawet nie zjadł tego ciasta, to bał się, że przez takie myśli Jehowa nie będzie się z nim przyjaźnił.

Redakcja poleca

To prawda, że dzieci, które mają nawet dziesięć, dwanaście lat zaczynają już głosić?

Edwin: Nawet dziesięć lat?! Ja bym powiedział, że już dzieci, które dopiero nauczyły się mówić, chodzą z rodzicami i biorą udział w głoszeniu. Organizacja bardzo skrupulatnie wykorzystuje tę metodę. Przecież jak podejdzie do ciebie małe dziecko i zaproponuje broszurkę, to weźmiesz, prawda? Większość osób weźmie...

Ja miałem osiem lat, kiedy zacząłem głosić już bez rodziców. Gdy miałem dwanaście lat dojeżdżałem sam z mojej miejscowości do pobliskiego miasta i chodziłem na głoszenie z innymi członkami zboru. Dziesięciolatkowie czy nawet ośmiolatkowie przyjmują już chrzest. Czyli podejmują decyzję, że chcą być świadkami Jehowy na całe życie. Gdyby dziesięciolatek nie chciał głosić, to byłoby już podejrzane. Zbór pewnie, by się tym zainteresował.

Słyszałam że są takie sytuacje, w których zmusza się kogoś do głoszenia. To prawda?

Sara: To nie jest tak, że ktoś na siłę kogoś ciągnie. Ale system jest stworzony w określony sposób. Ja nie lubiłam głosić, strasznie mnie to peszyło, ale będąc świadkiem masz poczucie że musisz to robić. Bo przecież, jak możesz nie chcieć ratować ludziom życia? Tobie się wydaje, że świat zaraz zostanie zniszczony i dzięki temu, że ty innym ludziom „otworzysz oczy”, oni mogą się uratować. Poczucie obowiązku i odpowiedzialności jest tu ogromne. Świadkowie naprawdę w to wierzą.

Edwin: Wiele razy spotkałem się z tym, że ktoś, kto wchodził do świata świadków Jehowy mówił, że nie wyobraża sobie głoszenia i nie będzie tego robić. I praktycznie zawsze w końcu zaczynał chodzić od domu do domu i głosić. Tak działa proces indoktrynacji – zmieniania się sposób myślenia. Obecnie pionierzy muszą głosić chyba 50 godzin w miesiącu. Jak my byliśmy pionierami to było 70 godzin, jeszcze wcześniej 90 godzin. Więc jak widać to się zmienia...

Taką działalność chyba trudno jest pogodzić z innymi obowiązkami. Jak organizacja odnosi się na przykład do studiów?

Edwin: Oficjalnie nie ma zakazu studiowania. Nie grozi za to wykluczenie ze zboru, ale studiowanie jest mocno potępiane.

Dlaczego?

Edwin: Po co duchowo dojrzali świadkowie, mieliby iść na studia? Przecież zaraz będzie Armagedon. A jeśli Jehowa w organizacji będzie potrzebował na przykład prawnika, to sprawi, że jakaś dorosła osoba, która już tym prawnikiem jest, zostanie świadkiem Jehowy.

Sara zdecydowała się po ślubie pójść na studia. Miałem wtedy rozmowy ze starszymi. Uważali, że jeśli moja żona poszła na studia, to źle świadczy o tym, jak przewodzę rodzinie. W takich sytuacjach ocenia się tak zwane kwalifikacje duchowe brata.

A co z pracą?

Edwin: Oficjalnej listy zakazanych zawodów nie ma, ale są pewne kwestie, które świadkowie powinni rozważyć, gdy dostają propozycję pracy. W naszym zborze była taka sytuacja, że siostra pracowała w fabryce bombek, starsi dali jej pół roku na to, żeby zmieniła pracę. Powiedzieli, że jeśli tego nie zrobi, to zostanie wykluczona, bo fabryka bombek należy do kultu religii fałszywej. Wszyscy ze zboru powtarzali, że musi zaufać Bogu i zrezygnować.

Jak ta historia się skończyła?

Edwin: Ta kobieta nie zrezygnowała z pracy i została wykluczona.

