"Dzieci, tam są dzieci, ratujcie dzieci!”. Uczestnicy karambolu na S7 opisują przebieg tragedii
Karambol na S7 w miejscowości Borkowo, w którym śmierć poniosły cztery osoby, a kilkanaście zostało rannych, to jeden z najtragiczniejszych wypadków drogowych w Polsce w tym roku. Sprawca, 37-letni Mateusz M. usłyszał już zarzuty, choć sąd nie zgodził się na tymczasowy areszt. W rozmowie z Interią jeden z uczestników karambolu opisał makabryczne sceny walki o uratowanie ofiar.
Karambol na S7. Przerażająca relacja świadka
Do karambolu na S7 w kierunku Gdyni doszło w miejscowości Borkowo, między wjazdem Lipce a Gdańsk Południe, doszło w piątek po godzinie 23. Jak informuje policja, w karambolu zginęły cztery osoby, a dwanaście zostało rannych. Wśród poszkodowanych są dzieci. Część samochodów doszczętnie spłonęła, w jednym z wraków służby znalazły ciała dwóch osób.
Już pierwsze relacje świadków były przerażające. Jak mówił Radiu ZET jeden ze świadków karambolu, przed przyjazdem służb na pomoc poszkodowanym natychmiast ruszyli inni kierowcy. – Ludzie tam biegali z apteczkami i gaśnicami. Wziąłem paczkę rękawiczek jednorazowych i pobiegałem tam, żeby zobaczyć, co tam się dzieje, żeby pomóc – opowiadał. – Tam był wielki chaos, ludzie biegali, próbowali pomagać wszystkim dookoła. Straszny widok. Auta totalnie zmiażdżone, ludzie zakleszczeni w samochodach – wspominał.
W rozmowie z Interią jeden z uczestników karambolu, który chce zachować anonimowość, opisuje makabryczne sceny ratunku poszkodowanych. - Inne środki zawiodły, więc trzeba było tłuc szyby gaśnicami. W końcu się udało, temu człowiekowi paliła się ręka, ale on nie zwracał uwagi. Mówił tylko: dzieci, tam są dzieci, ratujcie dzieci… - opowiadał uczestnik karambolu na S7. -
Cztery ofiary śmiertelne. Mateusz M. nie usłyszał zarzuty
W wyniku karambolu na S7 zginęły cztery osoby, a kilkanaście zostało rannych. Do identyfikacji dwóch z nich konieczne było badanie DNA. Niestety, od razu ustalono tożsamość dwóch małych chłopców, którzy ponieśli śmierć w wypadku. Mieli 7 i 10 lat. Jak przekazał klub Lechia Gdańsk, byli to młodzi fani tej drużyny, wracający z meczu.
Mateusz M., 37-letni kierowca tira, który staranował auta na S7 w Borkowie k. Gdańska, usłyszał zarzuty spowodowania katastrofy drogowej, w wyniku której zginęły cztery osoby, a 15 zostało rannych. Prokuratura złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie podejrzanego na trzy miesiące, jednak sąd się na to nie zgodził.
Prokuratura ujawniła, że badania toksykologiczne nie wykazały obecności substancji psychoaktywnych w organizmie 37-latka. Wcześniej ustalono, że mężczyzna był trzeźwy. Z zapisu tachografu wynika, że w chwili zderzenia z innymi pojazdami ciężarówka jechała z prędkością 89 km/h, a na remontowanym odcinku drogi S7 dopuszczalna prędkość wynosi 80 km/h.
Nowy komunikat Prokuratury, biegły zbada ciężarówkę
W poniedziałek rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku przekazał, że w tym tygodniu zostanie sprawdzony samochód ciężarowy, który uczestniczył w karambolu. Powołany biegły z zakresu mechanoskopii zbada pojazd pod kątem ewentualnych przedwypadkowych uszkodzeń, które mogłoby mieć wpływ na przebieg tej katastrofy.
– To jest rutynowe działanie, które jest wykonywane po śmiertelnych wypadkach – wyjaśnił prok. Mariusz Duszyński. Dodał, że ciężarówka zostanie również zważona. Pozwoli to na ustalenie, czy nie doszło do jej przeładowania. – Jeżeli okaże się, że pojazd był przeładowany, to będzie to dodatkowa okoliczność obciążająca dla kierującego – podkreślił.
Źródło: Radio ZET/Interia
Byłeś świadkiem czegoś niespodziewanego? Masz temat, którym powinniśmy się zająć?
Zgłoś sprawę przez Czerwony telefon Radia ZET