Sara: Wszyscy ze zboru zerwali z nią kontakt. Jeśli zostajesz wykluczony, bo nie zgadzasz się z zasadami organizacji, to jest ci zdecydowanie łatwiej, ale gdy cię wykluczają z tak błahego powodu, jak ten, a ty naprawdę wierzysz, że świadkowie mają rację i kochasz to miejsce, to wyjątkowo trudne. A dodatkowo myślisz, że umrzesz w Armagedonie… To może być nie do zniesienia.

Myślicie, że tak surowe zasady mają szansę przetrwać? Statystyki pokazują, że organizacja maleje. Coraz więcej świadków odchodzi ze zboru. Są też takie osoby jak wy, które odważnie i otwarcie mówią, jak życie w tej wspólnocie wygląda naprawdę.

Sara: Osoby, które odchodzą, to często ludzie, którzy tak jak my dorastali w zborze. Nie zdecydowały więc, że chcą zmienić swoje życie i być w organizacji. Po prostu się w niej urodziły. Doświadczały kar i były przymuszane do wielu rzeczy. Takie osoby często czują, że coś w ich życiu jest nie tak, jak powinno, ale nie do końca wiedzą, gdzie leży problem. Idą na terapię i zaczynają wiązać swoje problemy z organizacją, w której się wychowały.

My jako dorośli musimy się jakoś „poskładać”. Bo najczęściej mamy już własne dzieci i stwierdzamy, że to nie jest przyszłość, której dla nich chcemy. Nie chcemy, żeby nasze dzieci żyły w strachu. Chcemy, żeby miały kolegów. Nie chcemy, żeby musiały ciągle udawać i się pilnować.

Edwin: Świadkowie w Polsce chcieli liczyć 200 tys., to był kiedyś ich cel. Widzimy, że dużo osób obecnie się ukrywa i oficjalnie będąc świadkami, nie wierzy już w te przekonania. Spis powszechny też sporo pokazał. Według danych z 2023 roku w Polsce jest teraz 108 tys. świadków. Jeszcze kilkanaście lat temu było ich około 125 tys. Internet i media społecznościowe, sprawiły, że świadomość społeczna wzrosła, a to bardzo utrudnia głoszenie. Jeszcze w latach 90-tych, gdy organizacja kogoś wykluczała, szeregowi świadkowie plotkowali, że taką osobę opętały demony. Przez lukę informacyjną tworzyła się opowieści o byłych świadkach, którzy rzekomo odeszli i niemoralnie się stoczyli. Teraz trudniej jest przed innymi ze zboru ukryć to, że osoba, która odeszła żyje zupełnie normalnie, ma rodzinę, pracę.

Mimo to nadal niektórzyludzie przyłączają się do świadków. Co powiedzielibyście osobie, która rozważa taką decyzję?

Sara: Oczywiście są takie osoby. Niektórzy stwierdzają: nie podoba mi się Kościół katolicki, a świadkowie są przekonani, że mają słuszną, bardzo dokładną interpretację Biblii, więc spróbuję. Ale znacznie częściej świadkowie Jehowy, podobnie jak inne grupy destrukcyjne, „polują” na ludzi w kryzysie – przeżywających bolesne chwile, samotnych. Będąc w takich stanach, bardzo trudno jest zauważyć „czerwone flagi”. Dlatego myślę, że przed przyłączeniem się do organizacji warto porozmawiać z bliskimi, przyjaciółmi. Powiedzieć im: „zacząłem rozmawiać ze świadkami Jehowy” i przytoczyć te rozmowy. Warto też przeczytać w internecie świadectwa byłych świadków, poznać ich punkt widzenia. Chodzi o to, żeby zobaczyć, jak wygląda rzeczywistość w tej grupie, bo świadkowie rzadko przedstawiają chętnym wszystkie założenia „od ręki” – ta wiedza jest zazwyczaj przedstawiana stopniowo, dawkowana.

Ale chciałabym też zaznaczyć, że jesteśmy zwolennikami wolności i tego, żeby ludzie mogli sami podejmować decyzję, w co chcą wierzyć. Jednocześnie jesteśmy po prostu przeciwnikami tego, że ktoś może bez ograniczeń stosować mechanizmy, które krzywdzą i ranią. Bo w momencie, w którym zaczyna się cierpienie drugiej osoby, powinna kończyć się nasza wolność.

Źródło: Radio ZET

Redakcja poleca

Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?

Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET